Felietony

Chciałbym pracować w think tanku w Brukseli. Mógłbym opowiadać bzdury o dieslach za grube pieniądze

Felietony 18.10.2018 695 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 18.10.2018

Chciałbym pracować w think tanku w Brukseli. Mógłbym opowiadać bzdury o dieslach za grube pieniądze

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski18.10.2018
695 interakcji Dołącz do dyskusji

Najnowszy raport think-tanku z Brukseli alarmuje: Polacy sprowadzają masowo trujące diesle – pisze TVN24. Czyli jak w kilku krótkich zdaniach zmieścić połączenie bredni z propagandą.

Sprawdziłem, co to jest ten think-tank „Transport & Environment”. To grupa międzynarodowych aktywistów z siedzibą w Brukseli, którzy zajmują się zawodowo zajmowaniem stanowiska w ważnych tematach dotyczących transportu.

Kto finansuje think tank T&E? Posiadają dwa główne źródła finansowania. Pierwsze to fundacja „ECF” (European Climate Foundation). Przewodzi jej Caio Koch-Weser, były wiceprezes grupy Deutsche Bank i wiceminister finansów RFN w latach 1999-2005. Członkinią zarządu ECF jest też Connie Hedegaard, była unijna komisarz ds. klimatu, którą Wikipedia określa jako „dziennikarkę” (to tak jakby określać dziennikarzem prezydenta Dudę, bo umie trzymać długopis). To dzięki Connie Hedegaard tankujemy paliwa z dodatkiem bioestrów. Ale i ECF ma swoje źródła finansowania. Wśród nich np. Porticus Global Foundation, fundację założoną przez najbogatszą rodzinę w Holandii, Brenninkmeijerów. Pojawia się też fundacja Rockefellerów i kilka innych ciekawostek. Jest to więc zabawka bogatych Europejczyków. Drugim najważniejszym źródłem finansowania think tanku T&E jest Komisja Europejska.

Przewodniczącym think tanku T&E jest William Todts, który sam we własnym biogramie określa się mianem „cycl0-path” czyli cyklopaty, patologicznego cyklisty. Rozumiecie – obcisły strój, jazda po jezdni wzdłuż drogi dla rowerów, przejeżdżanie na czerwonym i agresja wobec wszystkich innych uczestników ruchu, nie wyłączając pieszych. In his spare time he is a ‚cyclo-path’ for two-wheeled transport and at weekends can be found cycling one of the city’s ‚green ways’. Zachęcające. Think-tank jest wspierany przez Europejskie Stowarzyszenie Rowerzystów (jest coś takiego), a w Polsce członkiem T&E jest organizacja Instytut Spraw Obywatelskich, której prezes koordynował koncepcję „Dnia bez samochodu”. Chyba nie muszę mówić dalej – chyba już widzicie o co chodzi. Jest to zorganizowana grupa nacisku politycznego finansowana przez bardzo bogatych, którzy chcą skłonić zwykłych ludzi do porzucenia samochodów, żeby bogaci nie musieli stać w korkach. Coś w rodzaju tego, że w Londynie nie płacisz congestion charge, jeśli masz Mercedesa klasy S plug-in hybrid.

Cóż wspaniałego nam obwieścił ten instytut myśli aktywistycznej?

POLACY KUPUJĄ UŻYWANE DIESLE!!! TO STRASZNE!!!

Uważajcie, bo podanie tej informacji zostało starannie przygotowane, tak żeby jak najbardziej wpędzić Polaków w poczucie winy za to, że kupują legalnie zarejestrowane samochody korzystając ze swobody przepływu towarów, jednego z filarów Unii Europejskiej.

Po pierwsze: 40% aut sprowadzonych w 2017 r. miało silnik Diesla. Szok! Może to dlatego, że w Europie (tej bogatej, uświadomionej ekologicznie) sprzedaż nowych diesli przekraczała 50% w łącznej sprzedaży nowych aut, a w 2017 r. osiągnęła rekordowo niski wynik 43,7%. Może, uwaga uwaga, Polacy sprowadzają diesle z Europy, bo w Europie… są diesle? I to jest ich większość. No to mamy punkt pierwszy. A i to jeszcze nie do końca, bo jak poczytamy niusa dalej, to okazuje się, że w 2017 r. sprowadziliśmy aż o 39 tys. sztuk używanych diesli mniej niż w 2016 r. – 350 tys. wobec 389 tys. w 2016 r. Czyli uczciwie byłoby napisać „import używanych diesli do Polski spada”. Ale nie oczekujmy uczciwości od aktywistów piszących za forsę braci Rockefeller.

Po drugie: 75% z tych diesli „spełniało stare normy jeszcze sprzed Euro 5”. Może to dlatego, że auta używane spełniają normę, która obowiązywała w roku ich produkcji? W jaki sposób mielibyśmy sprowadzać używane auta, spełniające te same normy co nowe? To chyba dobrze, że sprowadzone pojazdy spełniały w ogóle jakieś normy. Ale przejdźmy dalej.

Ponoć sprowadzone samochody emitują aż 12,5 raza więcej cząstek stałych i tlenków azotu niż te nowe, z Euro 6. Jest to nieprawda. Norma emisji pyłów dla auta z Euro 4 (legalnie bez DPF) to 0,009 g/km. Dla samochodu z Euro 5 – 0,005 g/km. Czy 0,009 to 12,5 raza więcej niż 0,005? Nie, to tylko aktywistyczna matematyka. A może to wyliczenie zgadza się chociaż dla tlenków azotu (zasługujących na oddzielne opracowanie odkłamujące aktualną sytuację)? Dla Euro 4 dopuszczalna wartość to 0,25 g/km. Dla Euro 6 to 0,08 g/km. Policzmy jeszcze raz, może z pomnożenia 0,08 x 12,5 wyjdzie nam 0,25? Nie chce? O do licha! Potrzeba więcej finansowania!

Ale zaraz potem napisano: [T&E] zauważają jednak, że różnica w średnim poziomie emisji tlenku azotu pomiędzy normą Euro 3, a Euro 5 jest relatywnie niewielka. Czyli relatywnie nie ma większej różnicy czy sprowadzę sobie diesla z Euro 3, czy dużo nowocześniejszego z Euro 5 i DPF? No to w czym problem? Nie wspominając już o tym, że bardzo dużo samochodów sprzed 2011 r. miało już seryjnie filtr sadzy, a przecież, jak wiemy, na zachodzie nikt tych filtrów nie wycina.

I najlepszy kwiatek na koniec: te naprawdę stare, trujące, ohydne diesle sprzed normy Euro 3, stanowią łącznie ile? No ile?

Cztery procent importu.

I te cztery procent importu do Polski przyjeżdża i nas truje na śmierć. To ile tam jeszcze musi być tych diesli sprzed Euro 3 na zachodzie, że Polacy wciąż mają skąd je importować?

Podsumowując:

Grupa aktywistów-nierobów finansowana przez 1% najbogatszych ludzi świata gani biedniejszą część społeczeństwa za to, że jest biedna i nie stać jej na nowe, elektryczne samochody (które też wcale nie są aż tak ekologiczne). Nie macie chleba? Jedzcie ciasto. Chyba czas powołać polski think-tank, który zmiażdży belgijskie zamiłowanie do samochodów. W tym 10-milionowym kraju w okresie od stycznia do września 2018 r. sprzedało się więcej samochodów niż w Polsce, a wyprodukowanie każdego z tych nowych aut oznaczało wyemitowanie do atmosfery tysięcy kilogramów dwutlenku węgla. Ale spokojnie, o tym już T&E nam nie powie. W końcu Connie Hedegaard jest zatrudniona przez VW w ramach tzw. greenwashingu.

Wypada też przypomnieć, że przez wiele lat Unia Europejska promowała diesle jako czyste, a odwrót od diesli był błyskawiczny i niespodziewany. Nastąpił zaś w momencie, kiedy wreszcie udało się wyprodukować czyste jednostki wysokoprężne. Teraz ta sama Unia Europejska finansuje grupy „myślicieli”, którzy próbują zatuszować tamte niefortunne decyzje, krzycząc na mniej zamożne kraje UE za to, że nie dostosowują się do błyskawicznie zmieniających się realiów, bo ich na to nie stać.

Belgowie kupowali diesle – dobrzy Belgowie, mądrzy. Polacy kupują diesle od Belgów – głupi Polacy, przestańcie!

Na koniec mam jednak takie pytanie: skoro think-tank Transport & Environment tak troszczy się o planetę, to co za różnica, czy diesle będą truły w Brukseli czy w Kielcach, skoro oba te miasta leżą na jednej planecie i to dość blisko siebie?

 

 

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać