Wiadomości

Szwedom braknie miejsc do ładowania aut elektrycznych. Infrastruktura już leży i kwiczy

Wiadomości 18.06.2019 203 interakcje
Adam Majcherek
Adam Majcherek 18.06.2019

Szwedom braknie miejsc do ładowania aut elektrycznych. Infrastruktura już leży i kwiczy

Adam Majcherek
Adam Majcherek18.06.2019
203 interakcje Dołącz do dyskusji

Dopłaty dopłatami, ale samochody na prąd trzeba mieć jeszcze gdzie ładować. I mieć sieć, która to zdzierży.

W styczniu pisaliśmy, że Szwecja planuje zabronić rejestracji nowych samochodów z silnikami spalinowymi. Od 2030 r. każdy nowy samochód rejestrowany w tym kraju będzie musiał mieć inne źródło napędu – najpewniej energię elektryczną albo wodór. Choć przyszłość tego drugiego, po ostatniej eksplozji na stacji paliw, nie jest do końca pewna.

Szwedzi wspierani dotacjami przesiadają się na elektryki.

Od ubiegłego roku można tam skorzystać z dopłaty w wysokości 60 tys. koron, czyli równowartości niemal 24 tys. zł. To sprawia, że samochody elektryczne są tylko nieznacznie droższe od zasilanych paliwami kopalnymi. Nie dziwi więc, że do końca maja liczba rejestracji aut elektrycznych wzrosła o 253 proc., a na listach sprzedaży króluje Tesla Model 3, za nią plasują się natomiast Renault Zoe i Kia e-Niro. 

Szwedzi zauważyli jednak, że rosnący popyt przekracza możliwości tamtejszej sieci elektrycznej. Potrzeba ładowania akumulatorów samochodów elektrycznych oznacza dodatkowe obciążenie sieci i stanowi coraz większą konkurencję dla zasilania domów, czy metra. Ambitny plan zakłada, że w 2045 r. Szwecja będzie neutralna węglowo co musiałoby oznaczać pojawienie się na drogach 2,5 miliona samochodów elektrycznych. A to wymusza potrzebę instalowania kolejnych ładowarek, tak by nikt nie musiał krążyć po okolicy w poszukiwaniu wolnego punktu do ładowania akumulatora. 

Nie chodzi o to, że Szwecja produkuje zbyt mało energii.

Problem polega na tym, że starzejąca się sieć elektryczna nie będzie w stanie przesłać jej tyle, by starczyło dla wszystkich. Lokalny zarządca sieci energetycznej w Sztokholmie sugeruje, że na odnowienie sieci przesyłowej i dostosowanie jej do rosnących potrzeb potrzeba kolejnych 10 lat. A to oznacza, że póki co nie ma szans na znaczące podniesienie sprawności sieci, czyli zwiększenie liczby ładowarek. To natomiast może się przełożyć na spowolnienie popularyzacji aut elektrycznych. Po co komu auto, którego nie będzie gdzie naładować?

Szwecja pracuje już nad planem poprawy sytuacji.

Chce edukować mieszkańców by korzystali z energii elektrycznej w jak najbardziej odpowiedzialny sposób. Chodzi m.in. o unikanie ładowania akumulatorów w czasie porannego i popołudniowego szczytu zapotrzebowania na prąd. Mówi się nawet o finansowych zachętach do podłączania samochodów elektrycznych do sieci i o udostępnianiu energii zmagazynowanej w ich akumulatorach w chwilach największego zapotrzebowania, a potem ponownym ładowaniu, w godzinach, w których ogólne zapotrzebowanie będzie mniejsze. Ale jak to zrobić, skoro nie będzie się gdzie podłączyć?

Sądzę, że Szwedzi powinni poprosić o pomoc polski rząd.

W końcu zgodnie z Planem Rozwoju Elektromobilności wprowadzonym przez premiera Morawieckiego, w 2025 r. po polskich drogach będzie jeździć milion samochodów elektrycznych. I trwają intensywne prace nad stworzeniem naszej fabryki samochodów elektrycznych. A to pozwala sądzić, że istnieje równie precyzyjny plan na dostosowanie infrastruktury. Wystarczy tylko zapytać. 

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać