Testy aut nowych

Każde nowe auto powinno być hybrydą plug-in. Test Mercedesa GLC Coupe 300e

Testy aut nowych 11.06.2020 114 interakcje
Adam Majcherek
Adam Majcherek 11.06.2020

Każde nowe auto powinno być hybrydą plug-in. Test Mercedesa GLC Coupe 300e

Adam Majcherek
Adam Majcherek11.06.2020
114 interakcje Dołącz do dyskusji

Testowy Mercedes GLC Coupe 300e przekonał mnie do tego w zupełności. Tylko kogo na to stać?

W ramach cyklu edukacyjnego „weź te auta, bo masz garaż z gniazdkiem” objechałem już Volvo XC60 Polestar Engineered i Mitsubishi Outlandera PHEV, a dziś wysiadłem z Mercedesa GLC Coupe 300e. Poza tym, że wszystkie trzy są SUV-ami, łączy je to, że każdy jest hybrydą typu ładowana z gniazdka jak smartfon i potrafił przejechać na prądzie ok. 45 km.

O samym GLC sporo napisał już Grzegorz.

Kto czytał jego tekst, ten wie, że to aktualnie koń pociągowy oferty Mercedesa, SUV mający sporo wspólnego z Klasą C, do tego jak na auto z gwiazdą na masce, całkiem przyzwoicie wyceniony. Mój to GLC Coupe, czyli odmiana z najbrzydszą możliwą sylwetką. Do mnie koncepcja dużego auta z małym tyłem zupełnie nie przemawia, ale według mojej dobrej sąsiadki to najpiękniejsze, co dziś można kupić w salonie Mercedesa. Piękne, że można się tak skrajnie różnić opinią i nadal szanować.

Ten kufer mnie nie przekonuje.

Nie chodzi wyłącznie o stylizację tylnej części nadwozia, bo to kwestia subiektywnych odczuć. Bardziej idzie o to, że ma tylko 350 litrów pojemności (bo akumulatory) i  zaczyna się na wysokości ok. 90 cm, więc by wrzucić do niego coś ciężkiego, trzeba się naszarpać. Oczywiście moja żona stwierdziła, że od dźwigania ciężkich rzeczy ma mnie, a lekkie zakupy bardzo wygodnie się kładzie do bagażnika i nie trzeba się po nie schylać, więc ta wysoka podłoga to rewelacyjny pomysł.

Ja za rewelacyjny uważam napęd plug-in.

Mercedes wymyślił, że najlepszym miejscem na gniazdo ładowania będzie prawy tylny narożnik auta. Dziwnie, ale w sumie się sprawdza, nie ma co narzekać. Tak samo jak nie można narzekać na kabel ładowania, który ma aż 8 metrów długości, więc nie trzeba się zastanawiać, od której strony podjechać do gniazdka.

Ze zwykłego gniazdka 220V ładuje się do pełna w ok. 5,5 godziny.

I korzystałem z tej możliwości kiedy tylko się dało. Po każdej podróży – cyk, wtyczka do gniazdka. Dzięki temu, tak jak w przypadku Mitsubishi i Volvo, latałem wkoło trzepaka za grosze. 45 km udawało mi się przejechać z rzadka – zwykle prąd kończył się w okolicach 36-38 km. Najszybciej uciekał, gdy wyjeżdżałem na autostradę. Po rączym włączeniu się do ruchu i mocniejszym starcie, zasięg prawie momentalnie spadł z 36 na 25 km. Ale potem spadał już płynnie – auto na prądzie rozpędza się do 130 km/h, a potem odzyskuje trochę energii przy każdym hamowaniu.

W sumie, w zależności od prędkości i rodzaju wybranej drogi, byłem w stanie przejechać 200 km ze średnią 9 l/100 km (autostrada, 140 km/h na tempomacie), ale i zużywając 7,4 l/100 km (drogi krajowe + 40 km autostrady). A testowe 100 km po mieście z naładowanym akumulatorem, wskazało wynik 5,8 l/100 km. Czyli na dziś jakieś 26 zł w koszcie paliwa i 3 zł – prądu.

Jeździło mi się z tą elektryfikacją świetnie.

Elektryczne niutonometry sprawiają, że auto startuje z niezwykłą lekkością i oczywiście cichutko. Rześko wyrywa do przodu załatwiając sprint do 100 km/h w 5,8 sekundy. Nie ma przesadnego wycia silnika, wchodzenia na obroty – gnieciesz w gaz i GLC posłusznie wyrywa do przodu. Nawet nie czuć kiedy pracuje na samym prądzie, a kiedy dołącza dwulitrowy benzynowiec. Bardzo przyjemnie. Tyle, że mi wcale nie chciało się wyrywać. I to pomimo, że pod stopą miałem 211 KM z silnika spalinowego i 122 z prądu.

Dawno się tak nie rozleniwiłem za kółkiem.

Wsiadając do SUV-a Audi, czy BMW, od razu włącza mi się jakiś, nazwijmy to, tryb dynamiczny, by uniknąć słowa agresor. One są tak groźne stylistycznie, że masz wrażenie, że trzeba nimi zasuwać. Zresztą, całkiem podobnie miałem wsiadając w to XC60 na 22-calowych walcach. W Mercedesie czuję się zupełnie inaczej. Łagodne linie, eleganckie wnętrze, delikatny charakter i takie poczucie, że niczego nie muszę – strasznie to do mnie trafiło.

Mercedes GLC 300e test

Pneumatyczne zawieszenie wybornie wybiera nierówności, nie sprawiając przy tym, że GLC staje się huśtającą kanapą. Układ utrzymywania odległości od poprzedzającego pojazdu delikatnie dohamowuje auto gdy zbliżam się do innego i równie nienachalnie rozpędza je, gdy przeszkoda zniknie. Asystent pasa ruchu sam operuje kierownicą, wystarczy, że trzymam na niej dłoń. Fotele z podgrzewaniem, wentylacją i możliwością regulacji długości siedziska sprawiają, że się rozsiadam i wyluzowany czekam na koniec podróży. Zerkam na drogę śledząc kątem oka co pokazuje wyświetlacz head-up i jedynym co zaburza mój relaks, jest tylko  przesadne skomplikowanie zmiany utworu na liście Spotify. Chill i relax – jeśli tak podchodzisz do życia, będziesz zadowolony.

Jasne, w trybie sportowym GLC Coupe staje się bardziej zadziorne, zaczyna chętniej reagować na gaz i ruchy kierownicą, ale spróbowałem raz i szybko wróciłem do trybu komfortowego, bo przecież „spieszą się tylko głupcy, którzy wierzą, że gdzieś i po coś można zdążyć”. A ten egzemplarz jest naprawdę komfortowy, mimo że postawiono go na 20-calowych obręczach z kolekcji AMG.

Mercedes GLC 300e test

Tyle, że te wszystkie rozleniwiacze słono kosztują.

Przejrzałem specyfikację testowego egzemplarza. Wyjściowo wersja 300e kosztuje 256 600 zł. Do tego za wszystko, co mi się w nim naprawdę podobało, trzeba było jeszcze dopłacić. Pilot odległości z asystentem kierowania – prawie 12 tys. Wyświetlacz Head-up – 5,5 tys. zł, pneumatyczne zawieszenie – 10,5 tys., elegancka tapicerka – 18 tys. zł, klimatyzowane siedzenia – 30 tys., jako element pakietu wyposażenia Premium Plus obejmującego jeszcze m.in. szklany dach, ekran zamiast zegarów, duży ekran systemu multimedialnego i sprzęt nagłośnieniowy Burmestera. Po doliczeniu obręczy, trójstrefowej klimatyzacji, akcesoryjnych stopni przyprogowych i paru innych drobiazgów typu rozszerzona rzeczywistość w MBUX, w sumie wyszło ponad 390 tys. zł. A to już furmanka pieniędzy. Albo cały tabor.

Mercedes GLC 300e test

Jednak gdybym miał taki problem życiowy, jak konieczność wydania 400 tys, zł na jedno, uniwersalne auto, wpisałbym na listę potencjalnych zakupów takie GLC i jeździł na co dzień za grosze, a w trasie kulał się leniwie, zużywając tylko odrobinę więcej paliwa niż w wersji z silnikiem Diesla. Z jedną uwagą – z pewnością nie wybrałbym wersji coupe. Ale już zwykłe GLC? Czemu nie!

fot. Piotr Barycki

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać