Felietony

Kupujesz popularnego klasyka? Silnik nie ma najmniejszego znaczenia, chodzi o lans

Felietony 03.08.2019 316 interakcji
Michał Koziar
Michał Koziar 03.08.2019

Kupujesz popularnego klasyka? Silnik nie ma najmniejszego znaczenia, chodzi o lans

Michał Koziar
Michał Koziar03.08.2019
316 interakcji Dołącz do dyskusji

Załóżmy, że chcecie kupić jakiegoś popularnego klasyka. Takiego, żeby podniecali się nim ludzie zupełnie niezainteresowani motoryzacją, ale nie aż tak drogiego jak Ferrari. Jakiś Mustang, Porsche, coś w tym stylu. W tej sytuacji nie ma żadnego znaczenia, czy będzie faktycznie mocny i drogi.

Ustalmy jedną rzecz. W zakupie klasycznego Mustanga w zasadzie prawie nigdy nie chodzi o osiągi. Może w przypadku absolutnie topowych wersji, zasilanych jedynie 100-oktanową benzyną. Reszta ma tylko jeden, jasno sprecyzowany cel – szpan. Nie są rzadkie. Nie zawierają przełomowych rozwiązań technicznych.  Za to rozpozna je każdy.

Stosunkowo podobna sytuacja dotyczy np. Porsche z końca lat 60. czy początku lat 70. ubiegłego wieku. Topowe 911 oczywiście były szybkie, faktycznie sportowe. Ale 912? Nie sądzę. Oczywiście, bywają przerabiane do sportu. Ale podstawowe odmiany już nie są demonami prędkościami. Obecnie świetnie nadają się do lansu. Zwłaszcza 912, które dla człowieka z ulicy jest 911-stką.

Wobec tego, jeśli chcecie kupić popularnego klasyka, który zwraca uwagę laików – po co w ogóle interesować się jaki silnik znajduje się pod maską? Kto odróżni Mustanga z R6 od tego z V8? 912 z 4-garowym bokserem od sześciocylindrowego 911?

Jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać?

Naczelnym przykładem klasyka do szpanu jest w zasadzie każdy pony car. Nie ma niesamowitych właściwości jezdnych, ale wygląda szybko. Do tego pod maską zazwyczaj znajduje się V8, które z wydechem przelotowym głośno ryczy i dodaje bonusowe 10 punktów do zwracania na siebie uwagi. Tylko te ceny… Mustang, Camaro, Challenger – wszystkie stały się ikonami i trzeba za nie sporo zapłacić.

Chyba że zainteresujemy się ich najbardziej niechcianymi wersjami. Tymi z 6-cylindrowymi silnikami. Pierwsza generacja każdego z tych modeli mogła być zamówiona z takimi jednostkami.

Egzemplarze Forda Mustanga, które nadają się do czegokolwiek i mają pod maską silnik V8 zaczynają się od okolic 50 tys. zł, ale wymagają prac renowacyjnych. Tymczasem z tę samą kwotę możemy kupić bardzo ładną 6-cylindrówkę. Za okolice 35 tys. zł da się nabyć jeżdżący, zjadliwy egzemplarz.

ford mustang na sprzedaż
Źródło: OLX

Z Chevroletem Camaro w wersji 6-garowej jest taki problem, że praktycznie nie występuje, nawet w Europie zachodniej. Tak samo sytuacja wygląda z Dodge’ami Challengerami. Może po prostu nie opłaca się ściągać biednych, bazowych wersji? Obawiam się, że odpowiedź nie jest tak prosta. Na Ebayu znalazłem tylko jeden wystawiony w Stanach Zjednoczonych egzemplarz. Cóż, zapewne mało kto je kupował, a te które jakimś cudem wyjechały z salonów już dawno zostały zeswapowane. Silniki V8 w Ameryce kosztują grosze. Niestety, szanse na tani lans w Camaro lub Challengerze są zerowe.

Może coś europejskiego?

Zacznijmy od Forda Capri. W zasadzie już w założeniu miał tylko wyglądać na szybkiego, więc można bezwstydnie zainteresować się najsłabszymi wersjami. Rozstrzał jest spory, od czterocylindrowego 1.3 do 3.0 V6. Może i Capri nie jest jakoś super popularny wśród laików, ale ma amerykańską stylistykę, co zwiększa szanse na komentarze typu „fajny Mustang”. Po co więc dopłacać do 3.0, jeśli 1.6 da ten sam efekt. Najlepiej 1 albo 2 generacji, z chromami. To dla człowieka z ulicy wyznacznik klasyka. W ten sposób za 25 tys. zł możemy mieć przyzwoitego klasyka do lansu.

Spójrzmy teraz na niemiecką legendę. Porsche 924 wydaje się idealnym przykładem auta, które nie jest szybkie, ale laik będzie je podziwiał. To jednak za proste. Prawdziwą bronią masowego szpanu jest model 912. Wygląda jak 911, ma z nim sporo wspólnych elementów, ale jest o wiele tańszy i zamiast 6 cylindrów ma 4. Zjadliwe 912 z silnikiem 1.6 można kupić już poniżej 200 tys. zł. Tymczasem jeśli uszeregować oferty modelu 911 z tych samych roczników wg. cen, to gdzieś w środkowej części zobaczymy kwoty rzędu 400 tys. zł.

ford mustang na sprzedaż
Źródło: mobile.de

Auta japońskie też się nadają.

Dobrze, a co jeśli chcemy coś z kraju kwitnącej wiśni, co będzie łamać karki białogłowom? Supra IV generacji. Może i dość świeża jak na klasyka, ale każdy o niej słyszał. Ale nie każdy wie, że oprócz mocnych wersji turbo powstawała też konfiguracja z wolnossącą wersją 2JZ i skrzynią automatyczną. Taką zwykłą, hydrokinetyczną, 4-biegową. Większość fanów modelu ma na widok tej odmiany nudności, ale przecież nie będziemy podrywać fanów Supry. Dzięki temu, że nikt nie chce wolnossącego automatu, jego ceny są niższe, lans ten sam.

Wersje turbo ze skrzynią manualną nie tylko są drogie (na mobile.de same powyżej 100 tys. zł), ale jeszcze prawie nie występują w oryginalnym stanie. Wszyscy je tuningowali. Za to taką z automatem i wolnossakiem można mieć już za 75 tys. zł. Fakt, ma kierownice po złej stronie, ale to tak jak większość sprzedawanych Supr. Jak ktoś zapyta, to się mówi, że z Japonii i po problemie. Te z kierownicą po lewej praktycznie nie istnieją w ogłoszeniach.

ford mustang na sprzedaż
Źródło: mobile.de

Niech żyją biedne wersje bazowe.

Jak widać, da się sporo zaoszczędzić wybierając marne odmiany silnikowe popularnych klasyków uważanych za mocne. Ktoś zapyta – ale po co, przecież takie auta w ogóle nie jadą. Już słyszę te krzyki: „Gdzie przyjemność z jazdy? Przecież o nią chodzi w Mustangu/Suprze/Porsche/Capri!”

Nigdzie. O ile Suprę albo Porsche można faktycznie kupić dla ich właściwości jezdnych, to w przypadku Mustanga i Capri nie mają żadnego znaczenia. Mustang nie prowadzi się wcale. Porobione Capri jest w stanie coś zdziałać, ale bez rewelacji. To auta po pierwsze do szpanu, po drugie do lansu, po trzecie do bajery. Takie jest ich przeznaczenie. A co do Supry i Porsche…

Kupujesz popularnego sportowego klasyka? Bierz najgorszą wersję.

Dlatego jeśli kupować popularnego klasyka, który ma służyć głównie do lansu – lepiej brać najsłabszą odmianę. Nie ma żadnego powodu, by płacić więcej za ten sam efekt, czyli podziw kolegów i zainteresowanie drugiej płci (lub na odwrót, zależnie od preferencji). Pamiętaj, to wóz do szpanu. Tak jak Volkswagen Ogórek do udawania hipisa podczas 2-tygodniowego urlopu, przed powrotem do korpo. Jak Fiat 125p do wspominania swojej młodości i płakania na skajowym fotelu, że kiedyś to było. Jak Polonez do wmawiania sobie, że kupiłeś klasyka. Jak W124 do udawania, że masz niezawodne auto i narzekania na te paskudne, nowe, awaryjne samochody, po raz kolejny czekając na lawetę. 3 auta z 4 wymienionych mam lub miałem, wiem co mówię.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie