Felietony

Jeździłem dieslem, jeżdżę dieslem i… kolejny samochód też będzie z dieslem

Felietony 21.11.2018 180 interakcji
Piotr Barycki
Piotr Barycki 21.11.2018

Jeździłem dieslem, jeżdżę dieslem i… kolejny samochód też będzie z dieslem

Piotr Barycki
Piotr Barycki21.11.2018
180 interakcji Dołącz do dyskusji

Diesle są złe. Nie wypada jeździć dieslem. Diesle powinny być tu i teraz zezłomowane. Nie opłaca się kupować diesla. Diesle się kończą. Tak mówią i piszą, a mimo to jestem pewien, że moje kolejne auto będzie miało pod maską właśnie taki silnik.

Nie wiem jeszcze dokładnie, jakie to będzie auto. Czy będzie nowe, czy będzie używane, czy będę nim jeździł rok czy dziesięć lat. Ale wiem, że w pierwszej kolejności będę się przyglądał samochodom z silnikiem wysokoprężnym.

Dlaczego?

Bo nie jeżdżę po mieście.

Ogólnie uważam jazdę samochodem po mieście – szczególnie większym – za przejaw skrajnego masochizmu. Może z wyjątkiem sytuacji, kiedy trzeba przewieźć coś, co trudno jest przewieźć tramwajem, rowerem czy autobusem.

W pozostałych przypadkach, a to mniej więcej 99 proc. moich wypadów do miasta, moim bagażem jest co najwyżej plecak. Jeśli jest więc ładna pogoda – wsiadam na rower. Jeśli jest trochę gorzej – wsiadam do tramwaju albo autobusu. A jeśli zrobię się ekstremalnie leniwy albo jadę na większe zakupy – wynajmuję elektryczne auto na kilkadziesiąt minut i mam święty spokój. Ale raczej robię to rzadko – jeśli tylko mogę, zamawiam zakupy z dostawą do domu albo robię dłuższy spacer do osiedlowego sklepu.

Czasem jednak zapominam się, wsiadam do prywatnego samochodu i jadę do miasta. Tylko po to, żeby przekonać się, jak zły to był pomysł. Podróż do miejsca docelowego zajmuje wielokrotnie więcej czasu niż przejazd komunikacją miejska, paliwo z baku znika w ekspresowym tempie, a po dojeździe do celu okazuje się, że i tak nie ma gdzie zaparkować. Ostatecznie więc parkuję kawał dalej, dokładając do czasu zmarnowanego w korku czas zmarnowany na szukanie miejsca i maszerowanie do celu.

Nie, zdecydowanie miasto nie jest miejscem przyjaznym kierowcom.

Bo jak wyciągać auto z podjazdu, to tylko w trasę.

Wyjeżdżam z domu, przejeżdżam akurat tyle, żeby silnik zaczął się nagrzewać i… wjeżdżam na autostradę. Jeśli jadę nad morze – nawet z tej autostrady nie zjeżdżam. Jeśli jadę w góry (a robię to często) – po jakimś czasie wpadam na drogę krajową. Jeśli jadę nad stawy Milcza – zmieniam w pewnym momencie autostradę na drogę ekspresową. Mało która moja podróż ma mniej niż 50 km w jedną stronę – większość ma około 100 km.

Nie mam więc i nie będę prawdopodobnie nigdy miał problemów takich, jak osoby, które kupiły diesla do jazdy po mieście i potem uznały to za największy życiowy błąd. Zapchany DPF? Może w sytuacji, kiedy uszkodziłby się w jakiś sposób mechanicznie. Wolne nagrzewanie? Gdzie, bo nie widziałem?

Bo, no właśnie, trasy.

Tak, małe silniki benzynowe mogą palić w mieście mniej niż diesel. Mogą też mieć podane katalogowe spalanie w warunkach pozamiejskich na poziomie podobnym do diesla. Ale co innego w katalogu, co innego w rzeczywistości.

W praktyce mało który niewielki silnik benzynowy (a wielu dużych w rozsądnych pieniądzach raczej nie ma) pod obciążeniem autostradowym faktycznie będzie trzymał się katalogowych wartości spalania. To samo na drogach ekspresowych. Diesle natomiast potrafią niejednokrotnie zaskoczyć.

Chociażby z 2-litrowym dieslem Mercedesa w E220d udało mi się przejechać po Polsce prawie 1000 km za jednym zamachem, podjeżdżając pod dom ze spalaniem na poziomie… równo 5 l. W ogromnej, 184-konnej limuzynie. A spróbujcie ten sam wynik powtórzyć z silnikiem benzynowym o podobnej mocy.

Przy czym nie chodzi tutaj prawie w ogóle o oszczędności na paliwie – raczej o oszczędność na czasie. Mało które auto z silnikiem benzynowym ma zasięg porównywalny do zasięgu diesli. A ja nie lubię zatrzymywać się zbyt często na stacjach.

Bo diesle wcale się już tak nie psują.

I piszę to ja – człowiek, który zamordował teoretycznie niezniszczalny silnik Diesla. Cóż, zdarza się.

Ale też czasy, kiedy silniki wysokoprężne psuły się na potęgę, już dawno minęły. Producenci przez lata dopracowali większość rozwiązań, usunęli sporą część niedoróbek, a eksperymentalne rozwiązania albo wykluczono, albo doszlifowano do perfekcji i stały się standardem.

Spróbujmy sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich kilku lat pojawiły się jakieś wyjątkowo nieudane, awaryjne diesle? Nieszczególnie. A nawet jeśli, to były to pojedyncze konstrukcje.

Reszta z nich póki co jeździ i będzie jeździć jeszcze długo. Czyli w stylu tych starszych silników diesla, za którymi wiele osób tak tęskni.

Bo nowe diesle mają mało wspólnego ze starymi.

I całe szczęście. Nie są już mułowate w najgorszym wydaniu mułowatości, nie kopcą, nie trzęsą całą karoserią i nie generują hałasu, który uniemożliwiałby rozmowę przy prędkości 50 km/h.

Kiedyś w testach samochodów można było wyczytać, że „prawie nie czuć, że to diesel”. Dziś już mało kto tak pisze, bo sensowny poziom pracy wysokoprężnej jednostki napędowej stał się właściwie standardem.

Tak, silniki benzynowe pewnie będą zawsze trochę cichsze i mniej wibrujące od diesli. Ale poważny przeskok zauważymy dopiero przy przejściu na auto zasilane prądem. A i to zależy od tego, z czego się przesiadamy.

Bo diesli już nikt nie lubi.

A przynajmniej taką narrację próbuje się z jakiegoś powodu budować. I jeśli się to uda – tym lepiej dla mnie.

Jeśli będę kupował samochód używany, może za jakiś czas będzie łatwiej kupić diesla, którego nikt nie chce (choć na razie wiele na to nie wskazuje), bo wszyscy polują na te dobre silniki benzynowe. A jeśli nic się nie zmieni, to… nic się nie zmieni – wybór diesli w segmencie, w którym będę szukał (D/E) nadal będzie ogromny. Też dlatego, że spływać do nas będą auta, których w niektórych miejscach w Europie nie będzie można już legalnie albo komfortowo używać. I to będą te same diesle, które przed chwilą były czyste – ze wszystkimi DPF-ami, AdBlue i podobnymi. Czyli wyrzutów sumienia mieć nie muszę.

Jeśli natomiast kupowałbym nowe auto, to pewnie nie odczuję żadnej różnicy. Małe szanse, żeby klienci segmentu D lub E nagle uznali, że w długie trasy lepsza jest benzyna albo hybryda. Owszem, niektóre firmy ograniczają swoje gamy modelowe, wyrzucając z nich diesle, ale nie robią tego ci, którzy akurat w tym segmencie odnoszą sukcesy.

Nie spodziewam się więc sytuacji, w której za kilka lat wchodzę do salonu po nowy samochód, pytam o dostępne diesle, a sprzedawca odpowiada: nie ma. Chyba że wejdę do niewłaściwego salonu.

A jak ci zabronią wjeżdżać do miasta? Albo na autostradę?

W Polsce na razie nam to nie grozi. Może w momencie, kiedy będę zmieniał auto po raz kolejny, albo będę już zbyt znudzony siedzeniem za kierownicą.

Póki co realne groźby zakazu jazdy na wybranych drogach docierają do nas głównie z Niemiec. Trudno, najwyżej nie będę jeździł do Niemiec. I tak wiele ciekawego tam nie ma.

No, może poza kilkoma gigantycznymi producentami samochodów z silnikami Diesla…

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie