Relacje

Od jazdy Żukiem z Andorią boli mnie głowa. Czasami żałuję, że jestem graciarzem

Relacje 18.06.2020 1807 interakcji
Michał Koziar
Michał Koziar 18.06.2020

Od jazdy Żukiem z Andorią boli mnie głowa. Czasami żałuję, że jestem graciarzem

Michał Koziar
Michał Koziar18.06.2020
1807 interakcji Dołącz do dyskusji

Zawsze, kiedy mam przetransportować do Warszawy jakiegoś grata, wymyślam na to najgłupszy sposób. Zazwyczaj jest zabawnie, ale tym razem żałuję, że postanowiłem przejechać jednego dnia 400 km Żukiem z dieslem Andorii. Czuję się, jakbym w pojedynkę wypił litr wódki.

Wracanie do domu na kołach niesprawdzonym gratem, którego nikt nie ruszał przez ostatni rok albo więcej? Oczywiście, świetny pomysł. Awarie na trasie? Zawsze. A co robię, gdy potrzebuję lawety, bo grat stojący w Kielcach nie ma hamulców? Pożyczam Żuka, bo przecież to będzie świetna zabawa, w końcu jakoś przeżyliśmy wyprawę do oddalonych o 80 km Skierniewic. Ta, świetna zabawa. Z tych kończących się bardzo złym porankiem i potężnym bólem głowy. Możecie już zacząć pisać, że autor to mięczak, bo sami  zrobiliście 1000 km Żukiem bez wydechu i pokrywy w kabinie, a potem jeszcze napisaliście esej o wpływie muzyki Chopina na literaturę romantyczną.

fsc żuk

Po co mieć jednego Fiata Argenta, skoro można mieć dwa.

Być może już wiecie, że od jakiegoś czasu jestem posiadaczem wymarzonego włoskiego klasyka. Jego czarną stroną jest zarówno uciążliwe diagnozowanie awarii, jak i problemy z dostępnością części. Podzespoły typowe tylko dla modelu Argenta, często bywają niemal niedostępne, względnie za używaną, niepewną rzecz trzeba zapłacić jak za zboże. Mój Fiat jest w ładnym stanie, ale kilka elementów wypadałoby wymienić, a inne chciałbym mieć po prostu na zapas. Wobec tego z tyłu głowy cały czas miałem zakup samochodu na części, jeśli tylko nadarzyłaby się okazja. O dziwo, pomimo tego, że Argenty już w Polsce wyginęły, znajomy przypadkiem trafił na jedną na złomie w Kielcach. Jak się okazało, była mocno zmęczona długim życiem w Polsce, ale za to kompletna i nie została zezłomowana, tylko odkupiona od właściciela. Cena wywoławcza należała do atrakcyjnych.

W toku dalszych ustaleń wyszło, że to niestety wersja z 2,5-litrowym turbodieslem, co wykluczyło pozyskanie części napędowych, ale miała szereg przydatnych detali. Poza tym silnik i skrzynię zawsze można sprzedać albo wsadzić do innego auta… takie tam wymówki żeby kupić sobie tanią Argentę na czarnych blachach. Po prostu zaawansowane kalkulacje matematyczne pozwoliły mi ustalić, że czego bym nie zrobił, nie będę w plecy na kasie. Jak się jeszcze okaże, że Argenta, pomimo ogólnego zeszczurzenia, po niewielkim serwisie hamulców, będzie nadawać się do jazdy bez ryzykowania życiem swoim lub innych, to może nawet przed rozbiórką potrolluję nią spoty klasyków!

Fiat Argenta
Oto przyczyna zamieszania w całej swojej zgraciałej okazałości.

Zresztą, czego bym z tą Argentą nie zrobił, ważniejsza była bardziej bieżąca kwestia. Jej hamulce były tak słabe, że od początku wiedziałem, że nie obejdzie się bez lawety.

FSC Żuk laweta powraca na trasę.

Do wyboru miałem dwie opcje: wypożyczyć normalną lawetę za kwotę będącą znaczną częścią kupowanego auta, albo znowu wziąć Żuka od Tomka z FSO Service. Wrodzone skąpstwo powiedziało: FSC Żuk. Serce powiedziało: FSC Żuk. Rozum powie… nieważne co powiedział, już dzwoniłem do Tomka. Ten chętnie zgodził się pożyczyć mi swoją ultrarasową lawetę, ale dodał, że jestem nienormalny. Kto to widział, 400 km Żukiem dieslem jednego dnia! Zgadnijcie jak zareagował na propozycję pojechania ze mną do Kielc. Zupełnie tak samo jak red. prow., który ewidentnie za dobrze pamiętał naszą poprzednią wyprawę i uznał, że wyjazd po Argentę, to już dla niego zbyt gęsta patologia. Dopiero drugi Tomek, ten od robienia ładnych zdjęć samochodom, zgodził się zostać męczennikiem i pojechać ze mną Żukiem.

Przyznam szczerze, że dopiero odbierając lawetę polskiej produkcji, naprawdę przypomniałem sobie jak strasznie się nią jeździ. Prędkość przelotowa na poziomie 82 km/h, doskonale nieprecyzyjny układ kierowniczy, niewygodna kabina, prehistoryczne zawieszenie – to jeszcze da się przeżyć. Prawdziwy problem to hałas. FSC Żuk z wysokoprężnym silnikiem Andorii dosłownie wykręca bębenki na drugą stronę, zwłaszcza kiedy idzie pełnym ogniem na trasie. Za to wersja z dieslem 4c90 z definicji ma większą szansę na dojechanie do celu bez awarii. W nieco cichszym benzyniaku z góry trzeba doliczać postoje na naprawy. Trudno, coś za coś.

fsc żuk
Wibracje w kabinie jak widać wpłynęły też na ostrość zdjęć.

Z Żukiem każda trasa to walka o życie.

Do Kielc ruszyliśmy kiedy słońce było jeszcze wysoko na na niebie, a asfalt osiągał temperatury w okolicach 45 stopni Celsjusza. Oznaczało to dwie rzeczy. Po pierwsze kabina Żuka na każdych światłach zmieniała się w suchą saunę. Po drugie wskaźnik temperatury silnika dawał znać o każdym wzniesieniu, nawet takim, którego nie dało się jeszcze dostrzec. Świetnie, w ramach ochrony motoru przed przegrzaniem, regularnie musiałem redukować prędkość do około 65-70 km/h wg GPS. Dzięki temu podana sprzedawcy godzina dotarcia do celu bardzo szybko się zdezaktualizowała. Ba, naiwnie do normalnego czasu przejazdu dodałem tylko pół godziny. Na szczęście sprzedawca Argenty był wyrozumiały i sam miał się spóźnić, więc obsuwa liczona w godzinach, a nie minutach, w ogóle go nie ruszyła. Informowaliśmy na bieżąco jak nam idzie, więc sam dotarł na miejsce chwilę po nas.

Ale zaraz, już teleportowałem się do Kielc, a pominąłem dodatkowe wrażenia z jazdy Żukiem. Po pierwsze ten wskaźnik temperatury, którego odczytów tak się obawiałem, w zasadzie powinien być w dużej mierze ignorowany. Potem sprawdziłem, że w momencie odpalenia zupełnie zimnego silnika pokazuje 40 stopni. Do listy bezużytecznych rzeczy mogłem też doliczyć wskaźnik poziomu paliwa. Pełny bak pokazywał jako niecałą połowę, a po wypaleniu około 25 litrów paliwa spadał na zero. Dalej kierowca musi już zgadywać. Co najlepsze, z moich doświadczeń wynika, że takie kwiatki w Żukach to nie kwestia egzemplarza. One tak już mają.

fiat argenta
Uczę się robić zdjęcia na lawecie jak handlarz: Fiat Argenta 18999 zł klasyk PRL idealna baza do odrestaurowania takie samochody będą już tylko drożeć nie odpisuję na mail i sms.

Prawie jak klimatyzacja dwustrefowa: ciepło w nogi, zimno w kark.

Druga doskonała atrakcja w Żuku na trasie to wentylacja w kabinie. Żeby przeżyć w upale trzeba nie tylko odsunąć boczne szyby, ale jeszcze otworzyć lufcik z tyłu kabiny. Wtedy chłodny wiatr wieje ci w kark, a gorąco z silnika w nogi – możesz się przegrzać i przeziębić jednocześnie. Świetna sprawa. Jeśli chcesz porozmawiać, to musisz krzyczeć. Po dojechaniu do Kielc obaj mieliśmy już zdarte gardła.

W Kielcach wysiadłem już nieźle połamany i oszołomiony hałasem, ale na szczęście zająłem się oglądaniem Argenty, z długą polską historią wypisaną na każdym elemencie. Ogólnie przyglądanie się jej zajęło nam o wiele za długo jak na wóz na części, ale nikomu nie chciało się wracać do Żuka. W końcu fajniej pożartować ze sprzedawcą z przyjechania na miejsce Żukiem i pooglądać druciarskie patenty, niż męczyć się w Żulu.

fiat argenta
Blacharz-lakiernik-artysta.

Jazda Żukiem niczym internetowa pasta.

Niestety, w końcu trzeba było dobić targu, załadować wóz na lawetę i ruszyć w drogę powrotną. Swoją drogą, podczas kręcenia ręczną wyciągarką dotarło do nas jak abstrakcyjnie musiała wyglądać cała ta scena. W 2020 r. dwóch typów ładuje na Żuka zgruzowanego Fiata Argentę na czarnych blachach. Rok 1992 dzwonił i prosił żeby oddać mu jego scenki rodzajowe. Cała sytuacja była tak absurdalna, że kiedy ruszaliśmy w drogę powrotną załadowanym Żukiem, czuliśmy się jakbyśmy grali w PRL-owskiej wersji Blues Brothers, konkretniej w tej scenie:

Przed ruszeniem w drogę powrotną zatankowaliśmy jeszcze Żula, żeby odrobinę ruszyć leżący wskaźnik poziomu paliwa. Nasz zestaw zrobił furorę na stacji i wywołał kilka niecenzuralnych okrzyków z ust zszokowanych klientów i obsługi. Poczułem się wtedy jak bohater pasty o Jelczu jadącym przez Francję. Ba, dwóch panów dla żartu zatrzymało nas na wyjeździe ze stacji by koniecznie umyć szyby w naszym bolidzie.

Temperatura nieco spadła, dzięki czemu FSC Żuk mógł cały czas iść pełnym ogniem. Swoją drogą to fascynujące, że rzóg krul druk z Andorią, załadowany jedzie prawie tak samo jak na pusto. Tylko dużo gorzej hamuje. O dziwo, stary polski dostawczak do Warszawy dojechał bez żadnych awarii, tym samym dowodząc, że jest wspaniałym pojazdem w kategorii „Żuki”. Ale w kategorii „Samochody” niestety nadal jest tylko Żukiem.

fsc żuk
Nie regulujcie odbiorników, to jest zdjęcie z 2020 r.

FSC Żuk powoduje gorszego kaca niż najtańsza wódka.

To, jak dużym hałasem katowałem uszy, uświadomił mi moment odpalenia Poloneza, którym odwiozłem Tomka do domu. Stary polski gruchot nagle okazał się najlepiej wyciszonym samochodem na Ziemi. Kończąc dzień ze zdartym gardłem, dzwonieniem w uszach i naciągniętym od walki z układem kierowniczym prawym nadgarstkiem, myślałem tylko o jednym: by położyć się do łóżka i pozbyć się okrutnego bólu głowy.

Ta, pozbyć się. Rano obudziłem się na ciężkim kacu, choć nie wypiłem nawet kropli alkoholu. Nadal przerażająco bolała mnie głowa, nie byłem w stanie zebrać myśli i ciągle słyszałem z tyłu głowy warkot Andorii. Straszna śmierć. Najgorsze jest to, że nie pomogły nawet standardowe patenty na poranki po libacjach, czyli zimny prysznic czy jajecznica na boczku. Nie ma że boli, jazdę Żukiem odchorowywałem do południa. Chciałem nawet obwinić sam siebie za to, że nie jechałem w stoperach, ale przecież po to wsiedliśmy do tego złomu we dwóch, bo urozmaicić nudną trasę rozmowami. Nic nie dało się zrobić, by zapobiec chorobie pożukowej. No może poza położeniem grubego koca na silniku. A mogłem nie być graciarzem i wziąć jak człowiek normalną lawetę…

fsc żuk
Normalna uliczka osiedlowa na Ursynowie.

W skrócie: było beznadziejnie, pewnie zrobię to jeszcze raz. Fascynuje mnie to, że kiedyś ludzie na co dzień używali takich aut do pracy. Ale może przez brak dróg szybkiego ruchu nigdy nie musieli przez 3 godziny bez przerwy słuchać Andorii ryczącej na wysokich obrotach. Kiedyś to było…

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać