Samochody używane

Poniedziałkowy przegląd ogłoszeń: ponad 300 000 km, ale jeszcze polatają

Samochody używane 30.04.2018 234 interakcje
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 30.04.2018

Poniedziałkowy przegląd ogłoszeń: ponad 300 000 km, ale jeszcze polatają

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski30.04.2018
234 interakcje Dołącz do dyskusji

Witam w tym poszatkowanym tygodniu i zapraszam na Poniedziałkowy Przegląd Ogłoszeń. W Polsce wszystkie samochody muszą mieć 180 000 km, inaczej są bezwartościowe. Wybrałem więc te, które mają uczciwie ponad 300 000 km i wszystko wskazuje, że jeszcze posłużą.

Ale jak to? Ponad 200 000 km? E, to szmelc: tak podsumowuje ogłoszenie typowy polski nabywca. I wyłącza je, poszukując czegoś, co było „mało jeżdżone”. Tak jakby „mało jeżdżenie” miało uratować nabywcę przed uszkodzeniami wynikającymi z wieku i sposobu eksploatacji. Znam sporo samochodów, niestety często w rękach starszych kierowców, które mają bardzo małe przebiegi i są skrajnie zużyte, a jechałem ostatnio taksówką, która miała nakręcone 630 000 km – nie było tego czuć. Powiedziałbym, że ma 350 000 km. A zatem przejdźmy do ogłoszeń.

Zaczynamy od A, a na A jest Audi

Liczyłem na jakąś Alfę Romeo z przebiegiem znacznie ponad 300 000 km, ale nie udało mi się znaleźć egzemplarza, który rokowałby, że jeszcze pojeździ. No, może ten jest mało udręczony. Ale przejdźmy do Audi.

Uznałem, że wszystkie Audi ze wzdłużnym silnikiem są do siebie podobne, więc nie ma co ograniczać się do A4 i A6. Idziemy od razu w A8. Tak, wiem że A8 to inna historia, że jest aluminiowe i ma pneumatykę. Ale aluminium nie rdzewieje, a pneumatyka akurat w tym modelu się nie psuje, chyba że ma nieszczelność i kompresor godzinami próbuje ją napompować, aż się przegrzewa i smaży. Wybór silników w A8 był ogromny, nieważne czy mowa o generacji D2 czy D3 – nowszych nie bierzemy pod uwagę. Mój znajomy handlarz mawia, że silniki o złej opinii należy kupować z dużym przebiegiem. Oznacza to, że trafił się akurat dobry egzemplarz i na pewno jeszcze pojeździ. Dlatego przychylnym okiem spojrzałbym na… no aż trudno mi to napisać, bo zaraz ktoś zacznie walić klapkiem w monitor ze złości – ale trudno, raz się żyje. Po prostu trzeba kupić ten egzemplarz 2.5 TDI z przebiegiem 411 000 km.

Audi A8

Po pierwsze, jest wiele rodzajów 2.5 TDI V6 i niektóre – te z literką B na początku kodu – są naprawdę niezłe (BAU, BCZ). Pół miliona to dla nich nie problem. Szybciej podda się skrzynia biegów, ale w tym egzemplarzu została ponoć wyremontowana. 10 lat w rękach jednego właściciela. Nieskatowane wnętrze z bogatym wyposażeniem. A8, które pali poniżej 10 l paliwa. Tak, ma 411 000 km. No i co z tego? Spójrzcie na cenę. To jest jakieś 5% wartości tego auta jako nowego. Wasze stereotypy są inwalidami.

Na B jest Buick. Ale też BMW.

Nie lubię BMW, nie podoba mi się żaden model tej marki po 1990 r. Nie widzę w nich niczego pociągającego. Jedyne BMW, które dla mnie jakoś się broni to E39, co nie oznacza że bym sobie je kupił. Ale była ostatnio w redakcji dyskusja o tym, jakim samochodem można lecieć 180 km/h po niemieckiej autostradzie przez długi czas i ono wytrzyma, i stanęło na tym, że E39 530d spełnia to kryterium w stu procentach. No i znalazłem takie kombi 530d, co wcale nie jest często spotykaną konfiguracją w E39, bo było po prostu strasznie drogie. Fajnie, że to egzemplarz z końca produkcji, fajnie że to kombi, ma ładny kolor i tylko 360 000 km przebiegu. Nawet ta manualna skrzynia mi nie przeszkadza. Przy okazji – uwaga – 530d w E39 to nie jest 530d w E60, choć ma prawie to samo oznaczenie. Ten silnik ma 2,9 l pojemności i 193 KM. W E60 zwiększono pojemność do 3 l, a moc do 204 KM i więcej. Oba jednak łączy to, że są pancerne. Chyba najlepszy 6-cylindrowy diesel w historii 6-cylindrowych diesli.

BMW E39

Tylko niepokoi mnie, że ktoś sprzedaje auto po roku, zakrywa tablice i pisze że sprzedaje, bo wyjeżdża za granicę. A to za granicą nie będzie potrzebował samochodu i przesiądzie się na rower? To słabe wytłumaczenie. Bardziej przemówiło by do mnie „szybko się nudzę, lubię zmieniać samochody”. Nie zmienia to faktu, że ten silnik w E39 ma resurs miliona kilometrów. Tyle nie przejadę pewnie przez całe swoje życie.

Spróbujmy jakąś inną literę. Może H jak Honda.

Tu nie zastanawiałem się długo. W przypadku Hond z dużym przebiegiem zdecydowanie dominuje Accord VII generacji z lat 2002-2008 – pierwszy z normalnym dieslem. Poprzedni też miał diesla: Rover iDT 2.0 105 KM. Podobno gdzieś w Anglii jest sklep, który ma części do niego, ale jest od lat nieczynny. Przejdźmy więc do sensowniejszego Accorda 2.2 i-CTDi z przebiegiem zaledwie 330 000 km. Byłem parę razy w ASO Hondy przy różnych okazjach i zawsze pytałem o tego 2.2. I zawsze słyszałem to samo: jeśli nie z pierwszego roku produkcji, to przelata pół miliona. Po drodze raz trzeba będzie wymienić filtr cząstek stałych. Tu mamy rok produkcji 2006, nadwozie kombi i zadziwiająco mało umęczone wnętrze. Oraz jeszcze silnik ze starej serii z osprzętem Boscha na wtryskiwaczach elektromagnetycznych. Niestety, jest to też samochód raczej drogi w naprawach i nie każdy mechanik chce się za niego brać.

Honda Accord

Polecam raz przejechać się taką Hondą. Wóz niby nie jest wybitny pod żadnym względem. Ale jest zrobiony tak, że nie chce się z niego wysiadać, bo wszystko działa tak dobrze i niedenerwująco. I jest to diesel, który nie brzmi jakby ktoś wsypywał kartofle do piwnicy.

Dobra, dość tych diesli. Teraz L, jak Lexus.

Pan Maciej z Rypina oferuje Lexusa GS300 z symbolicznym przebiegiem 340 000 km za niecałe 33 000 zł. Uwaga: to już nie jest Lexus z rzędową „szóstką”, to robiona do dziś seria GR, czyli 3.0 V6 z bezpośrednim wtryskiem paliwa. Odpada więc LPG – miłośnicy tego paliwa mogą nie czytać dalej, nie ma instalacji V gen. do tego silnika, a inne kombinacje są nieopłacalne. Wzruszył mnie opis, że samochód jest w „poprawnym stanie technicznym”. Lubię tę generację Lexusa za dużo stylistycznych smaczków: zegary w tubach, wysuwany panel z przyciskami, Hofmeister Kink w bocznej linii i za bliskie pokrewieństwo z japońską Toyotą Crown. Taki Lexus jest niewiarygodnie dobrze wyciszony i obrzydliwie wręcz komfortowy, ale nie ma w sobie w zasadzie nic sportowego. Jeździ się nim w ciszy i wyjątkowej izolacji od otoczenia. I chociaż wszystko spasowano wspaniale, to niektóre elementy są wykonane ze średnio estetycznych materiałów. Czepiam się na siłę, bo ten sprzęt w ogóle się nie psuje. W o g ó l e.

Lexus GS

Ale jak pojedziesz do serwisu, to tam cię tak skasują, że zaczniesz jednak kombinować, że trzeba było kupić BMW E39, bo części do niego widziałem ostatnio w altance gabarytowej pod moim blokiem.

M to litera, na którą zaczyna się marka, jakiej nie mogłem tu pominąć, i nie chodzi o Mercurego

Uwaga! Jeśli dostaliście już skrętu kiszek przy A8 z 2.5 TDI, to najgorsze dopiero przed wami. I mam pełną legitymację, by was do tego najgorszego namawiać, bo jestem człowiekiem, który z własnej woli wydał własne, ciężko zarobione pieniądze na Mercedesa W210. No to uważajcie: BARDZO MI PRZYKRO, W220.

„Widziałeś co ten debil napisał? On poleca W220!”

Mercedes W220

No to teraz przyczaj ten egzemplarz. Stare tablice z flagą. Pierwszy właściciel salon Polska. Pod maską nie ma diesla z ciężarówki, tylko 5.0 V8 jak normalna klasa S. Sprzedający pisze: pneumatyka sprawna. To akurat łatwo sprawdzić. Można też obejrzeć, czy nie ma korozji, ale nie wszystkie W220 korodują – te późne jakoś się trzymają. Wnętrze nie wygląda najlepiej, domaga się detailingu, a może nawet wymiany kilku drobiazgów. Ale trudno nazwać mi tę ofertę inaczej niż okazyjna: jeśli rzeczywiście są te wszystkie dowody na serwisowanie, to sprzedający zrobił fatalny interes, topiąc tonę pieniędzy w zakupie i serwisowaniu W220 w ASO, a potem wystawiając go za 26 000 zł. I dlatego polecam. A jeśli komuś nie odpowiada ten egzemplarz, to mam drugi, też ładny i w fajnej konfiguracji: 5.0 V8 krótki z 7-biegowym automatem. Czyli taki prawie-W221, tylko o połowę taniej. W220 rzeczywiście nie jest szczytowym osiągnięciem Mercedesa i wielokrotnie krytykowałem ten samochód jako całość, co nie znaczy że nie da się wyrwać fajnych egzemplarzy. Jego główna zaleta to superniskie ceny i to, że większość tych potwornie drogich napraw potaniała kilkukrotnie w okresie ostatnich 5 lat.

P – Peugeot. Peugeot? Serio?

Jak najbardziej. Czasem warto wyjść poza schemat niemieckich samochodów premium i spojrzeć na coś niecodziennego. W tym przypadku jest to Peugeot 407. Auto z przebiegiem 328 tys. km, w posiadaniu tego samego właściciela od 8 lat. Mogło mu się znudzić. Silnik? 2.0 HDi. Zawsze polecam ten silnik, chociaż dużo pali, ale jest to jednostka z dostawczaków. Silniki z dostawczaków nie mogą być nietrwałe, bo bus musi latać i robić kilometry. Jeśli jakiś silnik projektowano pod zastosowania użytkowe, to przeważnie jest trwały.

Peugeot 407

W tym Peugeocie zaskakuje mnie wyposażenie (twardy dysk!) i to, że auto francuskie sprzed 11 lat może prezentować się jak nowe. Błyszczący lakier, niezniszczone wnętrze – one wcale nie są takie złe. Zgadza się: ten samochód jest ciasny, ma idiotycznie długi zwis przedni i nie każdemu się spodoba. Ale podoba mi się lista wydatków, jakie poniósł właściciel, pan Zbigniew. Potwierdza ona, że przy 200 000 km trzeba zainwestować. Potem można jeździć kolejnych 200 000 km.

T jak Terenowy. A jak Terenowy, to Toyota. Oczywiście Land Cruiser.

Brakowało mi jakiejś terenówki. Terenówką, na której przebieg nie robi żadnego wrażenia, jest Toyota Land Cruiser z serii „dużej” czyli J6, J8, J10. Co powiecie na J10 z przebiegiem zaledwie 346 000 km i na czarnych blachach? Tak trzeba żyć, panie i panowie. Cena 49 000 zł jest dość okazyjna, te auta drożeją, choć tego nie widać na pierwszy rzut oka. Jednak już teraz mamy do czynienia z sytuacją, że naprawdę ładne J10 sprzedają się za ogromne pieniądze. Dlatego warto kupić ten wóz i doinwestować go trochę, a przede wszystkim powalczyć z korozją, która zżera tylną klapę i błotniki. Silnikowo czy napędowo jest to wóz nie do zarżnięcia. Ma słabe hamulce i czasem poddaje się przedni dyfer lub hydrauliczne zawieszenie. Ale i tak jestem na tak. Poza tym jeździ się nim jakby prowadziło się tankowiec. I nie mieści się w miejsca do parkowania, takie standardowe pod marketami czy na parkingach podziemnych. Tylko że trzeba mieć nie po kolei w głowie żeby odwiedzać nim takie miejscówki.

Toyota Land Cruiser

I na koniec: V jak Volvo

Musiało być jakieś Volvo. W końcu te kanciaste cacka z kraju łosiów są znane z tego, że przejeżdżają sześć-siedem stówek bez większych kłopotów. Chyba, że… no właśnie. Na początek odrzuciłem wszystkie „automaty”. Automat Aisin-AW TF80 w Volvo to kapeć. To prawda, że użytkownicy przyczyniali się do jego awarii, nie wymieniając oleju, ale on nawet przy regularnej wymianie oleju wytrzymuje 300 000 km, a potem zaczyna szarpać, albo przeciągać. Mój kolega kupił sobie V70 z automatem i przebiegiem 180 000 km, olej był wymieniany wcześniej 2-krotnie w ASO. Zaraz później posypał się konwerter. Zaraza. Dlatego stawiam na ten egzemplarz z manualną skrzynią biegów.

Volvo V70

Oprócz manuala mamy tu jeszcze jasne wnętrze, a bardzo lubię jasne wnętrza. Mamy idealne na polskie drogi opony-balony. Mamy też silnik 2.4, a nie 2.0 D. Z jakiegoś powodu zmniejszenie pojemności nie wyszło temu silnikowi na dobre i 2.4 jest po prostu lepszy. Kupujemy, wymieniamy rozrząd + pasek osprzętu (koniecznie!), potem coś w zawieszeniu, potem drugi raz coś w zawieszeniu i można już jeździć następnych 10 lat na pohybel Euro 6, czego i Wam życzę.

 

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie