Wiadomości

Auta elektryczne mogą zabić kei-cary. Japończycy uwielbiają robić sobie problemy

Wiadomości 02.02.2021 27 interakcji

Auta elektryczne mogą zabić kei-cary. Japończycy uwielbiają robić sobie problemy

Paweł Grabowski
Paweł Grabowski02.02.2021
27 interakcji Dołącz do dyskusji

Samochody elektryczne mogą przynieść koniec kei-carów. Japończycy w pędzie ku elektromobilności wprowadzanej restrykcyjnymi normami prawnymi pozbędą się innych owoców restrykcyjnych norm prawnych.

Kei-cary to obraz tego, jak wysokimi podatkami można wcisnąć ludzi do samochodów niewiele większych od skutera. Japończycy mają słabość do zamordystycznych regulacji prawnych, społecznych i kulturowych. Zostały wymyślone przez rząd w 1949 roku, żeby odbudować wyniszczoną wojną japońską gospodarkę. Jak każde pokonane państwo, Japonia miała ogromne bezrobocie, gigantyczną inflację i wszechobecną biedę. Żeby lepiej zobrazować rozmiar zniszczeń, warto wiedzieć, że dopiero w 1954 roku udało się osiągnąć poziom zaawansowania ekonomicznego odpowiadającemu temu z 1937 roku. Co więcej – nie udałoby się to bez wojny w Korei, dzięki której PKB Japonii od 1950 roku rósł o około 10 proc. rocznie. Co ma wojna w Korei do Japonii? Otóż Stany Zjednoczone wolały kupić zaopatrzenie w Japonii niż transportować je z USA drogą morską i powietrzną. Wracając do właściwego tematu – japońskie władze postanowiły zmotoryzować Japonię przy użyciu niewielkich samochodów.

W historii Japonii nie wymyślono nic lepszego niż kei-car

Kei-cary miały mieć niewielkie wymiary i niewielki silnik. Dzięki temu miały być przystępne cenowo. I to się udało. Ludzie zaczęli je kupować. Wraz z rosnącą popularnością zmieniały się dozwolone wymiary zewnętrzne i pojemności silników. Gdy tylko spadało zainteresowanie kei-carami, wtedy wkraczał rząd i wprowadzał kolejne regulacje, które wymuszały kupno kei-cara. Metody były różne – od podatkowych do prozaicznych, w rodzaju obowiązkowego miejsca do parkowania, które kosztowało krocie za metr kwadratowy, więc im mniejsze, tym lepiej. Nawet teraz podatek przy zakupie kei-cara wynosi 2 proc. wartości, a przy zakupie normalnego samochodu 3 proc. O 30 proc., w porównaniu do samochodów zwykłych rozmiarów, jest niższy podatek od wagi auta. Niższa jest również składka na ubezpieczenie oraz roczny podatek drogowy.

Dzięki widzialnej ręce japońskiego rządu kei-cary utrzymują się do dziś. Obecnie sprzedawane kei-cary mają pojemność silnika ograniczoną do 660 cm sześciennych oraz moc do 64 KM. Oprócz tego ich długość nie może przekroczyć 3,4 m, a szerokość jest ograniczona do 1,48 m. Nic dziwnego, że ograniczenia pobudziły producentów do twórczej pracy. Ich owocem było najdoskonalsze wykorzystanie dostępnej przestrzeni, dzięki czemu kei-cary przyjęły swoją ostateczną formę, czyli minivana z przesuwnymi drzwiami.

Koniec kei-carów spowoduje upadek Japonii

Japonia postawiła sobie za cel dekarbonizację kraju do 2050 roku oraz wyeliminowanie silników spalinowych do 2035 roku. To nic nowego, bo przecież znamy takie plany również w Europie – żeby daleko nie szukać, taki sam cel ma Wielka Brytania. Ale okazuje się, że ofiarą elektryfikacji mogą paść kei-cary. Zmiana silnika spalinowego na elektryczny pociągnie za sobą znaczny wzrost cen. Szacuje się, że cena ulegnie nawet podwojeniu. W połączeniu z wysokim rocznym podatkiem od posiadania samochodu sprawi, że zakup kei-cara stanie się nieopłacalny. Kei-cary stanowią prawie jedną trzecią wszystkich aut kupowanych co roku przez Japończyków. W zeszłym roku sprzedały się w liczbie 1,7 miliona egzemplarzy. Jak twierdzi szef Toyoty, pan Akio Toyoda – 85 proc. dróg w Japonii jest tak wąskich, że mogą się na nich minąć tylko dwa kei-cary. To ciekawe, że pan Toyoda nie kazał zatrzymać produkcji szerokich Toyot w rodzaju RAV4 w trosce o bezpieczeństwo przy wymijaniu się.

koniec kei carów
Nie wiem po co Toyota produkuje tak szerokie samochody

Chciałbym podkreślić, że kocham kei-cary i zgadzam się, że są ostateczną formą samochodu

To doskonałe odzwierciedlenie japońskiego podejścia. 70 lat temu wymyślili kategorię aut i konsekwentnie zmuszali społeczeństwo do ich zakupu. Przez cały ten okres twardo utrzymywali wysokie podatki, tak żeby kupno zwyczajnego samochodu było utrudnione dla przeciętnie zarabiającego Japończyka. Teraz taką samą metodę zastosują w celu wyeliminowania kei-carów. Co więcej, nie ma w tym nic zaskakującego. Już w lutym 2017 roku pewien blog wieszczył koniec kei-carów. Początek tego znajduje się w decyzji japońskiego rządu z 2014 roku, kiedy to znacznie podwyższono roczny podatek od posiadania samochodu tego typu. Dodatkowo co roku podatek miał rosnąć, aż do prawie jego potrojenia. Elektryfikacja sprawi, że wielu Japończyków nie będzie stać nawet na kei-cara. Według japońskich danych podwyżka ceny kei-carów odbiłaby się niekorzystnie na osobach starszych oraz kobietach. Te dwie grupy społeczne mają statystycznie znacznie najniższe dochody. Co więcej, nawet 40 proc. właścicieli kei-carów to osoby w wieku powyżej 60 lat. W ogóle sytuacja kobiet w Japonii nie jest zbyt ciekawa, ale to temat na inne rozważania.

koniec kei carów
Suzuki Spacia Gear

Na koniec kei-carów czekają chińskie auta

A konkretnie Wuling Hong Guang MINI EV. To najtańszy samochód elektryczny, który mógłby zastąpić japońskie kei-cary. Kosztuje jedyne 4 200 dolarów i jest przebojem w Chinach. Może przejechać na jednym ładowaniu do 120 km, a droższa wersja pozwala na przejechanie 170 km. Mierzy 2,94 m długości i pomieści 4 pasażerów. Podniesienie cen japońskich kei-carów ze względu na napęd elektryczny otworzy drogę Chińczykom do przejęcia tego segmentu motoryzacyjnego w Japonii. Chińska oferta produktów doskonale pokazuje, że nie trzeba wojny, żeby opanować cały świat. Wystarczy go tylko uzależnić od siebie ekonomicznie.

koniec kei carów
Chiński zabójca kei-carów

Kocham kei-cary, całą redakcję Autobloga, a najbardziej redaktora prowadzącego

Niestety ludzie poza Japonią nie kochają kei-carów. Małe japońskie samochody nigdy nie odniosły sukcesu nawet w zakorkowanych miastach. Ale za to dorobiły się licznego grona wielbicieli w internecie. Jestem poziom wyżej w swojej miłości, bo mieliśmy w domu Daewoo Tico, czyli licencjonowane Suzuki Alto, do którego nadal żywię sentyment, więc wiem jak to jest jeździć kei-carem. Dzięki temu mogę wypowiadać się z pozycji eksperta. Oczywiście w tej miłości nie mogę zapomnieć, że kei-car nie jest wynikiem naturalnego rozwoju motoryzacji, tylko efektem zamordyzmu państwa, wysokich podatków, interwencjonizmu oraz nadmiernego regulowania wszystkich aspektów życia. Trochę to ironiczne, że wprowadzone siłą kei-cary zostaną wypchnięte przez samochody elektryczne, które również zostaną wprowadzone siłą.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać