Relacje

Elektryczny Hyundai Kona ma mieć aż 470 km zasięgu

Relacje 12.03.2018 32 interakcje
Piotr Barycki
Piotr Barycki 12.03.2018

Elektryczny Hyundai Kona ma mieć aż 470 km zasięgu

Piotr Barycki
Piotr Barycki12.03.2018
32 interakcje Dołącz do dyskusji

Kiedy cały świat szaleje na punkcie małych SUV-ów, Tesla tworzy… sedana. Ale spokojnie – taką lukę w rynkowej ofercie są już gotowi wykorzystać inni. Jako pierwszy po swój kawałek elektrycznego tortu zgłosił się Hyundai. 

Można nie lubić SUV-ów. Można uważać, że – z małymi wyjątkami – nie mają żadnego sensu. Ale nie można dyskutować z tym, że sprzedają się doskonale – niezależnie od segmentu, niezależnie od ceny, niezależnie w zasadzie od tego, jakie są. Ba, niektórzy producenci albo polegają niemal wyłącznie na SUV-ach, albo to z nich czerpią największe korzyści. Ostatnia rewolucja w Volvo zaczęła się, a jakżeby inaczej, właśnie od SUV-a. Porsche napędza Macan i Cayenne. I tak dalej.

Dziwi więc fakt, że do tej pory nikt nie miał małego elektrycznego SUV-a.

Przynajmniej w Europie i Stanach Zjednoczonych. Tesla Model X zdecydowanie nie zalicza się do segmentu aut małych, natomiast cała reszta zelektryfikowanych propozycji to w najlepszym przypadku hybrydy typu plug in. Była jeszcze Kia Soul z napędem elektrycznym, ale mimo wszystko nie pasuje ona do segmentu SUV-ów.

I w tym momencie na scenę wkracza Hyundai, z dobrze już znanym modelem Kona. Tyle tylko, że pozbawionym silnika spalinowego. Zamiast niego w ofercie znajdują się dwa warianty elektryczne – w tym jeden o naprawdę sporym zasięgu (470 km) i z bardzo dobrym przyspieszeniem do setki (7,6 s). 

Parametry już znamy. To jaki jest Hyundai Kona Electric?

Nie, nie jest identyczny z jego spalinowym odpowiednikiem. Hyundai postarał się, żeby elektryczna Kona była rozpoznawalna już na pierwszy rzut oka, ale z drugiej strony pohamował się w swoich staraniach na tyle, żeby nie stworzyć potworka, który w każdym momencie będzie krzyczał, że jest czymś innym. 

Usunięto więc zbędny grill, przy okazji usuwając też czarne plastiki okalające dolne światła. Żeby jednak nie było nudno, w w miejsce grilla pojawiły się wgłębienia, natomiast powyżej umieszczono srebrną listwę łączącą reflektory.

Tyle wystarczyło. Jeśli komuś podobała się oryginalna Kona, również Electric będzie się podobał. Jeśli nie – cóż, szukając małego elektrycznego SUV-a i tak nie ma się żadnego wyboru.

Dużo ciekawiej jest w środku.

Tutaj w porównaniu ze zwykłą Koną zmieniło się wiele, może z wyjątkiem jednego – to dalej mały SUV, więc nie oczekujcie powalającej przestrzeni we wnętrzu. To też SUV zdecydowanie nie należący do ogólnie pojętej klasy premium. Choć, trzeba przyznać, Hyundaiowi udało się zaprojektować bardzo przyjemne, nowoczesne wnętrze. Do tego ładniejsze i bardziej praktyczne niż w zwykłej Konie.

W jaki sposób? Chociażby przez bardzo specyficzne podejście do tunelu środkowego. Zamiast tego z wersji spalinowej – niskiego i jednolitego, tutaj zdecydowano się na – nazwijmy to – rozwiązanie mostowe.

Fragment z trzema schowkami, uchwytami na napoje i przyciskami poprowadzono bardzo wysoko – aż pod sam panel klimatyzacji. Poniżej natomiast zostawiono wolne miejsce, przeznaczone na kolejny schowek, wyposażony dodatkowo w gniazdo USB. Wygląda to zaskakująco dobrze i… lekko.

Tak, fotele w Konie Electric są wentylowane. Choć można je dokupić także do spalinowej wersji.

Zniknął też zbędny w tej odmianie drążek zmiany biegów (dzięki temu udało się wygospodarować tę całą dodatkową przestrzeń). Jego miejsce zajął zestaw przycisków. Rozsądna zmiana.

Całe to pozytywne wrażenie psuł na targach w Genewie tylko jeden drobny fakt.

Egzemplarz demonstracyjny, który przecież powinien być doposażony po sam czubeczek, straszył jednym ślepym przyciskiem. Tak się nie robi!

Choć teraz będę umierał z ciekawości, żeby dowiedzieć się, cóż takiego się pod nim kryje, że nawet demówka była pozbawiona tego dodatku.

W porównaniu do standardowej Kony inny jest też widok za kierownicą. Miejsce dwóch analogowych zegarów zajął wyświetlacz cyfrowy, ale nie dajcie się zwieść do końca. Nie wypełnia on całej dostępnej przestrzeni, a jedynie jego prawą stronę. Ikony po lewej są już jak najbardziej analogowe.

Nowy jest także drugi wyświetlacz – ten odpowiedzialny za wyświetlanie m.in. nawigacji. Wciąż pozostaje jednak względnie niewielki (7″), a do tego otoczono go niezbyt pięknymi ramkami, wykończonymi połyskliwym tworzywem sztucznym.

Pomimo przyszłościowego napędu wnętrze spodoba się tym, którzy nie lubią wszystkiego załatwiać za pośrednictwem ekranu. Każda z podstawowych funkcji samochodu otrzymała swoje indywidualne przyciski, których w kabinie – jak na współczesne standardy – jest zatrzęsienie.

O zatrzęsieniu nie można natomiast mówić w kwestii miejsca z tyłu. To w końcu mały SUV (zaledwie 4165 mm długości), więc limuzynowych cech przypisywać mu nie sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że kanapa z tyłu nie powinna być zły miejscem do podróżowania.

Trochę martwić może jedynie stosunkowo niewielki bagażnik. Jeśli odliczyć miejsce zajmowane przez kabel do ładowania, zostaje nam skromne 332 l. Całkiem foremne, z opcją złożenia tylnych siedzeń (60:40) i niskim progiem załadunku, ale jednak tylko 332 l.

Dla porównania, malutki Hyundai i20 oferuje bagażnik o pojemności 326 l. A jest jeszcze krótszy od Kony Electric, nie wspominając o różnicy w cenie.

Pozostają tylko dwa pytania.

Po pierwsze: jak to jeździ. W warunkach targów raczej nie da się tego sprawdzić, a przy elektrycznej Konie jest wiele znaków zapytania, z największym postawionym oczywiście przy zasięgu. 470 km bez ładowania dla mocniejszej wersji i 300 km dla wersji słabszej brzmią obiecująco, ale to jednak tylko deklaracje.

Przy czym biorąc pod uwagę fakt, że małe SUV-y kupuje się głównie do jazdy po mieście, najprawdopodobniej i 200 km zasięgu byłoby całkowicie wystarczające. Może nawet i mniej. Choć zasięgu nigdy za wiele – jeśli nie wyczerpiemy energii jednego dnia, po prostu nie będziemy musieli samochodu ładować kolejnego. I kolejnego.

Byłoby jednak miło mieć świadomość – nawet jeśli pozostanie to tylko świadomością – że można elektryczną Koną przejechać chociażby trasę z Wrocławia do Warszawy, nie musząc się po drodze zatrzymywać w poszukiwaniu szybkiej ładowarki.

Drugie, absolutnie kluczowe pytanie, dotyczy ceny. Kona jest małym SUV-em, do tego niekoniecznie oferującym przepych i luksus. Nie może być więc przerażająco droga.

Spalinowa wersja zaczyna się od niecałych 70 tys. zł. Wersja z automatyczną skrzynią biegów i mocniejszym silnikiem (177 KM – więcej od bazowej elektrycznej i mniej od wyższej odmiany) to już wydatek na poziomie 89 tys. zł, bez zaznaczania żadnej dodatkowej opcji. Jeśli do takiego auta dołożymy jeszcze wersję wyposażenia Premium i doliczymy okno dachowe oraz skórzaną tapicerkę z wentylowanymi fotelami, dochodzimy do około 120 tys. zł.

Jeśli do tego dołożymy jeszcze dopłatę za silnik elektryczny, możemy trafić albo w bardzo ciekawe rejony, albo… zupełnie przestrzelić.

Poczekajmy jednak na to, co przyniesie przyszłość i oficjalne cenniki. Jeśli kwestię ceny uda się umiejętnie rozegrać (mieszkańcy krajów z wysokimi dopłatami do elektryków pewnie już zacierają ręce), to Kona Electric może stać się hitem.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie