Felietony

Przeczytałem książkę „Bóg, auto, ojczyzna”. Żebyście wy nie musieli

Felietony 06.07.2019 481 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 06.07.2019

Przeczytałem książkę „Bóg, auto, ojczyzna”. Żebyście wy nie musieli

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski06.07.2019
481 interakcji Dołącz do dyskusji

Połączenie skopiowanych motywów z „Ewangelii według Grubasa” z propagandą lewicowo-aktywistyczną skutkują mieszanką bardziej niestrawną niż czekolada z pasztetem.

Nie wiem nawet od czego zacząć. Może od tego, że czytając książkę Tomasza Brzeszczaka musiałem co parę minut ją odkładać, ponieważ ogarniało mnie skrajne obrzydzenie. Obrzydzenie nie wynikające bynajmniej z treści, a ze sposobu w jaki jest prezentowana. Jeśli po raz czterdziesty czytamy tę samą litanię bluzgów, to chyba można nabrać podejrzeń, że autor nie bardzo wiedział, co ma napisać. Serio – niektóre zdania powtarzają się co 2-3 strony, a często strona po stronie.

Daleko idąca inspiracja

Być może znacie moją książkę o handlarzu samochodów pt. Ewangelia według Grubasa. W skrócie – Ewangelia według Grubasa napisana jest z pozycji pierwszoosobowego narratora, handlarza samochodami z Legionowa. „Bóg, auto, ojczyzna” jest napisana z pozycji pierwszoosobowego narratora, handlarza samochodami z… Marek. Cóż za niesamowity przypadek! Jakimż to też niezwykłym zbiegiem okoliczności w książce Tomasza Brzeszczaka pojawiają się dokładnie te same motywy co w „Ewangelii”, włącznie ze „sk…synem” podnoszącym cenę za wynajem placu komisowego. Gdybyśmy wydali nasze książki równocześnie, powiedziałbym że to cud, a w tym przypadku mogę powiedzieć, że miło mi było być inspiracją. Szkoda, że do czegoś tak strasznego.

Chochoł

Fabułę pominę. Jest cienka jak foliówki do chleba w supermarkecie. Cała książka to wywody narratora, Sebastiana, na temat życia i polityki. Są one oczywiście najgłupsze jakie mogą być z punktu widzenia lewicowego aktywisty. Sebastian jest chochołem, Emanuelem Goldsteinem „oświeconej lewicy”, kimś kogo autor kocha nienawidzić. Czasem mam wrażenie, że pisząc kolejne przemyślenia Sebastiana, pan Tomasz był bliski szczytowania, mogąc wreszcie stworzyć postać, której będzie mógł nienawidzić w 101%.

Książkowy Sebastian wygłasza takie głupoty, jakich nie słyszałem nigdy od nikogo, nawet od najtwardszych przeciwników lewicy i jazdy na rowerze. Kilkadziesiąt razy w książce pojawia się wezwanie do tego, żeby zabudowywać wszystkie miasta parkingami. Słowo „lewactwo” występuje na każdej niemal stronie. Opowieści o tym, że szybka jazda jest bezpieczna, a piesi powinni „parę minut poczekać” i czuć „respekt do samochodów” zamieszczone są również ponad 30 razy. Albo inaczej – po trzydziestym razie przestałem liczyć. Zamiast posuwać fabułę do przodu, za każdym razem gdy bohater dokądś podróżuje, czytamy te same brednie o tym że szybka jazda to normalna rzecz, przepisowe 50 km/h to frajerstwo, pieszych trzeba wystrzelać albo rozjeżdżać, i że parkować trzeba pod samym wejściem. Za każdym razem. W kółko. I jeszcze raz. Imaginuję sobie, że autor książki pisał to jedną ręką, bo drugą miał zajętą. Oczywiście trzymaniem kubka z sojowym latte, a wy co pomyśleliście?

Dokładnie tak samo jest ze wszystkimi innymi poruszonymi kwestiami. O tym, że trzeba wygonić imigrantów, a zwłaszcza ciapatych, o tym że kultura chrześcijańska jest lepsza niż inne, o lewactwie i pedalstwie – czytamy o tym na okrągło tyle razy, takimi samymi zdaniami, że musiałem odkładać książkę, żeby dać mózgowi odpocząć i nabrać nadziei, że dalej będzie się coś dziać.

Język

Nie wiem jakich handlarzy samochodami zna autor, ale ci, których ja znam, nie używają wyrażeń „popelina” i „kumać czaczę”. Może to jakieś nawiązanie do lat 50. XX w., których ja nie pamiętam. Jestem za to więcej niż pewien, że żaden handlarz samochodami nie powie „jotka” na Toyotę, „becia” na BMW i „merolek” na Mercedesa. To raczej koncepcja z gatunku „jak ktoś niemający pojęcia o tym biznesie wyobraża sobie język handlarzy”. Niezwykłe jest też, że Sebastian przez większość czasu posługuje się prostymi zdaniami zawierającymi mnóstwo bluzgów, nagle z niczego wypowiada zdanie „samochody raczej nie rotowały”, kilka stron wcześniej nie wiedząc co znaczy „wernisaż”. Albo „doszukano się też wielu faktów przemawiających na niekorzyść zmarłej pieszej”, gdy sekundę wcześniej było „w jakiejś dziurze – miasteczku na Mazurach – niemal zabiłem babę na przejściu dla pieszych”. Porażająca niekonsekwencja w języku narratora sprawia, że w sumie nie wiemy kto to pisze – cham-handlarz czy mityczny „prosamochodowy lobbysta”.

Podsumowanie

Nie jestem psychologiem, ale mam wrażenie że autor książki jest strasznie wypełniony nienawiścią. Tworzy absurdalną, niespójną postać, tylko po to, żeby móc jej bardziej nienawidzić. Tworzy chochoła, który uzasadnia jego aktywistyczne zapatrywania – bez odpowiednio zdefiniowanego wroga są one bezwartościowe. Kiedy kierowcy i rowerzyści będą dzielić drogę w harmonii, kiedy zwolennicy PiS pójdą na piwo z wyborcami PO – propagandziści pokroju pana Tomasza stracą rację bytu. Być może stworzenie postaci obrzydliwego Sebastiana jest też dla autora sposobem na pozbycie się jakichś własnych frustracji i rozliczenie się z własnymi problemami… szkoda tylko, że musiało się to odbyć kosztem czytelników, którzy nieopatrznie nabędą tę pozycję. Chciałbym napisać o niej coś dobrego, ale nie jestem w stanie. I żeby było jasne – jako obrzydliwy stary samochodziarz wcale nie nienawidzę autora. Raczej martwię się, że są ludzie, którzy chcą, żebyśmy nienawidzili się. I jeszcze wydają książki.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać