Felietony

Żadne nowe auto nie kręci mnie tak jak Suzuki Jimny. Ale boję się o jego powodzenie

Felietony 06.07.2018 738 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 06.07.2018

Żadne nowe auto nie kręci mnie tak jak Suzuki Jimny. Ale boję się o jego powodzenie

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski06.07.2018
738 interakcji Dołącz do dyskusji

Potwierdzono już, że nowe Suzuki Jimny będzie dostępne w Europie i otrzyma mocniejszy niż początkowo sądzono silnik rozwijający 100 KM z 1,5 litra pojemności. Ten samochód zapowiada się wspaniale, ale boję się, że przegra w starciu z europejskim pędem do nadregulacji.

Od 1998 r., kiedy to debiutowała poprzednia generacja Suzuki Jimny, gusta kupujących zmieniły się radykalnie. Z ofert producentów zniknęły właściwie terenówki. Land Rover Defender został wycofany bez następcy. Mercedes klasy G zamienił się trochę w swoją własną karykaturę i z pewnością nie kupują go fani off-roadu. Toyota Land Cruiser zamieniła się w luksusowego SUV-a. Pamiętam nawet ten skandal, o którym pisało francuskie czasopismo miłośników terenowych Toyot, gdy zaoferowano 3-drzwiową odmianę Land Cruisera bez koła zapasowego. Było to w 2009 r. – już wtedy Jimny z 1998 r. miał 11 lat. O dziwo, 3-drzwiowy Land Cruiser nadal jest w ofercie, kosztuje od 189 000 zł. Nie przypominam sobie, żebym w ciągu ostatniego roku widział jakiś egzemplarz na ulicy.

Żaden producent oprócz Suzuki nie oferuje już taniej terenówki.

Stop! A Łada? Przecież można kupić nową Ładę 4×4, dawniej znaną pod nazwą Niva. Kosztuje grosze, a sprzedaż też jest marginalna. Znam 2 osoby, które kupiły sobie taki samochód, ale to raczej wynika, że obracam się w środowisku miłośników gratów. Jedynym małym samochodem terenowym znanego producenta jest obecnie Fiat Panda Cross. Ze względu na wysoką cenę też raczej nie znajduje zbyt wielu nabywców. Poza tym to taka terenówka z przymrużeniem oka. Osobowy samochód z dużym prześwitem i samoczynnie dołączanym napędem. Daleko to on nie zajedzie, nie wspominając o tym, że nie nadaje się do typowo terenowej pracy.

Suzuki zdaje się zupełnie nie przejmować zmienionymi gustami nabywców. Najwyraźniej uznano, że jako jedyny producent zapełniający tę niszę, nie musi brać pod uwagę ogólnych trendów, bo grupa nabywców jest stała. Wygląda na to, że mają rację. Co miesiąc w Europie sprzedaje się średnio 1000 sztuk Jimny. Ta liczba waha się od 700 do 1500, ale od kilku lat nie tylko nie spada, a wręcz zaczęła rosnąć – wraz z tym, jak z rynku znikali kolejni rywale. Po 2010 r. sprzedaż Jimny w Europie spadła do historycznie niskiego poziomu 10 tys. sztuk na rok, ale potem zaczęła rosnąć i obecnie osiąga ok. 14 000 sztuk rocznie.

Suzuki Jimny
Jaka wspaniała wersja bez poszerzeń i na stalaku!

To w sumie dobra nowina. Grupa klientów nadal jest.

Alpejscy rolnicy, miłośnicy jazdy w terenie, właściciele gospodarstw rolnych z krajów śródziemnomorskich, rybacy i inni nabywcy szukający samochodu, który w razie potrzeby może posłużyć im za ciągnik, nie za bardzo patrzą na modę i średnio interesuje ich emisja dwutlenku smogu. Interesuje ich za to trwała konstrukcja, odporność na fatalne warunki drogowe i możliwość dojechania w miejsce, dokąd normalnie by nie dojechali żadnym SUV-em. Kiedyś jeżdżąc na rowerze po lesie spotkałem leśniczego jadącego Samuraiem. Okazało się, że jadę przez rezerwat ochrony ścisłej i kazał mi zawrócić. Ale zagadałem go o samochód, bo lubię terenowe Suzuki. Pytam go: a pan dokąd jedzie? A nad kanałek. Bobry wybudowały taką tamę, że jak woda przeleje się bokiem, to zaleje gospodarstwo na skraju lasu, gdzie gość hoduje ozdobne kury. Tamę trzeba zdemontować – i do tego celu właśnie najlepiej nada się Samurai. Nowe Jimny musi umieć robić to samo.

Zaskakujące, jak daleko poszło Suzuki w oporze przed nowoczesnością

Spodziewałem się, że nowe Jimny to będzie taki mały crossoverek. Silnik w poprzek, dołączany napęd na tył, no i o żadnej ramie nie ma mowy. Jakże się pomyliłem. Jest rama, silnik wzdłuż, napęd na tył plus ten na przód dołączany tradycyjnie, czyli ręcznie. Bez centralnego mechanizmu różnicowego. Komu są potrzebne takie nowomodne wymysły? Okej, zniknęły resory piórowe i sztywny most z przodu. Z tyłu chyba został, ale nie jestem pewien. A co najlepsze, zupełnie zarzucono próby wyoblania i unowocześniania wyglądu. Kanciaste pudełko to najlepszy kształt dla takiego samochodu.

Wnętrze też wygląda świetnie. Musi być ekran, to jasna rzecz. Nie ma już aut bez ekranu i przed tym się nie obronimy. Ale spójrzcie na te zegary – niemal identyczne jak w klasycznym SJ410. I ta wspaniała, długa dźwignia biegów.

Marzę, żeby pójść do salonu i kupić takie Jimny. Albo przynajmniej wyleasingować.

Nie jest mi ono do niczego potrzebne. Po prostu niesamowicie mi się podoba. Widzę w nim tę ponadczasowość, której współczesne samochody nie mają. Nowoczesne auto przeważnie wygląda jak zrobione tak, żeby po 4-5 latach przestało być modne i musiało przejść lifting, który wydłuży okres jego rynkowego życia do 8 lat, a potem zniknie i zostanie zastąpione nowym modelem. Już na etapie projektu uwzględnia się takie cechy. Wystarczy spojrzeć na agresywnie i dziwacznie stylizowane przody nowych Hyundaiów czy Citroenów, na niepotrzebnie udziwnione Mini czy przepełnione ekranami Audi – to wszystko ma być modne dziś, a za kilka lat będziemy patrzeć na nie z lekkim politowaniem. Jimny nie zestarzeje się nigdy. Ma w sobie urok łopaty i młotka, czyli rzeczy zawsze potrzebnych: wczoraj, dziś i za 100 lat.

Suzuki Jimny

Trochę tylko się boję o jego powodzenie

Miejmy nadzieję, że nowe Jimny trafi w gusta swojej grupy odbiorców. Już teraz widać, że w internecie ten samochód budzi duże emocje. Mając na myśli „powodzenie” nie mam tu więc na myśli wyników sprzedaży. Te pewnie będą dobre, jest szansa na skok do 20 tys. sztuk rocznie.

Suzuki Jimny

Bardziej obawiam się, że takie Suzuki Jimny przepadnie w starciu z kolejnymi absurdalnymi, europejskimi normami. Może wyemituje o jedną stutysięczną grama za dużo jakiejś szkodliwej substancji, może nie spełni normy zderzeniowej mierzonej w tym aucie przy prędkości, do której się pewnie nigdy nie rozpędzi, a może nie będzie się w nim dawało zamontować jakiegoś obowiązkowego elementu wyposażenia wziętego z kosmosu. I w tym momencie Jimny zniknie z Europy na zawsze. To tak jakby zabroniono łopaty i młotka, bo przecież zamiast nich można skorzystać z autonomicznego elektronicznego robota kopiąco-wbijającego dostępnego na godziny w systemie robot-sharingu. Taka sytuacja ma już miejsce w odniesieniu do wielu samochodów, których w Europie po prostu nie opłacało się homologować. Może i na naszym kontynencie jest dzięki temu bezpieczniej. W końcu kto nie ma młotka, nie może walnąć się nim w palec. A gwóźdź można wysłać Chińczykom, żeby wbili go za nas. Razem z trumną.

Suzuki Jimny

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać