Relacje

Zasady jazdy w krajach bez zasad, czyli jak się jeździ po drogach byłej Jugosławii

Relacje 03.09.2020 720 interakcji
Michał Koziar
Michał Koziar 03.09.2020

Zasady jazdy w krajach bez zasad, czyli jak się jeździ po drogach byłej Jugosławii

Michał Koziar
Michał Koziar03.09.2020
720 interakcji Dołącz do dyskusji

Różne regiony Europy mają odmienne style jazdy samochodem. Niemcy bardzo trzymają się przepisów, Francuzi rozpychają auta na parkingu, Włosi trąbią zawsze i wszędzie, a w okolicach byłej Jugosławii… To dłuższa historia, niezależnie czy chodzi o przepisy drogowe w krajach takich jak Serbia, czy dziwne zwyczaje w Albanii.

Jazda samochodem po Bałkanach nie jest może sportem ekstremalnym/czarną magią/samobójstwem, ale opuszczając granice mocno zunifikowanej Unii Europejskiej warto pamiętać o kilku lokalnych dziwnościach. Z opuszczaniem UE mam na myśli wyjazd do krajów bałkańskich innych niż Chorwacja, w której styl jazdy i przepisy nie odbiegają od polskich w większym stopniu niż np. w Czechach albo na Węgrzech. Zazwyczaj oczywistym pierwszym krajem, który odwiedzamy, jest Czarnogóra. Zasadniczo to również bardzo normalne drogowo państwo. Poza tym, że należy tam sadzać pijanego kolegę z tyłu, a nie z przodu, to trudno o niespodzianki.

Zaskoczyć mogą tylko zwierzęta gospodarskie, często przechadzające się nawet ważniejszymi drogami oraz obecność odłamków skał na jezdni w górach. Zdziwić mogą także patrole drogówki łapiące „na oko” – na naszych oczach jeden z pojazdów został zatrzymany do kontroli „bo tak”, panowie nie mieli „suszarki”. Poza tym to kraj z zaskakująco dobrymi drogami – choć trudno tam trafić na autostradę, z definicji czarnogórski asfalt nie jest ani dziurawy, ani rozorany kołami ciężarówek. Poza czasami nieco zbyt brawurowo jeżdżącymi mieszkańcami można tam prowadzić samochód bez zmiany przyzwyczajeń.

Albania, czyli kompletny bajzel.

Niestety, w tym roku nie miałem szans na jazdę po Bośni dłuższą niż korytarz tranzytowy w okolicach Neum. Natomiast jadąc dalej na południowy-wschód nie sposób nie trafić do Albanii, która jest swoistą drogową anomalią. Mieszkańcy tego kraju w czasach komunizmu nie mogli posiadać prywatnych samochodów, a kraj był zupełnie zamknięty. To niestety widać do dzisiaj. Albańscy kierowcy zdają się nadal nie rozumieć przepisów ruchu drogowego, zwłaszcza tych dotyczących pierwszeństwa, większości brakuje też wpajanej u nas od dziecka wyobraźni dotyczącej wydarzeń na drodze. Co to oznacza w praktyce?

Poza nowo wybudowanymi autostradami i drogami krajowymi nawierzchnia jest tragiczna, pełna nieoznakowanych, wielkich uskoków oraz dziur. Na górskich trasach w zasadzie nie występują bariery energochłonne przed przepaściami, za to wszędzie stoją małe ołtarzyki ku pamięci tych, którzy przeszacowali możliwości swoje i samochodu. W ruchu należy spodziewać się wszystkiego. Jeśli masz w głowie najgłupszą rzecz, jaką może zrobić napotkany kierowca – pewnie to zrobi, bo pierwszeństwo jest tu tylko pustym hasłem. Nie powinny też dziwić kozy albo stragany na drogach wyglądających jak ekspresówki. Policja z definicji łapie „na oko” i nie używa radarów, a w miastach skutery, rowery oraz trójkołowce bardzo często jeżdżą pod prąd. Wyprzedzanie na trzeciego jest w zasadzie normą.

przepisy drogowe serbia

Jest jedna zasada – nie ma żadnych zasad.

Co więcej, budowy dróg są tragicznie oznaczone i nie spodziewajcie się, że mapy Google was o nich ostrzegą. Już dwukrotnie w tym kraju jechałem drogą, która oficjalnie była zamknięta. Zdarza się, że remontowany jest długi odcinek, a o wytyczonym objeździe można zapomnieć. Co robić w takiej sytuacji, widząc betonowe zapory i znak zakazu wjazdu? Jeśli są odsunięte i zobaczymy lokalsa wjeżdżającego na zamkniętą szosę – należy jechać za nim. To oznacza, że droga jest na tyle ukończona, by była przejezdna. To zupełnie normalne w Albanii. W tym roku jechałem takim odcinkiem, właśnie za lokalnym kierowcą i nie wprawiło to w zdziwienie ani drogowców, ani policję. Tak, na końcu w teorii zamkniętej szosy stał patrol policji, który tylko pokazał mi lizakiem bym zwolnił, po czym puścił mnie bez choćby pytania co tu robię. Być może było w tym trochę magii obcej rejestracji i ewentualnej bariery językowej, ale tak czy siak – zadziałało.

Do lokalnych zwyczajów do niedawna należały niezwykle gęsto postawione stacje benzynowe, obecnie w większości opuszczone, oraz udawanie, że nie da się zapłacić kartą, by wyłudzić zawyżoną kwotę w euro. Trzeba być bezczelnym, jeśli obsługa przed tankowaniem powie, że można płacić kartą, to należy potem nieugięcie obstawać przy swoim. Przy czym w miarę możliwości najlepiej nie tankować w Albanii – sami mieszkańcy nie mają dobrego zdania o sprzedawanym w kraju paliwie. Być może to tylko miejska legenda, ale po przygodach z kłótniami o płatność kartą unikam dolewania albańskiego paliwa.

Macedonia, czyli warunkowa jazda na wprost.

Macedonia, zwana oficjalnie Macedonią Północną (przez protesty Greków, dla których to taki punkt honoru jak dla ONR-owców polski Lwów) to mieszanka tureckiego stylu jazdy z europejskim. Co to oznacza? Macedońscy kierowcy wykonują mnóstwo zakazanych manewrów, ale zazwyczaj w sposób przewidywalny i nie powodujący dodatkowego zagrożenia. Co to znaczy? Zdarza im się zawrócić po pustych pasach, wjeżdżając bez wymuszenia na jezdnię w drugim kierunku. Czasami skręcają w lewo z pasa do jazdy na wprost, ale też tylko w sytuacjach, w których nie zajadą komuś drogi. Można by tak długo wymieniać. Wystarczy zaakceptować luźny stosunek do przepisów u lokalnych kierowców, nie wściekać się o łamanie prawa i jazda po Macedonii będzie w miarę bezstresowa.

Największą lokalną dziwność zaobserwowałem w Skopje. Na głównych drogach występuje specyficzny rodzaj sygnalizacji świetlnej ze strzałką wyglądająca jak nasze zezwalające na warunkowy skręt w prawo. Tylko tutaj te strzałki są skierowane na wprost. Działa to tak, że teoretycznie nasz kierunek ma czerwone, ale świeci się strzałka, więc można jechać na wprost. Główna sygnalizacja w zasadzie dotyczy tylko skręcających w lewo. Co ważne, w Macedonii i z tego co pamiętam Serbii, powszechne jest mądre rozwiązanie z migającym zielonym światłem. Sygnalizuje ono to, że za chwilę zapali się żółte. Genialne w swojej prostocie.

przepisy drogowe serbia
To akurat Czarnogóra. W Albanii nawierzchnia nie byłaby tak dobra.

Z parkowaniem w Skopje trzeba uważać.

W centrum Skopje warto też pamiętać o strefach płatnego parkowania. Bilet najlepiej opłacić smsowo, o ile macie lokalną kartę sim. Inaczej jesteście skazani na parkomaty, które pomimo posiadania terminali na karty, wrzutników na monety i skanerów banknotów przyjmują tylko stówki (w przeliczeniu około 7 zł). Co ważne, na niektórych uliczkach w centrum spotkacie upchnięte w kącie za krzakami niewielkie tabliczki z zakazem parkowania i dopiskami drobnym maczkiem, oczywiście w cyrylicy. To parkingi tylko dla mieszkańców. Odradzam stawanie tam, sam przeoczyłem znak i parkingowi bardzo szybko założyli mi blokadę na koło. Co gorsza, po dwóch godzinach od jej założenia samochód zostaje odholowany. Mandat za parkowanie w niedozwolonym miejscu jeśli dotrzecie do auta przed lawetą? Tysiąc denarów, czyli około 70 zł.

To o tyle zabawne, że już kawałek dalej policja nie robi problemów z zatrzymywaniem się na zakazie np. przed cukiernią, o ile siedzicie tak, by widzieć samochód. Zresztą to też popularny zwyczaj na wielu głównych ulicach. Na wielu dwupasmowych drogach usunięto miejsca do parkowania równoległego, sztucznie tworząc trzeci pas. Efekt? Nowopowstały prawy pas i tak jest bezużyteczny, bo wypełniony pojazdami zaparkowanymi przez ludzi, którzy np. na chwilę poszli do piekarni. Policja nie kwapi się do egzekwowania durnego i zbędnego poszerzenia ulicy, więc jest to powszechna praktyka. Zapytacie o drogi? Nie są może idealne, ale zaliczam je do zupełnie akceptowalnych. Dziury spotyka się rzadko i na podrzędnych drogach, w większości nawierzchnie są przynajmniej niezłe.

volvo 360
Zapomniałem o tych dwóch Volvo 360 w miksie, więc posłużą tu za ilustrację do akapitu o parkowaniu.

Zaskakująco ostre przepisy drogowe – Serbia.

Jakie kraje kojarzą wam się z drakońskimi karami i surowym egzekwowaniem przepisów na drogach? Niemcy, Austria? Obecnie do tej grupy próbuje dołączyć Serbia, w której nowe przepisy drogowe oznaczają brutalną wojnę z kierowcami przekraczającymi prędkość. Na stronie polskiego MSZ można przeczytać o tym, że policja sprawdza czas przejazdu między bramkami na autostradach. Jeśli średnia prędkość przekroczy dopuszczalne 130 km/h można spodziewać się kłopotów. To działa – na serbskich płatnych autostradach nie występuje taka jak w Polsce kasta królów lewego pasa, którzy nie są w stanie znieść innych kierowców jadących 140 km/h. To akurat bardzo przyjemne, lubię wyprzedzać tiry z prędkością 130 km/h bez Audi albo białej Skody przyklejonej do tylnego zderzaka.

To tylko jeden z niuansów. Drugi dotyczy zerowej tolerancji dla przekroczeń prędkości. W Serbii od niedawna można dostać mandat nawet za przekroczenie o 2 km/h. Nie ma że „ale panie władzo, błąd pomiarowy”. Jest 52 na 50 w zabudowanym, proszę oto mandat. To oczywiście generuje wiele okazji do wymuszania łapówek, ale jednocześnie eliminuje zjawisko masowego szaleńczego wyprzedzania po drogach krajowych albo rajdów po terenie zabudowanym. Serio, z Belgradu do granicy rumuńskiej jechałem równo z ograniczeniem wynoszącym 80 km/h i mało kto mnie wyprzedzał. Trzeba też pamiętać o zwalnianiu z terenie zabudowanym – policja lubi sobie sprawdzić, czy na pewno zaraz za znakiem w jakiejś wiosce masz już 50 km/h na liczniku, czy jeszcze 53 km/h.

Z drugiej strony, Serbowie mają luźniejsze podejście do alkoholu za kierownicą. Niby Serbia ma przepisy drogowe dotyczące alkoholu podobne do polskich, ale podobno kontrole na wyrywki to rzadkość. Podobnie jest w Macedonii. Jazda po szocie rakii czy jednym lub dwóch piwach nie jest niczym dziwnym. Moi znajomi ze Skopje czy Belgradu byli zdziwieni, kiedy wzbraniałem się przed prowadzeniem samochodu tuż po wypiciu jednego czy dwóch piw.

W Belgradzie nie ma przebacz z parkowaniem.

Serbia i jej przepisy drogowe to nie tylko drogi poza miastem. To także parkowanie w miastach, zwłaszcza Belgradzie. Skonstruowano je jak jedną wielką pułapkę na przyjezdnych. Zdarza się, np. przy bulwarach w dzielnicy Zemun, że po jednej stronie ulicy znajduje się płatny parking, a po drugiej miejsca równoległe są objęte zakazem parkowania. Podobnie bliżej centrum – obok siebie mogą znajdować się płatne miejsca zaznaczone zielona linią oraz darmowe, bez żadnych oznaczeń. Mówimy tu o dwóch stronach tej samej ulicy. Żeby było śmieszniej, aplikacja do parkowania nie działała mi na polskim telefonie.

parkowanie Belgrad
Serbia to nie tylko ostre przepisy drogowe dotyczące prędkości, ale i szachy 4D z płaceniem za parking.

Można zapłacić SMS-em, ale karta sim kupiona w Serbii jako jedyna obsługiwała tylko internet i nic poza nim. Parkomaty? Zapomnijcie. Można kupić bilet u pana parkingowego, ale trzeba mieć odliczoną kwotę, która oczywiście nie jest równa, wynosi coś w stylu 130 denarów (to tak jakby w Polsce trzeba było mieć odliczone 7,30, z bankomatów wyjmuje się zazwyczaj banknoty o nominałach od 500 w górę). Oczywiście na parkingowego trzeba jeszcze w ogóle trafić. Ewentualnie można jeszcze szukać kiosku, o ile mamy w kieszeni gotówkę – rzadko można tam płacić kartą. Czy muszę dodawać, że też nie przy każdej płatnej strefie w ogóle znajdziemy jakiś kiosk? Na szczęście kara za brak biletu to tylko opłata za cały dzień parkowania. Oczywiście nie namawiam was do obrzydliwego łamania prawa, ale nawet jeśli nie zapłacicie, to nikt nie zapyta was o tę zbrodnię na granicy i niczego nie znajdziecie w swojej polskiej skrzynce na listy. A władze Belgradu za milionowym takim przypadkiem może wpadną na postawienie parkomatów z terminalami dla turystów.

To na pewno nie wszystkie smaczki i porady dotyczące jazdy po Bałkanach. Może wy zauważyliście w tym regionie jeszcze coś nietypowego podczas swoich wakacyjnych wojaży?

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać