Wiadomości

Nie będzie mandatu 1500 zł za przekroczenie o ponad 30 km/h. Posłowie mają inną opcję (my też)

Wiadomości 21.10.2021 173 interakcje

Nie będzie mandatu 1500 zł za przekroczenie o ponad 30 km/h. Posłowie mają inną opcję (my też)

Piotr Barycki
Piotr Barycki21.10.2021
173 interakcje Dołącz do dyskusji

Prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjny zapis w znowelizowanej ustawie Prawo o Ruchu Drogowym zostanie złagodzony. Za przekroczenie prędkości o ponad 30 km/h nie zapłacimy co najmniej 1500 zł. Najniższy mandat w tym przypadku będzie niższy, ale kto wie, czy nie pojawi się jeszcze dodatkowe rozwiązanie.

Dla przypomnienia, pierwotnie po nowelizacji sprawa miała wyglądać tak, że jeśli przekroczymy prędkość o więcej niż 30 km/h, to najniższy mandat, jaki moglibyśmy dostać za takie przewinienie, wynosiłby 1500 zł. Bez względu na to, w jakich okolicznościach miało to miejsce – czy była to autostrada, droga szybkiego ruchu, teren zabudowany czy strefa zamieszkania – 1500 zł minimum i nie ma co dyskutować, a przynajmniej nie z wręczającym mandat policjantem.

Teraz, jak podaje BRD24, takiego mandatu, przynajmniej w opisanej powyżej formie, najpewniej nie będzie. Powołując się m.in. na dużą różnicą w karach za mniejsze przekroczenia, zaproponowano (i zaakceptowano) obniżenie minimalnej wartości mandatu za ponad 30 km/h nad limit do 800 zł – trochę ponad połowę pierwotnie proponowanej kwoty.

To jednak nie koniec

Możliwe, że to minimum 1500 zł za ponad 30 km/h zostanie, ale w nieco innej formie i będzie dotyczyć przypadków wyraźnego przekroczenia dopuszczalnej prędkości. Czyli za 30 km/h ponad limit zapłacimy minimum 800 zł, za 40 km/h – więcej, za 50 km/h – jeszcze więcej. I tak dalej, i tak dalej. Na razie niestety żadne kwoty nie padły, więc nie wiadomo, czy przy tych 50 km/h ponad limit dobijemy do 1500 zł z pierwotnej propozycji, czy też nie.

Natomiast bezdyskusyjnie takie rozwiązanie jest mniej kontrowersyjne, bo do jednego worka nie wrzuca się tych, którzy na drodze szybkiego ruchu jadą 150 km/h i tych, którzy lecą 220 km/h. Aczkolwiek…

… czy to na pewno najlepsze rozwiązanie? Albo czy jedyne?

Już krótka wymiana zdań w naszej redakcji pokazała, że chociażby na to drugie pytanie można odpowiedzieć zdecydowanym nie. Wystarczyło kilka chwil, żeby pojawiły się chociażby takie pomysły, jak:

Rozróżnienie przekroczenia prędkości w zależności od tego, czy to teren zabudowany, czy nie.

Już na chwilę abstrahując od tego, czy teren zabudowany jest w naszym kraju dobrze oznaczany (nie jest) – gonienie po mieście, miasteczku albo wsi w większości przypadków jest dużo bardziej ryzykowne dla innych uczestników ruchu (i nie tylko) niż gonienie po autostradzie albo nawet drodze krajowej. Jedno i drugie zasługuje na krytykę i mandat, ale czym innym będzie wpadnięcie ponad 81 km/h na przejście dla pieszych, a czym innym porównywalne przekroczenie w bardziej czysto-drogowych warunkach.

Tutaj pojawia się jednak taki problem, że obszar poza terenem zabudowanym potrafi wyglądać naprawdę różnie – i czym innym będzie łagodniejsza kara dla kogoś przekraczającego prędkość na autostradzie, a czym innym to samo w przypadku kogoś, kto przelatuje wąską drogą wojewódzką albo gminną. A teoretycznie znowu trafiliby do tego samego worka. I jeszcze w drugą stronę – w takim układzie mandat na 1500 zł mógłby dostać ktoś, kto na szerszej miejskiej drodze pojedzie 80 km/h – znam w samym Wrocławiu kilka takich miejsc, gdzie można byłoby w kilka dni zdublować roczny miejski budżet na takiej zasadzie, a wypadku w tamtych miejscach nie przypominam sobie od… nigdy.

Rozróżnienie przekroczenia prędkości w zależności od tego, czy to droga przeznaczona wyłącznie do ruchu pojazdów samochodowych, czy nie.

Czyli wariacja na temat wcześniejszej propozycji, ale wykluczająca problem z tym, że droga drodze nierówna. Nie ma tutaj szans na pieszych (przeważnie), rowerzystów (też przeważnie), dzikie zwierzęta (również przeważnie), pojazdy wolnobieżne, nie ma skrzyżowań, a przekroczenia prędkości procentowo są najniższe – teoretyczne szanse na kolizję czy wypadek powinny być najniższe, a więc i w ślad za tym – mandaty.

Zresztą właśnie w przypadku autostrad i dróg szybkiego ruchu najczęściej podnoszony był krzyk niezgody, że za 151 km/h na drodze szybkiego ruchu możemy stracić minimum 1500 zł.

Procentowe określenie przekroczenia prędkości

Pomysł opisywany już w tym tekście, który na pierwszy rzut oka wygląda najbardziej sensownie i sprawiedliwie, bo bierze pod uwagę dopuszczalną maksymalną prędkość w tym miejscu, tym samym dość skutecznie określając stopień przewinienia.

Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że 80 km/h przez wieś bez chodnika czy centrum miasta, nie jest tym samym, co 150 km/h na drodze szybkiego ruchu. I przy procentowej kalkulacji – nie byłoby tym samym. 156 km/h na S-ce to przekroczenie o 30 proc. – z kolei 85 km/h na ograniczeniu do 50 km/h – aż 70 proc. Od razu widać, kto bardziej przegina pałę i komu należy się większa kara, a system mandatowy oparty jest wtedy na systemie oznakowania, więc wszystko ma ręce i nogi.

Tutaj pojawiają się jednak dwa problemy. Po pierwsze – polska znakoza, gdzie na jednym krótkim odcinku moglibyśmy – bez terenu zabudowanego – jechać: zgodnie z przepisami, poniżej limitu i o 50 proc. powyżej limitu, nie zmieniając przy tym za bardzo prędkości. Uznajmy jednak, że dałoby się z tym żyć przy odpowiednio uważnej i szarpanej – często bez powodu – jeździe.

Drugim problemem jest natomiast to, co dzieje się z tym systemem przy skrajnych wartościach. Przykładowo przy jeździe z prędkością 26 km/h przez strefę zamieszkania wpadamy do tego samego koszyka mandatowego, który obowiązywałby za jazdę ponad 180 km/h po autostradzie. Z kolei dociśnięcie do 30 km/h (50 proc. przekroczenia) pozycjonowałoby nas na równi z kimś, kto po autostradzie leci 210 km/h. Obawiam się, że w takim układzie ludzie potraciliby oszczędności całego życia, próbując rano wyjechać z osiedla.

To co byłoby idealnym rozwiązaniem?

Gdyby ludzie jeździli z taką prędkością, że nie powodowaliby wypadków, a jeśli już, to w minimalnej liczbie i z minimalnymi stratami. Niestety tego w ustawie nie da się zapisać, więc trzeba coś wymyślić. Może ten rządowy pomysł na progresję okaże się w porządku. Może kiedyś wdrożony zostanie któryś z powyższych, wymyślonych w 5 minut na kolanie pomysłów. Albo istnieją jeszcze inne, na które w redakcji nie wpadliśmy?

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać