Felietony

Przepraszam, ale tablety w samochodach są super. Tylko niech ktoś zrobi je porządnie

Felietony 28.06.2019 299 interakcji
Piotr Barycki
Piotr Barycki 28.06.2019

Przepraszam, ale tablety w samochodach są super. Tylko niech ktoś zrobi je porządnie

Piotr Barycki
Piotr Barycki28.06.2019
299 interakcji Dołącz do dyskusji

Drodzy producenci samochodów, jeśli musicie już wklejać do aut tablety, to róbcie to tak, jak należy

A najlepiej zerknijcie na kalendarz i na to, jak w obecnych czasach wyglądają tablety. O co mi chodzi? Już pokazuję.

Wsiadasz do pachnącej jeszcze nowością Toyoty Corolli. Z zewnątrz zapowiadało się pięknie i nowocześnie. Rozglądasz się po kokpicie, wtem:

Ok, wysiadasz. Wskakujesz (teoretycznie) za kierownicę jeszcze nowszego Peugeota 208. I widzisz coś takiego:

Dobra, może czas przesiąść się do czegoś o kilka rozmiarów większego i droższego. Wsiadasz do 508-ki:

Dalej jest nie tak. Spróbujmy u Forda w nowiutkim Focusie:

Nie, nie, nie. To może klasa E od Mercedesa?

Czyli jednak nie chodzi o klasę auta. Może chodzi o jego wiek? To zerknijmy do wnętrza ledwo co zaprezentowanej Kii Xceed:

Albo Passata po liftingu:

Nie, nie, nie, nie i jeszcze raz nie.

Gdzie tu jest problem?

Absolutnie nie mam nic do mody na przyklejanie tabletów na szczytach desek rozdzielczych w samochodzie (czy gdziekolwiek indziej). Wręcz przeciwnie – uważam to za świetny pomysł, bo np. ekranu nawigacji nie trzeba szukać gdzieś w okolicach prawego kolana. Wszystkie najważniejsze informacje mamy tylko trochę poniżej standardowego punktu obserwacji drogi.

Nie jest to może tak dobre rozwiązanie jak HUD, ale HUD też idealny nie jest – trudno na nim pomieścić wszystkie informacje, jakie dziś serwują nam systemy multimedialne w autach. Nie wspominając już o tym, że znacząco ograniczyłoby to możliwość obsługi tych systemów np. przez pasażera.

Mało tego – nie tylko uważam, że tablety są wygodne. Są one też po prostu ładne. A przynajmniej mogłyby być, gdyby nie jeden szczegół.

Mamy 2019 r., a producenci aut zatrzymali się w okolicach 2010 r.

Widzieliśmy już, jak wyglądają tablety od producentów samochodów. A teraz przyjrzyjmy się temu, jak wyglądają tablety od… producentów tabletów.

Takie coś produkuje Samsung i sprzedaje to za 1800 zł:

Ma ekran Super AMOLED o przekątnej 10,5 cala i rozdzielczości 1600×2560 pikseli, wbudowany akumulator, głośniki stereo, najnowszego Androida, czytnik kart pamięci, standardowe moduły łączności i jeszcze kilka bajerów.

I, co najważniejsze, jego front niemal w całości jest ekranem, a nie badziewnymi ramkami.

Apple i jego iPad? Wygląda to tak:

Fakt, że za iPada Pro trzeba zapłacić co najmniej 3799 zł, ale znów mamy podobne zalety – samowystarczalne urządzenie z wbudowanym akumulatorem, fenomenalnym wyświetlaczem, pełnoprawnym, rozbudowanym systemem operacyjnym, piekielnie szybkimi podzespołami i masą dodatków.

Korzystasz z takiego tabletu (albo innego bezramkowego smartfona), a potem wsiadasz do auta i widzisz samochodowe tablety.

Które wyglądają jak żywcem skopiowane nawet nie z pierwszego iPada, ale jego chińskich klonów. Początkowo chciałem napisać, że wyglądają jak tablety za 100 dol. z Aliexpress, ale to nieprawda – tablety z Chin za 100 dol. mają obecnie mniejsze ramki. I pewnie lepsze wyświetlacze oraz szybsze podzespoły. No i kosztują wspomniane 100 dol.

A ile kosztują te piękne dzieła współczesnej techniki, przedstawione na wcześniejszych obrazkach? W Corolli w wersji bazowej nie dostaniemy tego czegoś w wersji bazowej w ogóle – musimy dopłacić niecałe 10 000 zł do wersji Comfort, gdzie 8-calowy ekran otoczony morzem plastiku i śmiesznych przycisków jest już w standardzie.

W 508 10-calowy ekran ze zdjęcia, uzbrojony w potężne plastikowe ramki też jest dostępny dopiero dla wersji Allure (bazowa plus jeden). W przeciwnym przypadku zobaczymy coś takiego:

I tak dalej, i tak dalej. Pomijam już nawet fakt, jaką te ekrany mają rozdzielczość i jak działają, a także to, jak bardzo producenci samochodów nie potrafią tworzyć systemów multimedialnych – przynajmniej jeśli zestawić je z tym, co możemy dziś znaleźć na telefonie czy tablecie za kilkaset złotych. Ale nie da się pominąć tego rozstrzału pomiędzy wyglądem ekranów w samochodach, a wyglądem współczesnych sprzętów elektronicznych. Żeby nie było, że przesadzam – tak wygląda Huawei P20 Lite, dostępny bez umowy za jakieś 800-900 zł:

Ekran prawie od krawędzi do krawędzi, z małymi tylko odstępstwami. Czy jest jakiś powód, żeby samochodowy tablet, który nie potrzebuje masy podzespołów telefonu (akumulatora, modułów łączności, etc) wyglądał gorzej i był droższy?

Już lepiej by było, gdyby można było w odpowiednim miejscu zadokować nasz telefon (jak np. w trojaczkach od Volkswagena) i wykorzystać właśnie jego do obsługi nawigacji i pokładowych sprzętów.

Pewnie powód jest jeden.

Proces projektowania samochodu zajmuje więcej czasu niż proces projektowania nowego smartfona albo tabletu. Większość elementów specyfikacji – w tym i pewnie ten nieszczęsny tablet – jest przyklepanych na długo przed tym, jak samochód zostanie zaprezentowany i trafi do produkcji. A potem jeszcze bez zmian turla się przez tę produkcję przez cztery lata, po czym kolejne cztery lata po liftingu czeka na swoją nową generację.

Tyle tylko, że rynek gadżetów elektronicznych nie czeka na rynek motoryzacyjny. Rozwijając się od niego na wielu płaszczyznach wielokrotnie szybciej.

Klientów niespecjalnie obchodzi, dlaczego coś w samochodzie jest nie tak, jak w ich smartfonie czy tablecie. To i to jest ekranem, to i to wyświetla jakiś system operacyjny, to i to powinno wyglądać i działać tak samo.

A jednak tak nie jest. No, może w przypadku Tesli Model 3. Tam jakoś udało się ograniczyć ramki do minimum i uzyskać świetny stosunek ekranu do całej reszty. Czyli da się, tylko trzeba chcieć…

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie