Felietony

Na Youtube furorę robi film o tym, że brak aut elektrycznych to spisek Rockefellerów. Ile w tym prawdy?

Felietony 06.11.2018 190 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 06.11.2018

Na Youtube furorę robi film o tym, że brak aut elektrycznych to spisek Rockefellerów. Ile w tym prawdy?

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski06.11.2018
190 interakcji Dołącz do dyskusji

Na Youtube pojawił się film paradokumentalno-spiskowy od „Bald TV”, nawiązujący w swym wydźwięku do znanego dokumentu „Kto zabił samochód elektryczny”. Film obejrzało już 340 tys. osób w niecałe 2 tygodnie, a 15 tys. zareagowało „łapką w górę”. Ale czy jest w nim choć trochę prawdy?

Kto zabił samochód elektryczny” to dobry, amerykański film dokumentalny o historii pojazdu EV1 – pierwszego elektrycznego samochodu General Motors. Mimo dobrego przyjęcia przez klientów i znacznego zainteresowania, GM zdecydowało o odebraniu leasingobiorcom ich samochodów i zniszczeniu ich. Przedstawiciele koncernu twierdzili, że projekt nie był komercyjnym sukcesem i że nie byli w stanie zapewnić „długotrwałego dostępu do kluczowych części”. Twórcy filmu w całości odrzucają to tłumaczenie, utrzymując że GM miało szansę stać się liderem w elektromobilności w USA, zamiast tego poddało się dyktatowi koncernów naftowych. Po latach widać, jak katastrofalny był to błąd – GM sprzedaje nudne sedany i pickupy na sok z dinozaurów, a liderem rynku aut elektrycznych jest typ znikąd, posługujący się nazwiskiem kogoś innego w nazwie swojej firmy.

Autor filmu „Cała prawda o samochodach elektrycznych i bateriach” idzie w swoich teoriach jeszcze dalej

Główną oś narracji stanowi to, że motoryzacja zaczęła się od samochodów spalinowych i elektrycznych jednocześnie, a potem elektryki umarły. To prawda. W początkowych latach motoryzacji nawet połowa pojazdów bez koni poruszała się dzięki elektryczności. Powód był dość prosty: mała dostępność benzyny i bardzo duża obsługowość silników spalinowych. Trzeba było wiele siły i umiejętności, żeby silnik spalinowy ruszył i pracował choć przez jakiś czas bez awarii. Beznadziejne oleje, hałas, smród i wibracje zniechęcały do samochodów spalinowych i sprawiały, że klienci realnie interesowali się cichymi „elektrykami”. I to mimo tego, że trzeba było je bardzo długo ładować, a zasięg nie zachwycał.

Potem, jak zauważa autor filmu, samochody elektryczne na długie lata przestały się rozwijać. Gdyby rozwijały się w takim tempie jak komputery, to dziś ładowalibyśmy je do pełna w 10 minut, uzyskując zasięgi 400-500 km i osiągi najmocniejszej Tesli P100. A przede wszystkim byłyby powszechnie spotykane. Zamiast tego nadal stanowią margines sprzedaży, a światem trzęsą silniki spalinowe. W pewnym momencie rozwoju motoryzacji nastąpił gwałtowny odwrót od aut elektrycznych i przesiadka na spaliniaki.

A to oznacza tylko jedno: to spisek!

Rockefeller! Standard Oil Company! Kartele, zmowy i tajne porozumienia! Uwielbiam teorie spiskowe, ale ta nie bardzo się klei. Samochody elektryczne przeszły w stan hibernacji z dwóch powodów: wprowadzenia powszechnie dostępnej i taniej benzyny do napędu aut spalinowych oraz bardzo łatwego ulepszania silnika spalinowego. Był to tzw. nisko wiszący owoc – początkowe modernizacje silników spalinowych rzeczywiście znacząco poprawiały ich pracę i trwałość. Nie było trzeba stosować kosmicznych technologii i komputerów, żeby wykorzystać parę prostych wynalazków do usprawnienia silników spalania wewnętrznego. W szybkim tempie pojawił się zapłon rozdzielaczowy zamiast jakichś iskrowników, zawory w głowicy zamiast w bloku co zoptymalizowało spalanie itp.

Nagle okazało się, że samochód spalinowy jest dość łatwy w obsłudze i pozwala przejechać dużą odległość (co było ważne zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych). Auta elektryczne dalej korzystały z ciężkich ogniw ołowiowo-kwasowych z „efektem pamięci”, tzn. po wielu cyklach ładowania traciły pojemność, zwłaszcza gdy ktoś je „podładowywał” po trochu. Nastąpiła nierównomierność w szybkości rozwoju, więc klienci w naturalny sposób zaczęli wybierać produkt bardziej zaawansowany. Ktoś – a tym kimś był Henry Ford – pokazał, że samochód spalinowy może być przyjazny w obsłudze i dostępny w przystępnej cenie. Ten efekt znany jest od dawna: wystarczy pokazać produkt rewolucyjny, nawet nie do końca dopracowany, i w szybkim tempie zmienia on układ sił na rynku. Pierwszy iPhone wywalił na łopatki Nokię, potentata w dziedzinie tradycyjnych telefonów komórkowych. Obecnie Tesla zadaje ciosy nieprzygotowanym na to koncernom, osiągając coraz lepsze wyniki sprzedaży. Po prostu mają nowy, świeży produkt, który mimo pewnych wad jest dla klientów nadzwyczaj atrakcyjny.

Ale przecież kompanie naftowe z rozmysłem dławiły rozwój aut elektrycznych!

Czasem tak. Przykładem jest firma Ovonics zajmująca się produkcją i ulepszaniem baterii niklowo-wodorkowych (NiMh) do samochodów elektrycznych. Została ona wykupiona przez koncern naftowy Chevron (później ChevronTexaco). Tyle że w 2012 r. sprzedano ją koncernowi BASF, a 23 sierpnia 2018 r. wygasł dodatkowo patent na baterie NiMh znajdujący się w rękach Chevrona. Autor przytacza też w filmie przykład Mirko Hannemanna, genialnego młodego wynalazcy z Niemiec, który skonstruował superpojemne baterie o nazwie „Kolibri” i pokazał, że one działają. Potem jego projekt został utrącony przez niemieckie koncerny motoryzacyjne. Niestety, gdy zacząć przyglądać się tej sprawie, okazuje się że to w większości brednie. Baterie Kolibri nigdy nie zostały przedstawione specjalistom od strony technicznej. Pseudowiedzę zawartą w filmie skutecznie zmasakrował serwis elektrowoz.pl w swoim obszernym wpisie.

Jedno nie ulega wątpliwości…

Wiele bardzo bogatych firm zainwestowało bardzo dużo pieniędzy w silniki spalinowe i niekoniecznie chciałyby, żeby ten wynalazek odszedł do lamusa w ciągu kilku lat. Samochodów elektrycznych nie rozwijano, bo nie było to konieczne ani nie spodziewano się, żeby było dochodowe. Przez lata ropa naftowa była tania i łatwo wydobywalna. Miała też duży EROEI – zwrot energii zainwestowanej, czyli trzeba było niewiele energii, żeby uzyskać dużo energii z wydobytej ropy. Ta sytuacja już się nie powtórzy, a wydobywanie ropy jest coraz trudniejsze i obarczone coraz większym ekologicznym ryzykiem.

„Wielcy” w rodzaju BMW, Mercedesa czy Volkswagena trochę się spóźnili ze zrozumieniem jak ważne są samochody elektryczne. Zostali wyprzedzeni przez Chińczyków i Elona Muska, bo prawdopodobnie ze swojej wieży nie widzieli tych małych, którzy za chwilę mogą urosnąć i im zaszkodzić. Za bardzo skupiali się na spełnieniu kolejnych europejskich norm emisji spalin, a w tym czasie trwał w najlepsze rozwój aut elektrycznych – tyle że poza wielkimi koncernami. Teraz, gdy już wiadomo że nie ma innego wyjścia niż elektromobilność, duże koncerny mają problem z zaopatrzeniem w akumulatory do takich samochodów, bo robią je Chińczycy. To nie spisek, to nieporadność i przesadny samozachwyt koncernów doprowadził do tego, że po ponad 100 latach od wynalezienia samochodu elektrycznego przesunęliśmy się o tak niewiele. Kto zabił samochód elektryczny? Splot niekorzystnych z punktu widzenia planety zdarzeń, tj. wynalezienie silnika spalinowego i zarazem znalezienie wielkich złóż paliwa do jego napędzania. A teorie spiskowe z filmu poniżej nie znajdują realnego uzasadnienia. Za to pozwalają zebrać bardzo dużo kliknięć i lajków.

 

 

 

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie