Felietony

Jak zaplanować podróż samochodem spalinowym – poradnik dla tych, którzy porzucą samochody elektryczne

Felietony 01.10.2021 383 interakcje

Jak zaplanować podróż samochodem spalinowym – poradnik dla tych, którzy porzucą samochody elektryczne

Piotr Barycki
Piotr Barycki01.10.2021
383 interakcje Dołącz do dyskusji

Obstawiam, że ten tekst kliknie się w okolicach 2040 roku, kiedy wszyscy zorientują się, że jednak z tymi elektrycznymi samochodami to nie był taki do końca idealny pomysł. A jeśli nie, to będę miał pamiątkę o tym, jak się kiedyś podróżowało, którą będę pokazywał wnukom – a one nie będą chciały uwierzyć i doniosą babci, że dziadek znowu nie wziął leków. 

Przeczytałem tekst Grzegorza. Potem przeczytałem zainspirowany nim w jakimś stopniu poradnik, jak przygotować się do podróży autem elektrycznym. I nie mogłem się powstrzymać, żeby nie opisać tego, jak wyglądała moja podróż w dokładnie to samo miejsce, do którego zmierzał Grzegorz. Jasne, startowałem z Wrocławia, a nie z Lublina, ale zgadzał się punkt docelowy, zgadzał się mniej więcej dystans, zgadzał się też prognozowany czas podróży.

Jeśli więc czytasz ten tekst w 2040 r., oto, jak się kiedyś podróżowało:

Po pierwsze – dokładnie zaplanuj trasę

Przy czym przez dokładnie mam tutaj na myśli wprowadzenie prawidłowego adresu docelowego do nawigacji – ale takiego naprawdę prawidłowego. Do tej pory kilkanaście osób z różnych serwisów Grupy Spider’s Web wypomina mi, jak to pojechałem na spotkanie z nimi do miejscowości Warszawianka, zamiast do hotelu Warszawianka.

A kiedy już wprowadzicie adres docelowy, możecie uznać, że cały etap planowania macie za sobą, odpalić samochód i ruszyć przed siebie, słuchając tylko komend z nawigacji. Tak zresztą zrobiłem w obie strony, przy czym wracając doznałem małego szoku, bo Mapy Google’a poprowadziły mnie przez Słowację, co jednak w żaden sposób nie utrudniło mi przejazdu. Magia!

Po drugie – zaplanuj sobie postoje

Albo nie planuj, a po prostu zjedź na jakąś stację, kiedy poczujesz się zmęczony albo bolą cię plecy czy drętwieją nogi. Nie, nie musisz po kawałeczku wsuwać zimnego już od kwadransa i niedobrego od samego początku hot doga, żeby uzasadnić sobie długi postój na ładowanie.

Po trzecie – upewnij się, że masz odpowiednio dużo paliwa na początku podróży

Bo jak będziesz miał nieodpowiednio mało, to możesz nawet nie wyjechać z garażu. Ale jeśli już uda ci się z niego wtoczyć, to prawdopodobnie doturlasz się do najbliższej stacji benzynowej, więc nie ma co szaleć z tym planowaniem.

Tak po prawdzie, to ruszając do Bukowiny Tatrzańskiej, nie bardzo wiedziałem, ile mam paliwa. Wsiadłem, odpaliłem, ruszyłem, jak zaświeciła się kontrolka, że jest już mało oleju napędowego w zbiorniku, to zjechałem na stację, na której spędziłem jakieś 9 minut. Mógłbym spędzić mniej, ale przypadkiem stanąłem do kolejki do toalety, zamiast do kasy (do której nie było kolejki), więc ze 2 minuty mi uciekły.

Po czwarte – jeśli chcesz po coś zjechać z trasy, to nie musisz planować jej od nowa

Sam na przykład w tej trasie zjechałem z autostrady, żeby zabrać ze sobą kolegę z Katowic. Dodatkowo zabrałem jeszcze jego rower, ważący – sądząc po towarzyszącym mi do dziś bólu pleców od wrzucania go na dach auta – jakieś 281 kg. O ile zmniejszyłby się zasięg samochody elektrycznego z takim ładunkiem na dachu? Wolę nie wiedzieć, na szczęście jacyś nieszczęśnicy już to sprawdzali.

W skrócie: nie, nie musisz ponownie przeliczać trasy po dorzuceniu ładunku. Wracasz na autostradę i lecisz dalej.

Po piąte – tak, możesz jechać autostradami

Grzegorz w swoim tekście napisał:

„Jadąc do Bukowiny Tatrzańskiej, zdecydowaliśmy się nie korzystać z autostrady A4. Baliśmy się, że zysk płynący z podróżowania z wyższą prędkością stracimy, zużywając więcej energii. To, co zarobilibyśmy na autostradzie, zmarnowałoby się przy stacji ładowania.”

W moim przypadku ten fragment brzmiałby raczej:

„Jadąc do Bukowiny Tatrzańskiej, zdecydowałem się skorzystać z autostrady A4”.

I to w sumie tyle.

Po szóste – uwaga, nie każda stacja benzynowa jest tą, której szukasz

Nie, nie, paliwo można znaleźć na każdej. Ale możesz mieć pecha – jak my podczas powrotu – i trafić na stację, na której nie ma Coca-Coli z lodówki. Oburzające. Na szczęście 10 minut jazdy dalej była stacja, która miała już wszystko, czego potrzebowaliśmy.

Oprócz kokosowych wafelków, ale to już jakoś przecierpiałem.

Po siódme – nie potrzebujesz żadnej aplikacji

To znaczy – możesz jakieś mieć, nie będę zabraniał, jeśli zbierasz punkty czy inne pierdoły. Ale poza tym wystarczy, że masz kartę płatniczą albo nawet gotówkę – jedno i drugie z radości przyjmują na każdej stacji!

Po ósme – chcesz zmienić trasę? Spoko!

To był ten moment, kiedy z kolei ja zwątpiłem w podróżną przydatność samochodów elektrycznych. Tuż po wysadzeniu kolegi w Katowicach w drodze powrotnej dowiedziałem się, że ktoś postanowił się rozwalić na A4, więc cała autostrada stoi i trzeba z niej uciekać. Zjechałem więc pierwszą bramką i ruszyłem okrężną, dłuższą trasą po drodze krajowej. Ile było po drodze stacji z ładowarkami? Podejrzewam, że równe zero, choć może kiedyś się pojawią.

Po jakimś czasie rzeźbienia na DK okazało się, że na tej drodze też ktoś uznał za zasadne się rozbić i Mapy Google’a kierują mnie objazdem objazdu – tym razem już przez drogi niższych kategorii. Stacji benzynowych było tutaj dużo mniej, a o stacjach ładowania w ogóle nie było nawet mowy. Czy jakoś szczególnie mnie to zmartwiło? Nie, bo jakieś 20 minut wcześniej zatankowałem w 5 minut tyle oleju napędowego, że mógłbym dojechać do domu, od razu ruszyć ponownie do Bukowiny Tatrzańskiej, a potem jeszcze raz wrócić do domu.

Żeby było zabawnie – dalej strasznie lubię samochody elektryczne

Jeździłem Taycanem i to było niezapomniane doświadczenie. Jeździłem w Bukowinie Tatrzańskiej Q4 e-tronem i to też było przyjemne (te reflektory!). Jeździłem też regularnie po mieście Leafem pierwszej generacji, porzucałem trochę po zakrętach nieszczęsnym pasażerem w Leafie II, a jakbym musiał jeździć po mieście, to pewnie mocno rozważyłbym import Citroena Ami, bo kosztuje tyle, co rower, a nie zmokniemy, jak będzie padać (chyba).

Ale i tak mocno współczuję tym, którzy będą musieli – jeśli te pomysły przejdą – w 2035 r. czy później wybierać wyłącznie pomiędzy samochodami z akumulatorami. Będą się musieli sporo nakombinować, żeby dojechać tam, gdzie ja wyruszę nawet z prawie pustym bakiem i bez jakiegokolwiek planowania.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać