Felietony

Nigdy nie bawiłem się tak dobrze jeżdżąc Renault. Aż mam ochotę kupić sobie lawetę

Felietony 30.07.2020 78 interakcji
Michał Koziar
Michał Koziar 30.07.2020

Nigdy nie bawiłem się tak dobrze jeżdżąc Renault. Aż mam ochotę kupić sobie lawetę

Michał Koziar
Michał Koziar30.07.2020
78 interakcji Dołącz do dyskusji

Znacie to uczucie, kiedy macie ochotę kupić sobie jakiś durny gadżet, który przyda się może dwa razy w roku, ale i tak nie możecie się powstrzymać? U mnie takie pragnienie pojawiło się kiedy zacząłem jeździć testowym Renault Master w wersji laweta. Nawet nie próbujcie mi tłumaczyć, że taniej jest wypożyczać, muszę zaczekać aż mi przejdzie.

Nie jestem specjalistą od busów. Jeśli do jakiegoś wsiadam, to głównie do lawety. Najczęściej jest to Żuk, choć zdarzyło mi się też korzystać z pierwszego Mercedesa Sprintera. Przy rodzimej konstrukcji był lotem w nadprzestrzeń. Ale to oczywiście dygresja, wróćmy do meritum. Zazwyczaj nie testuję busów, ale po lawetę do Renault zgłosiłem się z radością. Po pierwsze – już podstarzałe auta tego typu dawały mi frajdę z jazdy. Po drugie – muszę przywieźć z Wrocławia dwa graty, w tym jednego tajemniczego, o którym wspominałem w jednym z wpisów. Stwierdziłem, że połączę przyjemne z pożytecznym. Będzie test na Autobloga i historyjka o kolejnej głupiej wyprawie po dwa auta

Renault Master laweta z silnikiem 2.3 dCi nie jest nadmiernie łakomy na paliwo, więc postanowiłem przed wyprawą pomóc Maćkowi z RetroSzopy w przygotowaniach do przeprowadzki. Do przerzucenia na krótkim dystansie były trzy auta. Brzmi jak nudne zadanie, ale sam się zdziwiłem jaka to dobra zabawa. O samym prowadzeniu 180-konnej lawety opowiem więcej w pełnym teście, a teraz skupię się na zabawie. To znaczy targaniu aut.

renault laweta

Renault laweta sprawiło, że poczułem się jak dzieciak na dniu rodzinnym w pracy ojca.

Jeśli ktoś pracuje na co dzień jako kierowca pomocy drogowej będzie zażenowany moimi wynurzeniami, ale cała procedura załadunku i rozładunku aut niesamowicie mi się podoba. Jak dzieciak, którzy przyszedł do ojca do pracy z uśmiechem wciskałem przyciski na pilocie od wysokości zawieszenia, wyjmowałem i składałem najazdy czy wciągałem auta wyciągarką. Ba, po zmroku mogłem sobie jeszcze włączyć oświetlenie robocze i żółte bomby. To kretyńskie, ale czułem się jak przedszkolak bawiący się samochodzikami. Wiecie, coś jakby dostać zabawkowy dźwig, śmieciarkę czy inny tego typu sprzęt. Z tą różnicą, że zabawki były trochę większe i musiałem się bardziej skupić, bo przerośnięte matchboxy spadając z najazdów mogłyby narobić prawdziwych szkód.

wciągarka
Wciągarka – moja ulubiona zabawka.

Dodajmy do tego jeszcze zakładanie z namaszczeniem pasów zabezpieczających. Tak, lubię sobie poklikać maszynką do ściągania, czy jak się nazywa to metalowe coś z rączką. Dziwne jak na dorosłego faceta, ale nawet się tego nie wstydzę. Do tego jeszcze dochodzi śmieszne uczucie podczas jazdy z ładunkiem. Mogłem w głowie udawać, że wyjątkowo mam prawdziwą pracę w pomocy drogowej, a nie jakieś pożal się Borze Tucholski blogerstwo. Wiecie, jak w tym dowcipie, czy blogowanie można nazwać zawodem? Tak, wielkim zawodem. Dla rodziców.

No, pośmialiśmy się, podokazywaliśmy, a przydałaby się jakaś puenta. Niestety, będzie błyskotliwa jak ten pan od kart wyborczych. Po prostu ładowanie i rozładowywanie aut za bardzo mi się podoba, więc zacząłem oglądać tanie lawety na OLX.

Ratunku!

Polonez Borewicz
Nocne targanie Poloneza Borewicza. Bardzo dobra zabawa. Zdjęcie zrobione pilotem od wciągarki.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać