Ciekawostki

Supersamochodem trzeba jeździć ile wlezie. Oto Lamborghini Murcielago z przebiegiem 420 000 km

Ciekawostki 21.04.2020 264 interakcje
Mikołaj Adamczuk
Mikołaj Adamczuk 21.04.2020

Supersamochodem trzeba jeździć ile wlezie. Oto Lamborghini Murcielago z przebiegiem 420 000 km

Mikołaj Adamczuk
Mikołaj Adamczuk21.04.2020
264 interakcje Dołącz do dyskusji

Większość drogich aut sportowych spędza życie zamknięta w garażach. Na szczęście zdarzają się właściciele dbający o to, by ich cenne zabawki się nie nudziły.

Gdy miałem kilkanaście lat, marzyłem o Lamborghini Murcielago. To już nie były czasy plakatów z samochodami, ale białe „Murcie” zdobiło pulpit mojego komputera. Wydawało mi się absolutnie najlepsze, najszybsze, najładniejsze. Może lepsze byłoby tylko Ferrari Enzo.

Do dziś nie miałem jeszcze okazji pojeździć takim samochodem (i pewnie nieprędko się uda). Ale rozmawiałem kiedyś z kimś, kto spędził kilka dni z Murcielago. Wspominał tę przygodę dość traumatycznie. Auto jest długie i szerokie jak kombajn, widać z niego mniej więcej tyle świata, ile z czołgu, a skrzynia biegów szarpie. „Na pewno nie chciałbym tym jeździć na co dzień” – skwitował mój rozmówca.

Są jednak i tacy, którzy podjęli wyzwanie.

Do stworzenia tego wpisu zainspirował mnie artykuł opublikowany właśnie na stronie brytyjskiego czasopisma Autocar. Opisuje historię pewnego Murcielago i jego właściciela. Pan Simon George pokonał swoim autem 420 tysięcy kilometrów. Co najmniej – bo wpis pochodził z 2017 roku, a jest więcej niż prawdopodobne, że Lamborghini nadal nie zmieniło właściciela.

lamborghini koszty utrzymania

Murcielago zostało kupione w 2004 roku.

Pan George pracował jako inżynier w firmie British Gas, a następnie zajmował się nieruchomościami na wynajem. Jak sam przyznaje, lubi „życie na krawędzi”. Dlatego kupił nowe Lamborghini na raty, z pełną świadomością, że pieniędzy wystarczy mu tylko na osiem miesięcy użytkowania wozu. Później pomarańczowy supersamochód musiał zacząć na siebie zarabiać.

Na początku, Murcielago służyło w jednej z firm oferujących przejażdżki drogimi pojazdami po torze. Po kilku latach Simon George wraz ze wspólnikiem sam założył takie przedsiębiorstwo. Lamborghini stało się jego wizytówką.

To częściowo tłumaczy tak wysoki przebieg auta.

Jak tłumaczył właściciel, Murcielago rzeczywiście ciężko pracowało. Tygodniowe przebiegi sięgały 1000 kilometrów. Stawki za wynajem musiały być wysokie, bo utrzymanie samochodu w stanie gotowości kosztuje. Ten egzemplarz ma (wyjątkowo rzadką) skrzynię manualną, a nie automat E-Gear. Żywotność sprzęgła szacuje się na ok. 50 tysięcy kilometrów. Przy tym trybie użytkowania oznacza to wymianę co roku. Olej trzeba zmieniać o wiele częściej – najlepiej… co miesiąc. Dodajmy do tego koszty paliwa: zdaniem Simona George’a, spalanie „nigdy nie było niższe niż 15 litrów na sto kilometrów”. Samochód jednak dzielnie pokonywał kolejne trasy i cieszył dziesiątki kierowców. Dziesiątki? Co ja mówię, było ich o wiele więcej! Podobno za kierownicą tego egzemplarza zasiadało 1511 osób.

lamborghini koszty utrzymania

Najgorszy scenariusz ziścił się w 2012 r.

Przy regularnym użyczaniu szybkiego, narowistego auta, prędzej czy później musiało dojść do jego uszkodzenia. Kolizja, w której uczestniczył jeden z wynajmujących, i tak skończyła się relatywnie dobrze. Słysząc o „wypadku Lamborghini” wyobrażamy sobie raczej koziołkujący, płonący wrak, który rozbił się przy 300 km/h.

W tym przypadku prędkość była o wiele niższa. Murcielago jechało ok. 70 km/h, gdy nieostrożny kierowca wjechał nim w drzewo. Nikomu nic się nie stało. Uszkodzone zostało „tylko” auto… ale serwis powypadkowy tej marki nie należy do atrakcyjnych cenowo.

Doprowadzenie samochodu do ładu zajęło cztery lata.

Kosztowało tylko 90 tysięcy funtów, czyli ponad 450 tysięcy złotych. Skąd słowo „tylko” w tym zdaniu? Normalnie byłoby jeszcze drożej, ale George dostał od firmy Lamborghini Manchester (tej samej, która sprzedała mu ten egzemplarz jako nowy) specjalne zniżki, a mechanicy podobno godzili się na pracę za darmo po godzinach, by uratować pomarańczowe „Murcie”. Nie obyło się bez prostowania konstrukcji samochodu i zakupu masy drogich elementów. Mała zagadka: ile kosztują reflektory do tego modelu? 30 tysięcy złotych. Za sztukę. A nie idzie przypasować z Opla Astry?

Po odbudowie Simon George już nie wynajmował swojego Lamborghini. Zamontował za to większe hamulce i jeździł nim na co dzień. Dojazd do pracy zajmował mu 90 minut w jedną stronę, więc kolejne cyferki szybko pojawiały się na liczniku. W momencie pisania artykułu w „Autocarze”, wóz miał przejechane ponad 420 tysięcy kilometrów. Znalazłem także wpis Simona George’a pochodzący z 2018 roku, w którym opisywał jego dalsze użytkowanie. Myślę, że pomarańczowy egzemplarz nadal żyje i dzielnie służy na co dzień. Gdyby nie wypadek, być może byłoby już w drodze do miliona kilometrów przebiegu.

Jak Murcielago zniosło taką eksploatację?

Zdaniem właściciela i dziennikarza, który się z nim przejechał, całkiem nieźle. Po aucie widać pewne ślady zużycia i tego, że po wypadku nie udało się skompletować na nowo wszystkich detali. Emblemat V12 jest trochę porysowany, a niektóre części kokpitu są… sklejone masą klejącą. Elementem, po którym najmocniej widać przebieg, jest podobno przycisk do otwierania wlewu paliwa. Wciska się go pewnie częściej niż pedał gazu.

lamborghini koszty utrzymania
Fot. Evo Magazine

Simon George narzekał też na skrzynię biegów. Mimo że miała już za sobą kilka napraw, drugi bieg niechętnie wchodził, gdy samochód był zimny. Ale dźwięk silnika podobno wszystko wynagradza i właściciel woli pomęczyć się w Lambo niż wsiadać do nowiutkiego Range Rovera. Wierzę.

Supersamochodów z dużymi przebiegami jest więcej.

Kilka lat temu głośna była historia szwajcarskiego biznesmena, który przez trzy lata przejechał McLarenem 12C Spider 130 tysięcy kilometrów. Ponad 40 tysięcy rocznie: ładny wynik, godny przedstawiciela handlowego w Golfie. Ale jeśli McLaren 12C Spider jest równie wygodny, co 570S, którym miałem okazję jeździć, to w ogóle się temu nie dziwię.

Wspominano także o właścicielu Ferrari F430, który pokonał nim ponad 250 tysięcy kilometrów (co „kosztowało” m.in. cztery komplety sprzęgła i 25 zestawów świec). Wisienką na torcie jest oczywiście opisywana przez nas historia pana Billa MacEacherna. Od 1975 r. zrobił 1,2 mln kilometrów w Porsche 911 Turbo.

Tak trzeba żyć. Samochody są po to, żeby nimi jeździć, a nie kisić je po garażach. Jeśli macie supersamochód, pokażcie mu trochę świata i go zahartujcie. Niech nie płacze przez jakieś rysy na zderzaku.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać