Felietony

Motoblender 22: fura dla dyktatorek snapczatowych trendów

Felietony 03.08.2018 115 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 03.08.2018

Motoblender 22: fura dla dyktatorek snapczatowych trendów

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski03.08.2018
115 interakcji Dołącz do dyskusji

Witajcie w Motoblenderze. Motoblender to takie miejsce, w którym miksuję motoryzacyjne niusy z zeszłego tygodnia i robię z nich sałatkę z subiektywnym sosem. 

Zdecydowanie moim ulubionym samochodem zeszłego tygodnia jest Mercedes klasy G od firmy Inkas. Auto zostało radykalnie wydłużone i przebudowane, dołożono też do niego wypasione opancerzenie wytrzymujące ostrzał z broni o kalibrze 7,62 mm. Od nowa zabudowano wnętrze, które obecnie wygląda jak chata w skansenie wsi mazowieckiej w Sierpcu. Nie to jest jednak najzabawniejsze. Najbardziej bawi mnie to, że firma Inkas buduje wart 1,2 mln dolców wóz przeznaczony dla jakichś dyktatorów z niezbyt stabilnych politycznie państw, gdzie do zamachu dochodzi średnio rano i po południu. Tymczasem całkiem niechcący zbudowali idealny pojazd do obsługi wieczorów kawalerskich i panieńskich. Absolutnie wyobrażam sobie tę maszynę na 22-calowych felgach i ze zmieniającymi kolor neonami w podwoziu sunącą wieczorem przez centrum miasta, a z okien zamiast dyktatorów politycznych wystają młode dyktatorki snapczatowych trendów, krzycząc „łuuuuuu!!!”.

Przejdźmy jednak do mniej bekowych tematów.

Jednym z nich są niespodziewane skutki wprowadzenia procedury pomiarowej WLTP w Europie – chodzi o nowy sposób mierzenia realnego zużycia paliwa. Okazuje się, że samochody za sprawą WLTP wtem (!) emitują o 10 g więcej CO2 na kilometr, co sprawia, że producenci nie będą w stanie spełnić narzuconych im norm i będą musieli zapewne płacić horrendalne kary – 95 euro za każdy gram powyżej limitu razy liczba sprzedanych samochodów. Co ciekawe, podobno producenci sami specjalnie zawyżali wyniki z nowej procedury, podstawiając auta z rozładowanym akumulatorem i bez start-stop, żeby uzyskać gorszy wynik. Idiotyzm? Przecież tak zapłacą wyższą karę. Nie do końca, bo dzięki temu mają lepszą pozycję negocjacyjną do odsuwania w czasie nowych norm emisji CO2 (średnia 95 g/km za 2 lata).

Cała ta sprawa z WLTP wygląda dla mnie tak: przez lata obowiązywał żenujący system NEDC, który umożliwiał producentom podawanie nierealnych wartości. Postanowiono więc „wziąć się za to” i wprowadzono nowe zasady, które uniemożliwiają spełnienie zasad wprowadzonych uprzednio. UE nakazuje żeby samochody emitowały mniej niż 95 g CO2/km, ale zarazem narzuca metody pomiaru tej wartości, które uniemożliwiają jej uzyskanie. Coś jakby kazali ci jak najszybciej biec przez płotki, ale w połowie biegu zasłonili ci oczy opaską.

Nasuwa się pytanie: po co się to robi? Otóż wyłącznie po to, żeby biurokracja UE miała co robić. Nie ma to żadnego realnego przełożenia na spadek emisji CO2. Emisje te w ostatnim czasie rosną z powodu przesiadki z diesli na auta benzynowe. Wskazuje to jednoznacznie, że urzędnicy europejscy zawalili sprawę i wszyscy są do zwolnienia, a cały system do likwidacji.

Niemal 40 proc. młodych Brytyjczyków rozważyłoby zakup samochodu używanego online bez oglądania.

Ciekawe. Ciekawe, ilu Polaków by się na to zdecydowało. I ogólnie jak wyglądałoby to w Polsce. Podejrzewam, że byłaby to, mówiąc językiem mojej babci, heca na dwadzieścia cztery fajerki. Kupujesz online Golfa czwóreczkę 1.9 TDI, a za parę dni przysyłają ci pudełko z ziemniakiem w środku, bo myśleli że to ten sam schemat co z telefonami komórkowymi z Allegro. A w Stanach? Tam by się dopiero działo. Znalazłem ostatnio film z bardzo interesującym człowiekiem: mechanikiem-druciarzem od Tesli. Oto pan Rich Benoit ze Stanów Zjednoczonych uznał, że niedopuszczalne jest, żeby firma Tesla trzymała łapę na wszystkich naprawach swoich aut i nie pozwalała naprawiać ich samodzielnie. Sam zaczął rozkładać Tesle S na kawałki i nauczył się ich budowy – do tego stopnia, że jest w stanie odbudować Teslę S do stanu „niemal nowego”, tyle że bez certyfikacji od producenta. Mamy więc pierwszego prawdziwego teslowego druciarza, istnego elektrogumiaka – i z tego tytułu panu Richowi Benoit oddaję najwyższy szacunek. Każdy sposób na obchodzenie głupich procedur producenta zasługuje na docenienie.

Pozostając w Stanach: General Motors prosi Trumpa, żeby nie nakładał cła na model Buick Envision.

Ten luksusowy amerykański SUV-crossover jest produkowany na rynek Stanów Zjednoczonych tylko w Chinach. Gdyby obłożyć go 25-procentowym cłem, jego import przestałby być opłacalny i gama Buicka zmniejszyłaby się. Wówczas potencjalni nabywcy Envisiona kupiliby pewnie coś z konkurencji, jak Lexusa albo Mercedesa. Czyli mielibyśmy do czynienia z sytuacją, gdy cła wprowadzone przez Trumpa w celu zmniejszenia liczby Mercedesów na rzecz Cadillaców będą miały odwrotny skutek. Liczba aut amerykańskich się zmniejszy, zamiast się zwiększyć. To jednak może być trudne dla Donalda, zawsze można krzyknąć MAKE AMERICA GREAT AGAIN i nakazać budowę fabryki robiącej Envisiony gdzieś w Kansas.

Ogólnie administracja Trumpa, jak śpiewał Łona „gar ma słaby”, bo wymyślili, że jak samochody palą więcej, to ludzie jeżdżą mniej i dzięki temu jest mniej wypadków. Na jednym z wiodących portali motoryzacyjnych nazwali ten wywód „,mental jujitsu”. Zawsze chętnie posługuję się w takim przypadku przykładem Kuby, ponieważ znam go z autopsji. Paliwo tam jest drogie, ludzie mają mało samochodów i jeżdżą nimi względnie mało, bo ich nie stać, żeby jeździć tyle ile chcą. A mimo to stale trwa tam istna drogowa hekatomba (niektórzy powiedzieliby „hatakumba”), w każdym tygodniu dochodzi do strasznych wypadków z mnóstwem ofiar śmiertelnych. Takie czynniki jak cena paliwa czy liczba przejechanych kilometrów nie mają bowiem nic wspólnego z liczbą ofiar wypadków. Liczy się edukacja kierowców i przestrzeganie przez nich przepisów oraz stan infrastruktury drogowej, a także stan pojazdów oraz ich wyposażenie w systemy bezpieczeństwa. Tłumaczę to jak chłop krowie na rowie, a przecież administracja Trumpa nie umie po polsku.

Z ciekawostek niewartych odnotowania: dział marketingu BMW postanowił wymyślić coś, czego jeszcze nie było. Przyczepił lasery do BMW M2 i pobił rekord przebijania balonów za pomocą lasera.

W ciągu jednej minuty przebito aż 79 balonów, bijąc poprzedni rekord o 16 sztuk. Przynajmniej już wiadomo do czego może służyć BMW M2. Mam już pomysł na następny film reklamowy! Bierzemy marketingowca BMW, który wymyślił tę reklamę z balonami i zamykamy go w wielkim terrarium z jadowitym pająkiem. Pająk go kąsa i teraz trzeba szybko przywieźć antidotum, jeśli nie zdążymy, marketingowiec BMW umrze. Na szczęście jest nowe BMW M9 Competition CSL iNext z 500-kilowatowym silnikiem elektrycznym, którym zdążymy dowieźć antidotum zanim trucizna opanuje całe ciało. Ależ emocje! Kibicowałbym pająkowi.

I na koniec wyjaśnienie, dlaczego Ford Focus w swojej czwartej generacji stracił trzecie okienko. To proste. W Chinach samochody muszą mieć długie tylne drzwi, bo jest to oznaką prestiżu. W Chinach większość samochodów znanych nam z Europy występuje w wersji z wydłużonym rozstawem osi. W Focusie nie planowano wprowadzenia wersji L, trzeba więc było zostać przy zaplanowanym rozstawie osi. Jedynym sposobem wybrnięcia z sytuacji było skasowanie trzeciego okna i podzielenie szyby w tylnych drzwiach na dwa. I tym sposobem Focus został Focusem, ale przestał wyglądać jak Focus. Coraz częściej Europejczycy będą musieli kupować auta dostosowane do chińskich gustów. W sumie jestem nawet za. Czekam na powrót wysokich i wąskich mikrovanów.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie