Felietony

Motoblender 49/2019: w kolejce oczekuje 2137 osób

Felietony 28.12.2019 244 interakcje
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 28.12.2019

Motoblender 49/2019: w kolejce oczekuje 2137 osób

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski28.12.2019
244 interakcje Dołącz do dyskusji

Oto ostatni już w tym roku Motoblender. Czy w przyszłym roku powinienem kontynuować tę serię? Nie no, pytanie retoryczne. Gdzież indziej znajdziecie tak subiektywny przegląd wiadomości motoryzacyjnych?

Zacznijmy jednak od paniki, którą mimo naszych objaśnień wzbudzają nowe przepisy dotyczące zgłaszania i przerejestrowywania samochodów. Zgodnie z przewidywaniami, wydziały komunikacji przeżywają oblężenie. Znam kilka relacji osób, które spróbowały swojego szczęścia w piątek. Kolega wziął numerek i miał przed sobą 90 oczekujących. Koleżanka przyszła, zobaczyła co się dzieje i po pewnym czasie bezowocnego wygniatania krzesła poszła do domu. Urzędnicy wyłączają system kolejkowo-numerkowy na 2 godziny przed zamknięciem wydziału, a i tak nie da rady obsłużyć nawet połowy oczekujących, i ci którzy wzięli numerek później niż rano, tego dnia nie mają już szans na załatwienie swojej sprawy.

Nasuwa się pytanie – dlaczego? Przecież za nieprzerejestrowanie samochodu zarejestrowanego już w Polsce, a kupionego przed 1 stycznia 2020 r. nie grozi żadna kara. Obowiązuje stary przepis, który wprawdzie nakłada obowiązek przerejestrowania, ale nie przewiduje żadnej sankcji za jego niedopełnienie. Ja mam zamiar dokonać zgłoszenia listownego – wydrukuję informację o tym, że w dniu 19 marca 2019 r. nabyłem pojazd FSM Cinquecento, załączę ksero umowy i dowodu rejestracyjnego, mogę nawet załączyć zdjęcie samochodu z widocznymi tablicami – i cyk gotowe. Po co wysiadujecie w tych wydziałach komunikacji? To nie ma żadnego sensu. Żadne kary wam nie grożą.

BMW też się zorientowało, że to nie ma żadnego sensu

Nie chodzi jednak o rejestrację pojazdu, a o diesla z czterema turbosprężarkami. Dawno temu, kiedy nie było jeszcze Autobloga, polewałem nieco z tego silnika na Spider’s Web. Potem pojechałem takim samochodem nad jezioro Como i nie zachwycił mnie. Był bardzo agresywny, sporo palił, miał raczej nieprzyjemny dźwięk silnika. Podejrzewam – choć nie mam pewności – że wariant biturbo jeździ bardzo podobnie, a cztery turbosprężarki służą głównie do chwalenia się znajomym, że ma się więcej turbosprężarek niż oni. Teraz pojawiają się dość mocno uzasadnione plotki, że silnik 3.0 d quad turbo wypadnie z produkcji w 2020 r. i że nie będzie bezpośredniego następcy – w ofercie pozostanie jednak wariant biturbo. Wcale się temu nie dziwię.

A nie, jednak trochę się dziwię, tylko czemuś innemu – po co w ogóle go robiono. Czy było warto opracowywać tak skomplikowaną jednostkę napędową, żeby wyżyła w ofercie niecałe 4 lata? Zresztą nie jest to problem tylko BMW. Regularnie widzę silniki, które wytrwały na rynku maksymalnie 3-4 lata, a potem wycięła je norma emisji spalin lub zbyt duża emisja CO2. Rozumiem, że inwestując w prace nad takim silnikiem, producent nie ma pojęcia co się zdarzy za 3 lata i nie wie, że trzeba będzie go wycofać? Ciekawe…

Najlepszy złomfind za 800 dolców

W Stanach pracownik złomowiska zauważył idealną Hondę Accord oddawaną właśnie na złom. Był to 2-drzwiowy sedan z 1992 r. z automatyczną skrzynią biegów. Auto trafiło na złomowisko, ale na szczęście ktoś nakleił na nim kartkę „nie rozkładać na części”. Zapewne osoba oddająca auto pomyliła się co do przebiegu – myślała, że Accord ma najeżdżone 120 tys. mil (też w sumie niewiele), podczas gdy miał zaledwie… 20 tys. mil. Czyli był praktycznie nowy. Pracownikowi o ksywce „blackdriftking” udało się odkupić ten pojazd za 800 dolarów. Podobno jeździ jak nowy i jest używany na co dzień.

Próbuję to porównać z polską, podobną sytuacją, której byłem świadkiem. Chodziło o Poloneza Caro. Auto było w stanie niemal fabrycznym. Minimalny przebieg, biały lakier, brak rdzy, czarne blaszki. Starszy pan oddał go na złom, bo nie mógł już nim jeździć – szwankował mu wzrok. Auto stało przy bramie złomowiska. Kolega, który był tego świadkiem, zaproponował odkup. Niemożliwe, bo samochód „jest już przyjęty”. Tak jakby przyjęcie samochodu na stację demontażu było aktem boskim, którego nie da się cofnąć. Wielki Złomeus, bóg stacji demontażu, władca zgniatarek i niszczyciel gratów, naznaczył ten pojazd, aby trafił do strzępiarki, a co Złomeus zezłomował, człowiek niech nie ratuje. Lepiej więc zniszczyć dobry, działający samochód niż wycofać drobną w sumie decyzję administracyjną. Dlatego właśnie USA > Europa (to jeden z wielu powodów).

Motoblender
fot. blackdriftking

Akumulatory ze stałym elektrolitem wchodzą do gry. Albo wcale nie

Solid-state, czyli akumulatory z elektrolitem w postaci stałej, zapowiadają się na nowy hit na rynku samochodów elektrycznych. Albo i nie. Wprawdzie Adam pisał o tym już w 2018 r. – wtedy w produkcję takich akumulatorów niebagatelną kwotę zainwestował Volkswagen, jednak dla odmiany Bosch się z niej wycofał. W międzyczasie Chińczycy, którzy zapewne nie wiedzą że się nie da, i że to nie ma sensu, opracowali model samochodu elektrycznego właśnie z akumulatorami solid-state. Niestety, wiele wskazuje na to, że mamy do czynienia z wkrętem. Film pokazujący działanie rewolucyjnego zestawu akumulatorów nie przedstawia żadnych konkretów, oprócz takich, że nowy system jest dużo lepszy, tańszy i efektywniejszy. Samochód Enovate ME7 wygląda na render, choć podobno pokazywano go już w Chinach w wersji gotowej – ale zdaje się, że prezentacja polegała na wystawieniu skorupy na kołach.

motoblender

Elektryczna rewolucja w motoryzacji będzie pełna takich manewrów – że ktoś tam gdzieś, nie wiadomo za bardzo jak i za czyje pieniądze, opracował superpojemny, superlekki akumulator o niezwykłej stabilności termicznej, który można ładować 150-kilowatową ładowarką w pięć minut bez straty dla jego pojemności. Wiadomo, że takie wiadomości elektryzują odbiorców, a to może pomóc w pozyskaniu inwestorów. Jak uczy nas całkiem niedawna historia, pozyskiwanie inwestorów nie jest takie trudne. Można w nieskończoność wkręcać ludzi, że ma się jakiś rewolucyjny wynalazek. Trzeba po prostu być atrakcyjną, białą kobietą.

Sajbiertrak

Tymczasem nasi bracia Słowianie, a konkretnie typy z kanału Puszka-Garaż (garaż armatni) przebrali Ładę Samarę za Teslę Cybertruck. Wykonanie tego niezwykłego dzieła dokumentuje poniższy film.

No cóż. Wyszło tak średnio. To znaczy fajny pomysł jako żart, ale nie wiem czy warto było inwestować w ten żart równowartość 5 tys. zł. Z drugiej strony – nie zbudowałem w swoim życiu żadnej repliki Tesli Cybertruck oraz nie planuję, więc czy powinienem krytykować? Po prostu obawiam się, że po paru przejażdżkach po ulicach miasta i paru tysiącach lajków na youtubie, ten pojazd skończy w kawałkach, bo do jazdy za bardzo się nie nadaje. W każdym razie konstruktorzy zasłużyli na nagrodę za najtańszą w realizacji replikę Cybertrucka. Liczę na to, że ten projekt ich przebije – zarówno jeśli chodzi o proporcje, jak i ogólną taniość.

Zostając na chwilę w Rosji…

Złodziejom udało się ukraść wart ponad 3 mln dolarów pojazd – limuzynę ZIS-115, która w latach 40. i 50. woziła samego Józefa Stalina. 4,2-tonowy gigant stał w normalnym, niestrzeżonym garażu typu „boks w zespole garaży”, co znakomicie ułatwiło złodziejom zadanie. Podjechali dużą lawetą, włamali się do boksu, wypchnęli ZIS-a i wywieźli go w nieznanym kierunku. Właścicielem samochodu był, a właściwie jest, kolekcjoner z Odessy.  Gruba akcja. Ciekawe kto tak bardzo chciał mieć w kolekcji ZIS-a po Stalinie, że aż zdecydował się zlecić jego kradzież. Powstaje też pytanie, jak wysoko pojazd był ubezpieczony. Wiecie, pojazd ginie, ubezpieczenie wypłaca odszkodowanie, a „inny właściciel” po prostu kisi go w swojej kolekcji z daleka od ludzi, nigdy nim nie jeżdżąc. Nie no, nie sugeruję że którykolwiek z rosyjskich milionerów mógłby posunąć się do nieuczciwości…

 

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać