Felietony

Motoblender 42/2019: on jest wolnossący, a wiesz pan co to znaczy?

Felietony 09.11.2019 442 interakcje
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 09.11.2019

Motoblender 42/2019: on jest wolnossący, a wiesz pan co to znaczy?

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski09.11.2019
442 interakcje Dołącz do dyskusji

Witajcie, oto zupełnie zwykły Motoblender, w którym będę wywnętrzał się na temat motoryzacyjnych wiadomości z upływającego tygodnia. Wiem, że uwielbiacie tę serię. Od początku tego roku Motoblender wygenerował już prawie 450 tys. odsłon.

Nie ma co zwlekać, trzeba zaczynać. Zacznijmy od Bristolu – to takie miasto w Anglii – który całkowicie wywala diesle z centrum. Na razie plany utworzenia strefy centralnej w stu procentach wolnej od diesli zostały zatwierdzone przez radę miejską, teraz muszą być jeszcze klepnięte przez rząd centralny. Strefa ma zacząć działać od 2021 r., a niestosujący się doń posiadacze diesli będą karani na podstawie odczytów z systemu automatycznego rozpoznawania tablic rejestracyjnych. Posunięcie jest o tyle genialne, że wyrzucone zostaną nawet najnowsze samochody z DPF i SCR, spełniające normę Euro 6D-TEMP, natomiast nadal będzie można wjechać 20-letnim, benzynowym Range Roverem.

Można sobie zadać pytanie: co truje mniej, nowy diesel 1.6 z filtrem sadzy i katalizatorem selektywnym, czy 20-letni, wielki benzynowy SUV. Odpowiedź jest prosta i brzmi: to nie ma żadnego znaczenia, przestań nam psuć narrację idioto. Czytaliśmy w Gazecie Wyborczej że diesle są złe, to wyrzucamy diesle i czego nie rozumiesz, puszkosmrodziarzu. Ale w sumie nie to jest najzabawniejsze, tylko czas obowiązywania strefy czystego powietrza: od siódmej rano do piętnastej. Czyli o piętnastej dziesięć będziesz już mógł drzeć po Bristolu swoim Passacikiem B5 w dieslu, gdyż jak wiemy czyste powietrze jest nam potrzebne tylko rano i wczesnym popołudniem, a wieczorem możemy oddychać stężonym pyłem węglowym. Genialny plan, szkoda że nie jestem ośmiornicą, miałbym więcej kończyn do klaskania.

Sprzedając samochód, powinieneś poczuć się jak złodziej

Trafiłem na przedziwny artykuł. Może jest sponsorowany, ale nie znam się na tych sprawach. Tytuł brzmi „Sprzedając własny samochód poczułem się jak złodziej. To bardzo dobrze”. WTF. Przeczytałem cały ten tekst i autor opisuje tam swoje przygody ze sprzedażą wozu i z potencjalnymi kupującymi. Dziwi mnie, że skoro wóz był bardzo dobry i miał mały przebieg, to oglądało go aż tyle osób. Z mojego doświadczenia wynika, że dobre auta sprzedają się pierwszej oglądającej osobie, a jeśli ktoś jeździ w siedem miejsc, sprawdza w ASO, SKP i na policji, to ostatecznie powie „to ja się odezwę jak coś” i ślad po nim zaginie, ponieważ rzeczony „jak coś” nigdy nie następuje.

Zasadniczo uważam że nie ma co zbyt długo się uginać przed kupującymi, tzn. ja jak sprzedaję samochód, to mam prostą zasadę: odpowiem kupującemu na wszystkie pytania i pozwolę mu dokonać wszystkich normalnych procedur sprawdzania pojazdu, ale jeśli następuje narzekanie typu „a tu zarysowane… a te opony to coś stare…” to mu dziękuję, bo po co ma kupować samochód, który mu się nie podoba? Rozumiem, że ktoś po obejrzeniu powie „dziękuję, to jednak nie dla mnie” i rozstaniemy się w obojętności. Nie rozumiem natomiast kogoś, kto przychodzi, ogląda, wie że auto kosztuje np. 5000 zł i zaczyna mnie przekonywać że to auto to śmieć i on mnie od niego wybawi za 3200 zł. W tym momencie uznaję, że szkoda czasu i nie kontynuuję rozmowy. Miałem kiedyś taką sytuację: klient pooglądał, przejechał się po parkingu, pokopał w oponki, postękał. Trwało to z pół godziny. W końcu mówi: słucha pan, słucha pan, to jest nic niewarte, ja mogę dać połowę tej ceny. Na to ja zamknąłem drzwi od auta, powiedziałem „do widzenia” i odszedłem. Szedł za mną kilkaset metrów i ględził, że on tu jechał z Mielca, że on nie ma więcej pieniędzy, że „czy ja nie rozumiem”, itp. aż się znudził i poszedł.

Natomiast właściwie nie o tym chciałem mówić: w tytule napisali, że typ poczuł się jak złodziej. A skąd on wie, jak czuje się złodziej? Bo z moich doświadczeń ze złodziejami wynika, że oni mają na wszystko wylane i wcale nie czują się jak złodzieje. Gdyby tak się czuli, to by nie mogli być złodziejami.

Mitsubishi w reklamie podkreśla, że silnik jest wolnossący

W czasie gdy piszę ten Motoblender, w tle brzdąka telewizor – żona ogląda Dorotę Szelągowską czy coś. Wtem: reklamy. Oto nowe Mitsubishi ASX. Świetne, wspaniałe, najlepsze, superbezpieczne i z silnikiem WOLNOSSĄCYM. Tak powiedzieli w reklamie, nie wkręcam Was. Reklama telewizyjna podkreśla, że silnik Mitsubishi jest wolnossący, czyli nie ma tego piekielnego wynalazku zwanego turbosprężarką, który zepsuje się natychmiast po kupieniu, tego wysokoobrotowego potomstwa k… i szatana sprawiającego, że silnik w każdej chwili może wybuchnąć, a jego naprawa będzie kosztowała milion. W kogo celuje ta reklama? W grzybów? To w sumie szkoda, że nie ma już wolnossących diesli, może jeszcze paru 92-latków by się zainteresowało takim ASX-em z wolnossącym 1.9 D.

Mitsubishi ASX 2019 ceny

Oczywiście ja bardzo lubię przestarzałe rozwiązania i szanuję Mitsubishi za to, że stosuje silnik wolnossący, tyle że uważam akurat taką reklamę za „przeciwskuteczną” (pewien były PR-owiec japońskiej marki używał tego słowa). Przeciętny, niezainteresowany motoryzacją klient nie wie, co to znaczy „wolnossący”, a to słowo tak „z wierzchu” nie brzmi najlepiej – samochód jest wolny i ssie paliwo. Nic dobrego. Jeśli już trafimy na zainteresowanego, to on może równie dobrze wiedzieć, że to nie wolnossącość lub turbodoładowaność decydują o awaryjności. Polonez był nadzwyczaj wolnossący, a… nie muszę kończyć. Zadziwia mnie, że ktoś zdecydował się na wysunięcie na pierwszy plan akurat tej cechy. Co następne? „Nasz telefon ma PRAWDZIWE PRZYCISKI”?

Volvo czyni krok w stronę etycznych samochodów elektrycznych

Producent będzie monitorować, skąd pochodzi kobalt używany do produkcji akumulatorów. Innymi słowy kupując Volvo będziemy mogli przyjąć, że szwedzki wytwórca wie, czy pierwiastki użyte w akumulatorach zostały pozyskane w sposób etyczny i właściwy, czy też z użyciem niewolniczej pracy afrykańskich dzieci. Oczywiście to dobrze że wie, pytanie co z tym zrobi – przyjmuję za dobrą monetę, że tu chodzi o to, żeby można było na końcu na takim elektrycznym Volvie nakleić naklejkę „FAIRTRADE” albo „NO SLAVE WORK”, która ma sprawić, że kupując je, będziemy czuli się lepiej samemu ze sobą. Bardzo dobrze, a teraz pytanie pomocnicze – jeśli „wiemy skąd pochodzą pierwiastki do produkcji akumulatorów” jest stanem, który ma dopiero nastąpić, i to tylko w przypadku Volvo, to jak jest teraz?

volvo xc40 recharge

No i na koniec bekowy nius o Volkswagenie

Volkswagenowi grozi kolejna kara, tym razem w Wietnamie. Może to być nawet 1700 dolarów!!! Gorzej, bo to dotyczy tylko wietnamskiego importera marki VW, a na centralę może zostać nałożona kara wynosząca aż 2400 dolarów!!! A wszystko z powodu mapy w nawigacji w modelu Touareg. Podczas prezentacji w Wietnamie ktoś zauważył, że ten elegancki SUV ma wgrany fragment północnego Wietnamu z terenami zaznaczonymi jako „sporne z Chinami”. Oczywiście to niedopuszczalne dla wietnamskich władz – tereny te nie są sporne, są rdzennie wietnamskie i każdy kto uważa inaczej jest zdrajcą, którego zdradę zmyje tylko zapłata w wysokości 1700 dolców. No cóż, ja na przykład nie wiem czy te tereny są wietnamskie czy chińskie i wątpię, żeby Volkswagen zrobił to specjalnie. Zapewne po prostu o wiele więcej klientów kupuje auta tej marki w Chinach niż w Wietnamie, więc wgrana jest nawigacja w wersji chińskiej. I teraz najlepsze: karą dla VW Wietnam będzie też półroczne zawieszenie działania importera w tym kraju. Myślę, że VW jakoś da sobie radę. A teraz imaginujcie sobie, że VW zrobiłby inaczej i pokazałby wietnamską mapę w Chinach, i dostałby pół roku zawieszenia w Kraju Środka. Tego niemiecki gigant mógłby już nie przetrzymać. Czyli w sumie zrobili słusznie. Tylko nie próbujcie tego z mapą Polski w wersji z 1938 r.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać