Felietony

Tym Mercedesem mógłbyś jeździć do końca życia. Ale jestem prawie pewien, że nie chciałbyś tego

Felietony 14.11.2018 90 interakcji
Piotr Barycki
Piotr Barycki 14.11.2018

Tym Mercedesem mógłbyś jeździć do końca życia. Ale jestem prawie pewien, że nie chciałbyś tego

Piotr Barycki
Piotr Barycki14.11.2018
90 interakcji Dołącz do dyskusji

Ależ bym go kupił i jeździł do końca świata – chyba żadne auto nie pasuje do tego opisu tak bardzo, jak Mercedes W123 300D, który właśnie pojawił się na jednej z aukcji. Z jednym zastrzeżeniem – to auto będzie jeździć jeszcze długo po tym, jak skończy się świat.

Jest rok 1979. Ktoś kupuje Mercedesa W123 300D, który przez następne lata wsławi się absurdalnie wręcz wysoką bezawaryjnością. Inne egzemplarze tego samego modelu przez kolejne dekady będą nawijać na koła setki tysięcy, jeśli nie miliony kilometrów. I to nie sumarycznie – każdy z nich.

Będą miały kilku, kilkunastu właścicieli, z których każdy kolejny będzie traktował poczciwe 300D coraz gorzej i gorzej. A mimo to będą jeździć i jeździć, generując swoją niezawodnością nawet bzdurne teorie, że były tak solidne, że Mercedes prawie przez to zbankrutował, bo nie było po co kupować nowych modeli.

W przypadku tego jednego egzemplarza właściciel miał jednak inne plany.

Ten samochód miał zupełnie inną historię.

Wróćmy do 2018 roku. W internecie pojawia się aukcja, na której sprzedawany jest właśnie ten egzemplarz W123. Od wyjazdu z fabryki nie przejechał on 100, 200 czy 700 tys. km. Przejechał zaledwie 24 tys. mil, czyli około 38,6 tys. km. To daje mniej niż 1000 km rocznie. Mniej niż 85 km miesięcznie. Mniej niż 3 km dziennie.

Jaka jest jego dokładna historia? Tego sprzedający już nie ujawnia. Jest tylko zapewnienie o autentyczności przebiegu z pełną dokumentacją, wliczając w to nawet dokumenty sprzedaży pierwszemu i jedynemu do tej pory właścicielowi.

Zresztą wygląd samochodu też świadczy o tym, że niewiele się z nim działo. Z zewnątrz wprawdzie pojawia się rdza, ale na nieistotnych elementach – z niektórymi rzeczami trzeba się pogodzić po prawie 40 latach od produkcji auta.

W środku natomiast – gdyby tylko wymienić zniszczone z jakiegoś powodu dywaniki – moglibyśmy mówić o samochodzie prawie fabrycznie nowym. No, może poza jedyną modyfikacją, czyli zainstalowaną przez dealera manualną klimatyzacją. I z jakiegoś powodu mocno ubrudzoną podsufitką. Ale to detale.

Poza tym wszystko jest na swoim miejscu. Fotele wyglądają tak, jakby nigdy nikt na nich nie siedział. Boczki drzwi wyglądają jakby przed wystawieniem na aukcję ktoś wymienił je na nowe. Gałka automatycznej przekładni nie jest nawet delikatnie wytarta. Do tego jeszcze szyberdach – manualny, ale z uchwytem do przesuwania, którego dzisiaj nie powstydziłyby się samochody z absolutnie najwyższej półki.

Oczywiście może się zdarzyć, że przebieg jest całkowicie zmyślony. Nie takie rzeczy już widział internet. Ale załóżmy na chwilę czysto teoretycznie, że oto właśnie stoi przed nami legendarny W123 z pomijalnym przebiegiem. Co to oznacza?

To recepta na auto, którym można jeździć do końca życia.

A potem jeszcze pojeżdżą nim nasze dzieci i może nawet wnuki. Przyjmując, że przeciętny kierowca przejeżdża ok. 15 tys. km rocznie (dane fikcyjne), a Beczka zrobi bez większego wysiłku 800 tys. km, mamy przed sobą jeszcze bezproblemowe… 51 lat jazdy.

51 lat! Dla zupełnie losowego porównania – AMG w tym roku świętowało 50. urodziny. Tesla ma 15 lat, a Model S – 6 lat. Za 7 lat Volkswagen będzie miał w ofercie 50 modeli elektrycznych i będzie sprzedawał 3 mln takich aut rocznie.

Za 51 lat sam miałbym 81 lat i pewnie w głowie miałby inne rzeczy, niż dalszą jazdę 300D, które pewnie ani razu przez ten czas by mnie nie zawiodło.

Tak, zdecydowanie tym autem można byłoby jeździć, aż odpadną koła. Tylko one nigdy by nie odpadły.

To jest absolutnie przerażające.

Nie jestem pewien, co jest bardziej przerażające – wizja jazdy jednym samochodem do końca życia, czy wizja jazdy do końca życia Beczką.

Tak, W123 nigdy – w porównaniu do nowszych aut – się poważnie nie zepsuje, o ile nie przerdzewieje na wylot. I to prawdopodobnie w 2018 r. jego jedyna zaleta.

Co mi bowiem z tego, że 300D dojedzie zawsze i wszędzie, kiedy trudno to będzie nazwą jazdą – lepszym określeniem jest toczenie. 3-litrowy diesel z 5 cylindrami pewnie przeżyje pierwszy lepszy z brzegu współczesny silnik, ale bez przesady – jazda do końca życia autem, które do setki przyspiesza w ok. 20s? Wiem, że posiadacze Mercedesów nigdzie się nigdy nie spieszą, ale to już podpada pod ślamazarność. Moje pierwsze auto miało ok. 16 s do 100 km/h. Nie chciałbym, żeby ostatnie miało jeszcze więcej.

Niespecjalnie też chciałbym do końca życia jeździć autem z czasów, kiedy diesel oznaczał nie tylko brak osiągów, ale też nieustanny, miarowy klekot, słyszalny przez całą jazdę. Jasne, Beczka swoim pływającym zawieszeniem może i trochę uprzyjemnia podróż (dopóki ktoś nie dostanie choroby morskiej), ale miarowe, głośne klekotanie przez 50 lat? Można to sobie w ogóle wyobrazić?

O kompromitującym na dzisiejsze standardy wyposażeniu – mając w perspektywie 50 lat w takim aucie – szkoda już nawet pisać. Tak, można go bronić, sugerując, że to wszystko wystarczy. Że klimatyzacja wystarczy manualna, bo przecież jest do tego szyberdach. Że skrzynia biegów ma 4 przełożenia i więcej naprawdę nikomu nie potrzeba. Że od otwierania drzwi korbami jeszcze nikomu korona z głowy nie spadła. Że rozmawianie przez Bluetooth w trakcie jazdy niszczy czar długich, samotnych podróży. Że streaming zabija ducha muzyki i wystarczy radio. Że poduszka powietrzna to bzdura, bo przecież nikt nie jeździ autem po to, żeby mieć wypadek. Że te wszystkie ekrany tylko rozpraszają kierowcę. Że tak w sumie wystarczy tylko kierownica, koła, zestaw foteli i już – wszystko gra, można jeździć autem do końca życia.

Można, pytanie tylko – po co. Żeby przemieszczać się z punktu A do B? Żeby móc pisać, że nigdy nic się w naszym aucie nie zepsuło? W zamian za to, że będziemy mieć auto, którego właściwie jedyną zaletą jest to, że będzie się wiecznie poruszać? Brzmi jak piekło.

Wyobraźmy sobie zresztą, że producent słucha próśb użytkowników.

I można pójść do salonu Mercedesa, znowu kupić sobie nowe W123. Z dokładnie tym samym wyposażeniem. Z dokładnie tymi samymi silnikami. Z dokładnie takimi samymi wszystkimi elementami nadwozia i wnętrza. 1:1 to samo. Oczywiście w cenie nowego samochodu.

Nie spodziewałbym się raczej tłumów klientów i kolejek. Kto chciałby zapłacić fortunę tylko za to, że jego auto będzie się przemieszczać i nic więcej?

W123 z przebiegiem niecałych 40 tys. km – o ile wskazania licznika są prawdzie – pozostaje więc cudownym znaleziskiem, pod którym masa osób napisze, że jeździliby takim do końca życia.

Równie wiele napisałoby, że takich już nie robią. I dobrze.

 

* Zdjęcia pochodzą oczywiście z tej aukcji.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie