Przegląd rynku

Za nowe Audi A1 zapłacisz nawet ponad 160 tys. zł. Ale wygląda obłędnie

Przegląd rynku 30.11.2018 136 interakcji
Piotr Barycki
Piotr Barycki 30.11.2018

Za nowe Audi A1 zapłacisz nawet ponad 160 tys. zł. Ale wygląda obłędnie

Piotr Barycki
Piotr Barycki30.11.2018
136 interakcji Dołącz do dyskusji

Luksusowe auto nie musi być wielkie. Niezależnie jednak od rozmiaru będzie… drogie. Nowe Audi A1 w przyjemnej wersji kosztuje nawet i ponad 160 tys. zł.

Tak, ponad 160 tys. zł za auto, którego długość ledwo przekracza 4 m, a jego zdolności przewozowe są – mówiąc oględnie – raczej typowo miejskie. Ale że konkurencja w tym segmencie prawie nie istnieje, jest spora szansa na to, że znajdą się klienci i na takie odmiany nowego Audi A1.

160 tys. zł… za co?!

Jeśli komuś kwota 160 tys. zł za dobrze wyposażone A1 wydaje się odrobinę zbyt wysoka, to lepiej niech nie patrzy na cenę bazową. Za auto bez prawie żadnych dodatków, z manualną klimatyzacją, na 15-calowych felgach aluminiowych, ze 116-konnym silnikiem benzynowym (9,5 s do setki) i manualną skrzynią biegów, a także z halogenowymi reflektorami, trzeba zapłacić 91 tys. zł.

Oczywiście A1 celuje w konkretną grupę klientów, ale gdyby odnieść jego cenę do całego rynku, to ląduje ono w okolicach bazowych odmian… Passata czy Superba. A jeśli dołożylibyśmy niecałe 7 tys. zł, moglibyśmy już rozpocząć poszukiwanie bazowej wersji większego Mercedesa klasy A. Były wprawdzie jeszcze bardziej anemiczny (109 KM, 10,9 s do setki), ale to zawsze rozmiar wyżej.

Skoro więc ustaliliśmy, że A1 jest raczej wyborem serca niż wyborem optymalnym finansowo, sprawdźmy, za co trzeba tutaj dopłacić, żeby serce szybciej zabiło nam na jego widok.

Ma być stylowo!

A to oznacza tylko jedno – automatyczny wybór wersji S line, co powoduje podniesienie ceny bazowej do 99 tys. zł. Kolejny krok – pakiet Edition One, który kosztuje wprawdzie 10 980 zł, ale dodaje milion punktów stylówy (całkiem poważnie!). Niestety musimy dopłacić do 18-calowych felg (6800 zł) i lakierów (1340 zł), co powoduje, że w sumie pakiet ten podnosi cenę auta o… 19 120 zł. Do tego jeszcze przyciemniane tylne szyby (1700 zł), żeby całość wyglądała jeszcze lepiej.

Fortuna, ale biorąc pod uwagę, że to auto ma też dobrze wyglądać – zdecydowanie warto. Zdecydowanie warto też dopłacić do automatycznej skrzyni biegów (niecałe 8 tys. zł).

W sumie te kilka zmian spowodowało, że cena A1 wzrosła do 126 920 zł.

Wnętrzem też warto się zająć.

Po części dlatego, żę w podstawowej wersji wygląda fatalnie źle. Ekran zegarów trochę ratuję sytuację, ale – przynajmniej na grafikach – całość prezentuje się raczej kiepsko. Tym bardziej na tle zdjęć i materiałów prasowych.

Zaczynamy od sportowych foteli przednich, wykończonych cześciowo Alcantarą oraz wielofunkcyjnej kierownicy ze spłaszczonym wieńcem i funkcją zmiany przełożeń. W sumie 9500 zł, ale jaka różnica w środku!

Do tego jeszcze obowiązkowe podgrzewanie przednich foteli za 1460 zł. Lekkim nieporozumieniem jest konieczność dopłacania do podłokietnika z przodu w aucie za 91 tys. zł w podstawowej wersji, ale co zrobić – 730 zł mniej na na koncie. Identyczną kwotę musimy zostawić w salonie za pakiet skórzany, czyli obszycie fragmentów drzwi i dźwigni hamulca ręcznego skórą. Ale ma być elegancko!

Akcenty dekoracyjne w kolorze miętowym w tej konfiguracji natomiast sobie darujemy. Zamiast nich nieco rozjaśnijmy wnętrze pakietem optycznym w tonacji aluminium. To tylko 350 zł.

A skoro o oświetlaniu mowa, przydałoby się jeszcze oświetlenie ambientowe. Kosztuje 1460 zł, ale jego wybór wymusza na nas dopłatę do MMI Radio plus (2210 zł) i 6 głośników (0 zł!).

Szczęśliwie rozwiązuje to przy okazji palący problem dziury ziejącej w miejscu centralnego ekranu. Teraz kokpit wyglada w końcu naprawdę dobrze!

Cena na ten moment: 145 060 zł.

Ale to jeszcze nie koniec!

Bez sensu jest jeździć tak wyposażonym autem bez klimatyzacji automatycznej (1950 zł) i otwierać drzwi z przycisku na pilocie (1900 zł za Advanced Key). Podobnie nie na miejscu jest brak podgrzewanych lusterek bocznych (730 zł) i przyciemnianego lusterka wewnętrznego (730 zł).

Do nawigacji natomiast nie dopłacamy. Zamiast tego wybieramy Audi smartphone Interface (2600 zł) – lepiej i taniej. Sześć głośników zastępujemy natomiast ośmioma za 1240 zł.

Przydałoby się też mieć na pokładzie kilka nowoczesnych systemów. Takich jak adaptacyjny tempomat (2670 zł), asystent parkowania (3840 zł!) i kamerę cofania na wszelki wypadek (1700 zł). A skoro na początku wybraliśmy model S line, to wybór trybów jazdy (830 zł) również jest obowiązkowy.

Skończyliśmy. W konfiguratorze widnieje kwota równa – uwaga – 163 250 zł. 107 800 zł zapłaciliśmy za podstawę auta (wliczając w to wersji S line i skrzynię automatyczną), natomiast 55 450 zł pochłonęły dodatki.

Część z nich oczywiście była trochę zbędna i pewnie wiele osób się na nie nie zdecyduje (chociażby pakiet stylistyczny za w sumie ponad 20 tys. zł), ale część z nich aż wstyd dokupować do auta z taką ceną startową. Halogenowe reflektory, manualna klimatyzacja, brak podłokietnika? Trochę przesada.

Z drugiej strony…

Audi może dyktować ceny tak, jakie się niemieckiej firmie zamarzą. W tym segmencie konkurencja praktycznie nie istnieje.

Mercedes nie ma tak małego auta. BMW nie ma tak małego auta w swojej głównej gamie. A istnieją osoby, które chcą mieć auto z naprawdę dobrym wyposażeniem, wyglądające jak najbardziej efektowne, a jednocześnie jak najmniejsze.

Jedynym rywalem rynkowym, który spełnia oba te wymagania, jest w zasadzie Mini. Jest nawet odrobinę mniejsze, można go stylizować na multum sposobów do upadłego, a lista opcji zdecydowanie nie należy do najkrótszych. Do tego… też nie jest tani – najbardziej bazowa wersja czterodrzwiowa kosztuje 86 tys. zł.

A poza tym? Poza tym nie bardzo jest w czym przebierać.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie