Wiadomości

Mercedes zapowiada, że stworzy elektryczną klasę G. Zapomniał tylko dodać, kiedy to zrobi

Wiadomości 08.11.2019 76 interakcji
Piotr Barycki
Piotr Barycki 08.11.2019

Mercedes zapowiada, że stworzy elektryczną klasę G. Zapomniał tylko dodać, kiedy to zrobi

Piotr Barycki
Piotr Barycki08.11.2019
76 interakcji Dołącz do dyskusji

Tak, będzie elektryczna klasa G. Mało tego – według prezesa Daimlera, jeśli Mercedes kiedyś przestanie produkować samochody, to klasa G będzie właśnie tym pojazdem, który jako ostatni zjedzie z lini produkcyjnej.

Głodni szczegółów na temat klasy G zasilanej prądem niestety muszą obejść się na razie smakiem. Deklaracja ze strony Mercedesa jest na tyle otwarta, że można ją – w kwestii terminowej – interpretować na dowolny sposób. Kiedyś będzie klasa G na prąd. Poza tym nie wiadomo nic – ani tego, ile będzie kosztować, ani tego, czy to będzie klasa G tej generacji, ani tego, ile będzie kosztować. Nic.

Chociaż…

… już samo to, że będzie elektryczna klasa G, to jest coś.

I tak pełnym… prądem!

Przede wszystkim dlatego, że mogłoby to oznaczać, że klasa G naprawdę przetrwa wszystko. Zaczynała przecież trzy dekady temu jako samochód użytkowy, z czasem stając się synonimem bezczelnego samochodu luksusowego (i świetnej terenówki jednocześnie), nie zmieniając się aż tak bardzo.

I kiedy zaczynało się wydawać, że wielka, kwadratowa terenówka z wielkimi silnikami nie ma szas przeżyć kolejnych trzech dekad, Mercedes stwierdza – wsadzimy tam silnik elektryczny i będziemy ją produkować aż do końca naszej firmy. Strzelam, że w formie z zewnątrz niespecjalnie zmienionej. To by było coś naprawdę wyjątkowego.

Z drugiej strony – klasa G z silnikiem elektrycznym wydaje się… mniej bezczelna? Jasne, nie ma już wersji z V12, ale wersje z rzędową szóstką czy tym bardziej widlastą ósemką nie są synonimami oszczędności i ekologicznej rozwagi. Wręcz przeciwnie – w nadwoziu klasy G są wręcz zaprzeczeniem tego wszystkiego w najbardziej bezczelny z możliwych sposobów. I bardzo dobrze.

Natomiast w elektrycznej klasie G – która już zresztą nieoficjalnie kiedyś powstała – tego efektu już nie będzie. Jasne, minie nas coś wyglądające na pierwszy rzut oka jak mobilny kiosk, ale bez tego całego warczenia i pomrukiwania. Trochę mniej bezczelne, trochę mniej klimatyczne. Chyba że chodzi o ten klimat, który mamy chronić.

Nie mówiąc już o tym, że zapewnienie elektrycznej klasie G osiągów np. G 63 będzie sporym wyzwaniem. Elektryczny Gelandewagen stworzony przez Kreisela rozpędzał się wprawdzie do 5,6 s, ale już np. jego prędkość maksymalna wynosiła ok. 180 km/h. Obecna benzynowa klasa G od AMG jest nie tylko szybsza (4,5 s), ale i z pewnością rozpędzi się do wyższych prędkości.

Atutem elektrycznej klasy G mogłaby być cena.

Ale nie dlatego, że byłaby niska, a dlatego, że byłaby piekielnie wysoka. Czyli mielibyśmy przypadek podobny do sytuacji z V12 w S czy G. Niekoniecznie kupuje się je dla osiągów (tym bardziej, że V8 Mercedesa były niemal perfekcyjne, a do tego w wielu przypadkach lepsze), ale po to, żeby mieć to, co najdroższe w gamie.

Im droższy, tym większa szansa na sukces.

Może więc podjechanie pod przedszkole bezszelestną klasą G byłoby tym czymś? W końcu bulgocącą terenówkę Mercedesa może sobie kupić każdy. A elektryczną? Patrząc na to, że G 63 kosztuje bez dodatków 760 000 zł, a G 500 – 553 500 zł, jest pole do popisu.

Pytanie, czy klienci faktycznie elektryczność klasy G potraktują jako wyróżnik. Obawiam się jednak, że kiedyś po prostu nie będą mieli wyboru.

Póki co jednak klasa G pozostaje taka, jaka jest i pewnie szybko się to nie zmieni. Tym bardziej, że Mercedes przy okazji premiery aktualnej generacji Gelandewagena nic nie wspominał o tym, że jego płyta podłogowa jest gotowa na pełną elektryfikację. A upychanie akumulatorów do auta projektowane od podstaw jako spalinowe raczej nigdy nie jest dobrym pomysłem.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać