Klasyki

Jelcz-polewaczka z toru żużlowego uratowany przed złomem. Serce się raduje

Klasyki 06.02.2019 524 interakcje
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 06.02.2019

Jelcz-polewaczka z toru żużlowego uratowany przed złomem. Serce się raduje

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski06.02.2019
524 interakcje Dołącz do dyskusji

Uwielbiam stare ciężarówki. Zazwyczaj opowiadają jeszcze ciekawszą historię niż samochody osobowe. Nie mogłem uwierzyć, że klub żużlowy chce wywieźć na złom swoją polewaczkę na bazie Jelcza w barwach klubowych. Auto zostało jednak „uratowane”.

Często widzę w social media zdjęcia opuszczonych samochodów nie przedstawiających żadnej wartości. Na posesji z godnością rozkłada się Żuk, przy ulicy dekomponuje sobie Maluch, a w krzakach w ciszy ducha oddaje Polonez Caro. Częstą reakcją na te samochody jest „ratowałbym”, ewentualnie „ktoś uratuje?”. Ratunek zazwyczaj nie przychodzi, ponieważ są to zwykłe, nieciekawe graty, niewarte uronienia jednej łzy. Sam chętnie uruchomiłbym zgniatarkę i pozbawił świat kolejnych polskich „klasyków” choćby w odniesieniu do truchła wyprodukowanej w FSO Daewoo Nexii, którą z uporem godnym lepszej sprawy mój sąsiad gnije na publicznym parkingu.

Tu jednak chodziło o dość szczególny samochód.

A dokładniej o polewaczkę, służącą przez wiele lat lubelskiemu klubowi żużlowemu. Od razu zastrzeżenie: nie jestem fanem żużla i ten sport w ogóle mnie nie interesuje, natomiast zaciekawił mnie temat polewaczki potrzebnej klubowi żużlowemu. Jej użycie jest wręcz konieczne podczas zawodów żużlowych. Mokry tor ma lepszą przyczepność i nie unosi się z niego pył, dzięki czemu kibice nie tylko się nie duszą, ale także widzą zmagania, za oglądanie których zapłacili. Nieoceniona przydatność polewaczki nie oznacza niestety, że takie wozy będą służyć wiecznie i lubelska polewaczka na Jelczu serii 315 w pewnym momencie stała się już zbyt zużyta, by dalej pełnić swoje zadanie.

Wydawałoby się, że w przypadku tak znanego auta „ratownicy” gremialnie ruszą na ratunek

Tak się jednak nie stało. Choć klub początkowo wystawiał Jelcza na sprzedaż, oferowane pieniądze były mniejsze niż te, które dawał skup złomu. Z powodu braku realnych ofert zdecydowano o wywiezieniu Jelcza na złom. Wydawałoby się, że to koniec tej historii i że będzie smutniejszy niż filmy z serii „Happiness & Cyanide”. Na szczęście jednak kibice klubu żużlowego utworzyli internetową zbiórkę pieniędzy i zebrali żądaną kwotę 5400 zł. Serio lubelski klub żądał za tę ciekawą ciężarówkę z historią tylko 5400 zł? To strasznie mało, mając na uwadze za jak horrendalne kwoty wystawiane są zwykłe, osobowe graty nawet nie ściągnięte z lawety, których historia kończy się na handlarzu-grubasie niewiedzącym nawet od kogo je kupił.

Kibice klubu dogadali się też z lubelskim Miejskim Przedsiębiorstwem Komunikacyjnym, które ma udostępnić halę i mechaników w celu renowacji polewaczki.

Wygląda na to, że źle oceniłem internetowych ratowników

Gdy chodzi o naprawdę ciekawy pojazd, potrafimy się zorganizować i zebrać środki na jego uratowanie, a nawet załatwić renowację. I to jest jakaś pozytywna wiadomość tego dnia. A Polonezy Caro i Maluchy EL-e można śmiało gnieść dalej. Przy okazji, jeśli nie macie prawa jazdy na ciężarówki, a chcecie zabytkowego dostawczaka, to gmina Zblewo sprzedaje Żuki-Strażaki. Ale już nie są takie tanie jak Jelcz.

Zdjęcie główne: lublin112.pl

 

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie