Klasyki

Jako pierwszy jeździłem odrestaurowanym prototypem Żukoberlieta. Mój kapelusz robi szapo ba

Klasyki 16.10.2021 1038 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 16.10.2021

Jako pierwszy jeździłem odrestaurowanym prototypem Żukoberlieta. Mój kapelusz robi szapo ba

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski16.10.2021
1038 interakcji Dołącz do dyskusji

Jakbym nosił kapelusz, to bym go uchylił z szacunku do wykonanej pracy. Żukoberliet z Oławy wyszedł wspaniale. Jeździłem nim powoli i dostojnie.

Przypomnę chronologię całej tej historii.

W 1981 r. Jerzy Lisiecki, inżynier z zakładów w Jelczu, własnym sumptem zbudował pojazd, przypominający zmniejszonego Berlieta na podwoziu Żuka. Auto miało ładne proporcje i było wykonane ze smakiem, zyskało nawet zainteresowanie dyrekcji jelczańskiej fabryki, ale ówczesna sytuacja gospodarcza wykluczała wprowadzenie do produkcji kolejnego modelu, który kanibalizowałby Żuka i Nysę. Skończyło się więc na tym jednym prototypie, czy może raczej samodziale, który prezentował się wspaniale. Idźmy dalej.

żuk samochód

W sierpniu 2020 r. pani Elżbieta, jedna z czterech córek konstruktora tego pojazdu, zamieściła w internecie apel o jego odnalezienie. Apel trafił do mnie wieloma kanałami, a ja jeszcze innym kanałem dość szybko ustaliłem, gdzie ten pojazd się znajduje i nawet zamieściłem jego zdjęcia w stanie istotnej dekompozycji.

żuk samochód

Właściciel busika nie był zadowolony, że udostępniłem te zdjęcia, nawet udało mu się do mnie zadzwonić i powiedzieć mi to i owo. No trudno, liczyłem się z tym, było to moje ryzyko, czasem bycie dziennikarzem wymaga pokazania tego, co ktoś inny nie chce, żeby było pokazane (autorem tego cytatu jest George Orwell). Miałem wrażenie, że nic z tego nie będzie i że przemalowany prototyp zakończy swój żywot na trawniku, ale na szczęście się pomyliłem. Samochód nabyło Muzeum Motoryzacji Wena w Oławie i podjęło trud jego renowacji.

14 miesięcy później dostaliśmy zaproszenie na jazdę próbną

Obecny właściciel i dyrektor muzeum, Tomasz, nie chciał oczywiście powiedzieć ile kosztowała renowacja, a ja nie pytałem, bo dżentelmeni, wiadomo co. Jedno trzeba wszak przyznać: została ona zrobiona bez oszczędzania. Samochód prezentuje się jak nowy. Właściciel sam nim jeszcze nie jeździł. Byłem wczoraj pierwszą osobą, która zrobiła nim kilka kółek po terenie hal firmy Wena. Przyznam Wam, że nie było to łatwe zadanie. Najpierw jednak parę słów o wyglądzie.

Ponoć ten pojazd był nazywany „Koziołkiem”

Zasadniczo jest to Żuk, wyglądający jak zmniejszony Berliet. Obecność pionowych szyb i tego berlietowego frontu „robi” cały ten samochód. Pozycja za kierownicą jest dość dziwna, bo za sprawą układu szyb z przodu czułem się, jakbym prowadził autokar. Malutkie drzwi przednie służą tylko do zajmowania dwóch miejsc w pierwszym rzędzie, znajdujących się blisko szyby i rozdzielonych ogromnym tunelem środkowym, pod którym znajduje się silnik.

Kierownica to Żuk, ale panel wskaźników już nie do końca. Ma swój własny, charakterystyczny kształt, mieści typowy zestaw mierników Żuk-Nysa-Warszawa, klawiaturę chyba z Lublina i prędkościomierz z Mercedesa. Z Mercedesa, ponieważ pod tym wielkim tunelem centralnym znajduje się mercedesowski diesel, najpewniej z beczki lub kaczki… to znaczy z modelu W123 albo z T1-Transportera. Pośrodku wielki zegar, jak w autobusach, żeby kierowca wiedział, jak długo już jedzie. Mocno schowany w prawo pedał gazu sprawia, że nie jest to samochód dla wysokich ludzi. Prawa noga idealnie blokuje się między ogromną kierownicą a gazem, wymuszając jazdę w dziwnej pozycji.

Pasażerowie wsiadają przez tył

Nie ma bocznych drzwi z prawej strony, wchodzi się przez tylne. Sądzę, że to o to rozwiązanie rozbiła się w dużej mierze ewentualna produkcja tego pojazdu. Trudno bowiem sobie wyobrazić, żeby do „premium shuttle”, jakim w założeniu chyba miał być ten pojazd, trzeba było wskakiwać na metr do góry. Najlepszym elementem wyposażenia dodatkowego byłyby tu składane schodki z tyłu. Bardzo wysoka podłoga wynika oczywiście z ramowej konstrukcji Żuka.

W środku jest sześć foteli

Mogłoby ich być znacznie więcej, ale ponoć konstruktor potrzebował tylko sześciu, bo miał cztery córki. Cztery córki, to jest jakieś. Autobusowego klimatu dodają typowo autokarowe szyby z malutkim elementem odchylanym oraz podnoszony fragment dachu, zapewniający wentylację. W przednich drzwiach fragment odsuwalny jest większy.

Fajnym detalem, którego nie pominięto przy renowacji, są tablice próbne XWR 1539, które oryginalnie występowały na tym pojeździe w latach 80. Nie wiem tylko, czy oryginały były aż tak błyszczące. Pamiętam tablice X… z lat 80. i przeważnie były z matowego plastiku. Ależ się czepiam, co nie

Jazda próbna napawała mnie lekkim przerażeniem

Za kierownicę wsiadłem nawet zanim zrobił to właściciel wozu. Wprawdzie miałem jeździć tylko po zamkniętym terenie i maksymalnie 30 km/h, ale wiecie jak jest: pojazd typu samodział, zupełnie mi nieznany, kto wie co będzie? Dowiedziałem się, że należy używać tylko pierwszego i drugiego biegu, a wsteczny nie wchodzi. W dodatku, chociaż silnik jest z Mercedesa, to jedynkę wrzuca się do tyłu, a dwójkę do przodu. Światła uruchamia się nie przyciskami za kierownicą, tylko małym wystającym hebelkiem po lewej stronie od deski rozdzielczej. Grzanie świec żarowych jest z kluczyka, czyli przekręcamy kluczyk na „dwa”, zapala się pomarańczowa kontrolka, odczekujemy dwie zdrowaśki i można palić. Sprzęgło twarde jak kamień, ale jestem zapalonym rowerzystą, więc siły w nodze mi nie brakuje. Kto jak nie ja? Trzeba palić i jechać!

Pierwsza próba ruszenia skończyła się żenującą porażką

Wystarczyło odpuścić sprzęgło o pół nanometra i wóz zgasł. Od tej pory wiedziałem: najpierw gaz, potem sprzęgło. Kiedy już można było je puścić, jechało się całkiem przyjemnie. Niesamowita była widoczność przez szyby boczne. Pewnym problemem są lusterka zewnętrzne, których nie da się wyregulować z kabiny – trzeba wyjść, ustawić je i wsiąść z powrotem. Rozbujałem Żukoberlieta do 30 km/h (wkrótce film), szybciej rzeczywiście nie należało, bo pojazd świeżo po renowacji może mieć jeszcze jakieś „choroby wieku dziecięcego”, które usuwa się właśnie dzięki jazdom testowym. Szybko odkryłem, że w jedną stronę skręca chętniej niż w drugą. Przekonałem się o tym, nie mogąc skręcić w lewo przed przeszkodą (choć gdy skręcałem w prawo w tym samym miejscu, było to możliwe). Musiałem się zatrzymać, z pomocą kolegi przepchać go do tyłu i ustawić do jazdy na wprost. Cieszę się, że mogłem dołożyć się do koniecznych jazd próbnych, które pozwolą udoskonalić ten pojazd, ponieważ…

…poziom jego renowacji wywala wszystkie skale na renowacjomierzach

Wizualnie jest po prostu wspaniały. Przepięknie polakierowany w trzech kolorach, które nie mogły być lepiej dobrane. Od razu kojarzą się z latami 80. Wóz wygląda trochę jak jakieś ciastko, albo torcik, ma się ochotę go zjeść. Zewnętrzne detale w postaci lamp od Żuka, Stara i Nysy też dopasowano idealnie. Jest nawet taki fantastyczny detal, jak autokarowe wycieraczki z podwójnymi ramionami. Spójrzcie na te smaczki:

Tego jest więcej, ale trzeba będzie poczekać, aż muzeum w Oławie zyska nowy budynek i możliwość zwiedzania. Wtedy z pewnością oławski Żukoberliet będzie tam wystawiony na poczesnym miejscu, bo w pełni na to zasługuje. Ta historia nie mogła skończyć się lepiej. Wiele z ciekawych polskich samodziałów czy prototypów zaginęło, zgniło, zostało przebudowanych na coś innego albo po prostu zajeżdżonych do cna. Tu z podwórkowego zgniłka Żukoberliet dzięki wysiłkowi oławskiego muzeum zamienił się w zachwycający eksponat. Ściągam kapelusz przed panem Leszkiem, który nadzorował renowację i odbudował praktycznie całe nadwozie oraz przed właścicielem – Tomkiem. To jest prawdziwe zachowanie dziedzictwa polskiej motoryzacji – te nietypowe i jednostkowe egzemplarze są znacznie ciekawsze niż auta seryjne, a samodziały zasługują na osobny dział muzealny.

(idę rozmasować nogę po tym sprzęgle)

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać