Felietony

Podatek od zawracania głowy. Możesz dostać 1000 zł mandatu za uznaniowe „zagrożenie w ruchu”

Felietony 13.01.2022 270 interakcji

Podatek od zawracania głowy. Możesz dostać 1000 zł mandatu za uznaniowe „zagrożenie w ruchu”

Piotr Barycki
Piotr Barycki13.01.2022
270 interakcji Dołącz do dyskusji

Osiedlowa uliczka, ruch na poziomie właściwie zerowym. Kierujący wyjeżdża z miejsca parkingowego i – tak czasem bywa – uderza w inny samochód. Straty? Właściwie zerowe. Koszt takiej kolizji? Pomijalny. Chyba że zdecydujemy się wezwać policję – wtedy na dzień dobry dostaniemy mandat na 1000 zł plus bonus. 

To nie jest w pełni zmyślona historia. Niemal identyczna zdarzyła się w Pyzdrach. Kierująca Mercedesem GLE cofała, nie zauważyła Citroena C4 i już – kolizja gotowa. Nikomu się nic nie stało, straty były niewielkie (choć naprawa GLE może być kosztowna), prędkość Mercedesa pewnie wynosiła 3 km/h, a Citroena – obstawiam, że niewiele więcej. O ile w ogóle się poruszał, bo w końcu ile było przypadków, gdzie ktoś cofał, ktoś za nim stał, ten pierwszy go nie zauważył i bum.

Niestety najwyraźniej uczestnicy kolizji nie byli się w stanie dogadać w kwestii tego, kto jest winny i wezwano policję. Policja sprawczynię tego przerażającego zagrożenia dla bezpieczeństwa ruchu drogowego (z GLE) ukarała mandatem w wysokości… 1100 zł. Tak, 1100 zł za to, że ktoś prawdopodobnie delikatnie komuś stuknął w samochód.

Przy czym sam mandat za wykroczenie, które doprowadziło do stłuczki, był pewnie wart 100 zł.

Zgodnie bowiem z nowym taryfikatorem:

Niezachowanie należytej ostrożności na drodze publicznej, w strefie zamieszkania lub strefie ruchu i spowodowanie zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym przez kierującego pojazdem mechanicznym karane jest – od pierwszego dnia tego roku – mandatem w wysokości 1000 zł plus kwota mandatu karnego przypisanego za naruszenie stanowiące znamię zagrożenia. 1500 zł, jeśli doprowadzimy do rozstroju zdrowia drugiej osoby, 500, jeśli zrobimy to samo, ale nie samochodem. I 500, jeśli nie będzie rozstroju zdrowia, a my nie będziemy jechać samochodem.

Ale w tym przypadku liczy się to 1000 zł. Z którego wynika, że pani prowadząca GLE dostała mandat 100 zł za faktyczne wykroczenie i 1000 zł za niezachowanie ostrożności i spowodowanie zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

Jaka jest definicja „zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym”?

Dobre pytanie, a odpowiedź brzmi: nie ma takiej. Pozostaje to do interpretacji policji, przy czym policja stwierdza, że pod tym określeniem kryją się dla niej właśnie m.in. kolizje. Z jednej strony ma to sens – w końcu nie sposób jest wypisać wszystkich potencjalnych wykroczeń, które mogą temu bezpieczeństwu drogowemu zagrażać. Nie warto nawet próbować, bo zawsze ktoś wymyśliłby coś, co faktycznie byłoby niebezpieczne, ale że nie znalazło się w spisie karanych czynów, to żadnej kary nie będzie. Jeśli ktoś odwali coś poważnego i dojdzie do kolizji – fakt, niech płaci te 1000 zł za samo jej spowodowanie plus dodatkowe mandaty.

Wszystko by się zgadzało, gdyby faktycznie było to jakoś sensownie rozdzielane i kwalifikowane jak trzeba. Problem zaczyna się w momencie, kiedy ta interpretacja jest już tak bardzo dowolna, że można ją przypisać do wszystkiego. Nie potrafię sobie wyobrazić tego momentu, kiedy ktoś z absolutnie poważną miną zalicza stłuczkę z Pyzdr do kategorii „zagrożenie bezpieczeństwa w ruchu drogowym”. Gdzie tam zaszło faktyczne zagrożenie dla tego bezpieczeństwa? Dlaczego – jak zakładam – podobna kwalifikacja zostałaby przyjęta dla obcierki, ale popełnionej np. przez kogoś, kto po chamsku i faktycznie niebezpiecznie bawi się w tetrisa przy wzmożonym ruchu drogowym?

No i jeszcze to 1000 zł…

Czyli wielokrotnie podniesiona kwota w stosunku do tego, co obowiązywało w zeszłym roku. Jasne, obsługa kolizji kosztuje, zresztą te koszty (w tym wypadków) wielokrotnie przewyższają to, co kierowcy dorzucają do budżetu w akcyzach i innych podatkach w paliwie.

Tylko trudno to traktować inaczej niż właśnie podatek za zawracanie głowy. W końcu dlaczego kolizja bez wzywania policji mandatowo kosztuje nas równe „nic”, z kolei jeśli już policję wezwiemy, to na dzień dobry jedna ze stron (albo obie, jeśli policja tak uzna), żegna się z 1000 zł – nawet jeśli doszło tylko do stuknięcia przy cofaniu. Tym samym mandat za takie coś, jak w przypadku GLE z Pyzdr, jest według taryfikatora mandatów równoznaczny np. z jazdą 140 km/h po drodze krajowej. Albo 100 km/h po mieście. Albo nie, przepraszam – skoro 1000 zł to dopiero początek, to ta stłuczka przy cofaniu jest przestępstwem karanym finansowo surowiej niż te dwa pozostałe wykroczenia.

Wniosek? Najlepiej nie wzywaj policji, jeśli nie jesteś absolutnie pewien, że to ty jesteś ofiarą – i módl się, żeby policja uznała to samo. A jeśli jesteś sprawcą – módl się z kolei o to, żeby poszkodowany nawet nie wpadł na pomysł myślenia o wzywaniu policji. Co z kolei daje niestety spore pole do nadużyć – wzywamy policję, czy płaci pan 500 zł i się rozjeżdżamy? Bo wie pan, jak już przyjadą, to to będzie pana kosztowało tak z 1000 zł. Co najmniej…

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać