Felietony

Poza dużymi miastami poziom pojęcia istnienia rowerzystów jest zastraszająco niski

Felietony 10.07.2020 125 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 10.07.2020

Poza dużymi miastami poziom pojęcia istnienia rowerzystów jest zastraszająco niski

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski10.07.2020
125 interakcji Dołącz do dyskusji

Pojechałem ostatnio na dłuższą wycieczkę rowerową, która zaczęła się od zaatakowania mnie przez przypadkowego kierowcę.

Dowiedziałem się wtedy, że złamałem niepisane wiejskie zasady, które mają się nijak do tego, jakie prawa i obowiązki rowerzystów wynikają z PoRD. A było to tak: jechałem sobie drogą gdzieś między Piasecznem a Grójcem, niezbyt uczęszczaną przez samochody, bez pobocza. Nagle z tyłu nadjechał mężczyzna w białym Chryslerze Voyagerze oklejonym jakimiś reklamami szaf wnękowych czy coś takiego i zaczął się drzeć przez okno „EEE ROWERZYSTA! NIEMASZ CHODNIKA?” – co mnie zdziwiło, bo po pierwsze żadnego chodnika tam nie było, po drugie, nawet gdyby był, to co to ma wspólnego z moim rowerem?

Agresywny mężczyzna jednak nie odpuszczał. Zatrzymał swojego Voyagera i wrzeszczał coś przez okno. Okazało się, że po drugiej stronie drogi, tj. po jej lewej, biegnie taki koślawy chodniczek o długości może 200 m, ewidentnie tylko jako dojście do przystanku autobusowego. Zdaniem kierowcy Voyagera (uważajcie na niego), powinienem był zjechać na lewą stronę drogi, wprowadzić rower przez krawężnik i kontynuować jazdę przez 200 m po tych płytach chodnikowych, żeby nie jechać po Jego Świętej Jezdni. Na szczęście odpuścił i oddalił się, krzyknąwszy jeszcze „NAŁUCZ SIĘ PRZEPISÓW”.

prawa i obowiązki rowerzystów
Zdaniem agresora, powinienem był zjechać z prawej strony jezdni na lewą, żeby jechać tym pseudochodniczkiem przez 200 metrów.

Poza dużymi miastami prawa rowerzystów to ziemia nieznana

Zasadniczo jeździ się po chodniku, żeby nie zakłócać rytuału automobilowego. Jazda pozamiejską szosą na rowerze, zwłaszcza taką bez pobocza i o sporym natężeniu ruchu, to samobójstwo na raty. Możemy odliczać, który z nadjeżdżających samochodów wreszcie zaczepi o nasz rower, bo koncepcja pozostawienia jakiegoś odstępu od wyprzedzanego rowerzysty jest nie tyle nieznana, co pogardzana. Frajer na rowerze sam jest sobie winien, bo jakby ciężej pracował, to miałby samochód – rechocze pan Kazimierz, sadownik spod Grójca, wyprzedzając mnie na żyletki swoim Audi A4 B6 w gazie.

Szybko się nauczyłem, gdzie moje miejsce

Tam, gdzie pojawiał się chodnik, po prostu po nim jechałem. Nie budziło to niczyjego zdziwienia, a już na pewno nie pieszych, którzy elegancko schodzili mi z drogi. Pewnie myśleli sobie „gdybym ciężej pracował, byłoby mnie stać na rower, wtedy to mnie by schodzili”. Na jezdnię starałem się zjeżdżać rzadko, choć bywały i takie miejsca, gdzie nie było innego wyjścia. Szczególnym wyzwaniem rowerowym jest na przykład wiadukt nad S7 w Grójcu. Ostry podjazd pod górę, brak pobocza, bardzo wąski chodnik za barierką, po którym nie da się jechać na rowerze. Kierowca busa, zapewne z branży owocowej, nie był zadowolony z mojego ślamazarnego tempa.

rower przepisy 2020
To zupełnie nie ja. Nigdy w życiu nie wsiadłbym na taki rower. 

Im dalej od Warszawy, tym było ciekawiej

Drogi rowerowe zupełnie zniknęły, jechało się już tylko szosą. Nawet na wioskach nie było chodników, więc zostawała tylko jezdnia. Z rzadka coś mnie wyprzedzało, bo ruch na lokalnych drogach jest znikomy, ale można było na przykład zaobserwować ciekawą sytuację – jadę drogą główną, do wyjazdu z posesji podjeżdża samochód. Kierowca patrzy w lewo i w prawo, widzi rowerzystę, więc rusza. Rowerzysta nie istnieje, najwyżej sobie wyhamuje, o borze o co chodzi, poza tym kto na rowerze jeździ? Tylko Jasiek od Mynarczyków, bo prawa jazdy nie ma. Reszta ludzi ma samochody.

Znowu się okazało, że żyję w bańce

W Warszawie mamy drogi rowerowe i coraz wyższą świadomość kierujących. Oczywiście liczba rowerzystów jest niewielka w porównaniu z liczbą samochodów, ale wystarczająca, żeby kierowcy zaczęli ich zauważać. Oraz, co ważne, ci sami kierowcy też często są rowerzystami. Poza miastem tak nie ma, jeśli ktoś jeździ na rowerze, to zapewne dlatego że albo nie stać go na samochód, albo nie ma prawa jazdy. W obu tych przypadkach ląduje na bardzo niskim szczeblu hierarchii drogowej, tuż powyżej pieszych, a poniżej motocyklistów i typów na chińskich skuterkach.

I co z tym zrobić?

Nic. Tzn. agresora z Voyagera zapewne należy skierować na przymusowy kurs reedukacji, albo nakazać mu pokonywanie 100 km na rowerze w tygodniu, żeby poznał realia z punktu widzenia siodełka. Ale poza tym pozostaje tylko budować drogi rowerowe i czekać aż sytuacja się poprawi. Póki co jest tak: po dużych miastach na rowerze jeździ się dobrze (zwiedziłem ostatnio na rowerze Kraków – nie jest źle, byłem nawet mile zaskoczony w paru miejscach), po mniejszych miastach na rowerze jeździ się słabo, bo trzeba się snuć po chodniku, a między miastami na rowerze po prostu jechać się nie da – to sposób na bolesną eutanazję wbrew woli eutanazjowanego. I to już koniec raportu z siodełka, nadchodzi weekend, to sobie pojeżdżę samochodem.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać