Wiadomości

Mercedes robi świetny krok, dopłacając do przeróbki diesli na czystsze. Ale nie jest pionierem DPF

Wiadomości 07.08.2019 49 interakcji
Michał Koziar
Michał Koziar 07.08.2019

Mercedes robi świetny krok, dopłacając do przeróbki diesli na czystsze. Ale nie jest pionierem DPF

Michał Koziar
Michał Koziar07.08.2019
49 interakcji Dołącz do dyskusji

Niemcy zakazują starszym dieslom wjazdu do kolejnych miejsc, więc Mercedes wpadł na bardzo dobre rozwiązanie problemu. Dopłaca do montażu czystszych układów wydechowych w autach niespełniających najnowszych norm. Szkoda, że w międzyczasie rozsyła informację prasową lekko odbiegającą od prawdy.

Nasi zachodni sąsiedzi bohatersko walczą z zanieczyszczonym powietrzem w miastach wprowadzając kolejne zakazy. Jeśli nie działają, dorzucają ich jeszcze więcej. Rezultaty nadal nie są zadowalające, więc powtarzają procedurę. Jak tak dalej pójdzie, to w końcu uznają, że miasta trzeba wysiedlić i na ich miejscu zasiać puszczę. W sumie fajny pomysł, Prypeć została już zdewastowana przez zwierzęta chuliganów, więc chętnie bym sobie pozwiedzał taki opuszczony Stuttgart.

Dobrze, starczy dygresji. Niezależnie od tego, czy zakazy mają sens, czy nie, trzeba z nimi żyć. Początkowo producenci forsowali kupowanie nowych aut, ale klientom się to umiarkowanie podobało. Wobec tego, jak podaje serwis Automotive News, Mercedes postanowił wyciągnąć pomocną dłoń do ludzi, który posiadają diesle zgodne ze starszą normą Euro.

Tzw. retrofity to świetny pomysł.

Producent aut z gwiazdą uruchomił program dopłat do wymiany układów wydechowych na czystsze. Firma ze Stuttgartu ma zamiar dopłacać 3 tys. euro posiadaczom wysokoprężnych Mercedesów, którzy mieszkają w okolicach objętych zakazami wjazdów. Nowe wydechy zostały opracowane przez firmę Dr Pley SCR Technology i na razie można je montować w modelach zgodnych z normą Euro 5.

To jest właściwy ruch ze strony producenta. Napędzanie zbędnej produkcji nowych aut i gadanie o tym, że to dobre dla środowiska to zwykła hipokryzja. Ulepszanie systemów oczyszczania spalin w już istniejących samochodach to faktyczna korzyść dla planety. Nie trzeba zużywać energii i surowców, by wyprodukować kolejny pojazd, a jednocześnie ten już istniejący staje się trochę czystszy.

Zamiast wyrzucać na złom sprawne, ale bardziej kopcące samochody, lepiej ulepszać ich wydechy i osprzęt odpowiadający za emisję spalin. Niech jeżdżą aż do zupełnego terminalnego zużycia. Takie motoryzacyjne zero-waste. Popieram całym sercem. To prawdziwe dbanie o planetę, a nie tylko marketingowe hasełko. Mam nadzieję, że dopłaty i nowe wydechy obejmą z czasem też Mercedesy starsze niż Euro 5, a inni producenci zaczną podążać tą samą drogą.

Gorzej, że Mercedes leciutko naciąga własną historię

Niestety, nie mogę zakończyć na chwaleniu Mercedesa. Niemal równocześnie z powyższą słuszną akcją opublikowano informację prasową o tym, jak to współczesne diesle są czyste jak łza, a z ich wydechów wypadają fiołki, sarenki i jelenie. Szereg redakcji błyskawicznie podchwycił temat, bez specjalnej refleksji i sprawdzenia faktów. Pominę jednak wybiórczość wspomnianego tekstu (to oczywiste, skoro publikuje go Mercedes-Benz) i skupię się na jednej kwestii. W informacji prasowej pada takie stwierdzenie:

Mercedes-Benz – jako pierwsza marka samochodów na świecie – wyposażył swoje pierwsze modele z jednostką wysokoprężną w DPF już w 1985 roku.

Dobre. Prawie się nabrałem. Niestety, po zweryfikowaniu tego twierdzenia można tylko powtórzyć klasyczną kwestię: „Panie Andrzeju, teraz to pan przegiął”.

Porażka pokazywana jako sukces.

Ten chwalebny, rzekomy DPF z 1985 r. nie miał zbyt wiele wspólnego ze współczesnymi DPF-ami. Był to tzw. pochłaniacz utleniający, montowany zaraz za kolektorem wydechowym w silnikach o oznaczeniu OM 603. Wiadomo na pewno, że to ustrojstwo trafiało do Mercedesów 300 D i 300 SDL. Według dostępnych informacji działanie pochłaniacza miało więcej wspólnego z katalizatorami (reaktorami katalitycznymi). W tamtych czasach to i tak było spore osiągnięcie.

Nie to jest jednak hitem. Tak naprawdę to urządzenie było tylko sposobem na obejście norm emisji spalin w Kalifornii. I to bardzo nieudanym. Pochłaniacz montowano przed turbiną. Jak się okazało – miał tendencję do zbyt szybkiego zużycia i rozpadania się. W efekcie ceramiczne elementy trafiały do turbiny i doprowadzały do awarii. Dlatego Mercedes zorganizował akcje serwisową, w ramach której zastępował pochłaniacze zwykłą prostą rurą.

Krótko i na temat: Mercedes chwali się tym, że 34 lata temu zrobił jakieś dziwne urządzenie, by jego samochody spełniły normę spalin w jednym ze stanów USA. Okazało się beznadziejne, więc już po fakcie je wyrzucił na własny koszt, żeby użytkownicy się nie denerwowali. To nie jest bycie pionierem w kwestii DPF, ponieważ kalifornijski pochłaniacz guzik dawał i powodował więcej problemów niż korzyści. Przypomina mi to pewną aferę z koncernem na V w roli głównej. I to, drogi Mercedesie, uważacie za sukces, którym warto się chwalić?

Chwalcie się tym, czym chwalić się należy.

Podsumowując – producent aut z gwiazdą wykonał dobry krok w Niemczech, promując dłuższe używanie już wyprodukowanych aut i ulepszanie ich, zamiast produkcji zbędnych, nowych pojazdów. Z drugiej strony w tym samym temacie chwali się w Polsce, że już w 1985 r. ominął normy emisji spalin w Kalifornii, podczas gdy prawdziwe, nowoczesne filtry sadzy zaczął stosować dopiero w latach 2003-2004 – po tym, jak wprowadził je już Peugeot-Citroen. Jak to mówią w języku kalifornijskim: get your facts right.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie