Wiadomości

To rower? To samochód? To pojazd elektryczny? Nie, to CityQ

Wiadomości 25.06.2020 28 interakcji
Piotr Barycki
Piotr Barycki 25.06.2020

To rower? To samochód? To pojazd elektryczny? Nie, to CityQ

Piotr Barycki
Piotr Barycki25.06.2020
28 interakcji Dołącz do dyskusji

Wygląda jak samochód, ale w sumie jest rowerem. Ma pedały, ale nie do końca napędzasz nimi koła. A, no i do tego kosztuje prawie tyle, ile malutki miejski samochód. Tak w skrócie można opisać nowy pomysł na przemieszczanie się po mieście, czyli CityQ.

Czym jest CityQ?

Tak po trochu to wszystkim. Ma cztery koła i kierownicę trochę w samochodowym stylu, a do tego powinien w środku pomieścić – choć pewnie w warunkach dyskusyjnych – do trzech pasażerów (dwójka z tyłu musi być bardzo mała). Ma też przednią szybę, zapewnia dach nad głową i nie trzeba się zbytnio męczyć, żeby się nim poruszać. Przy okazji zaprojektowano go z uwzględnieniem skandynawskich warunków pogodowych (według producenta: 239 dni w roku z deszczem, śniegiem, mrozem, wiatrem i ciemnością – wesoło tam mają). Napędza go przy tym energia elektryczna, więc na pierwszy rzut oka – malutki samochód elektryczny.

Z drugiej strony ma wąziutkie (jak na samochód) opony i… pedały, czyli na drugi rzut oka bliżej mu do zabudowanego roweru. Tyle tylko, że tutaj pedały nie przekazują wyłącznie mocy naszych mięśni na koła – są wspomagane silnikiem elektrycznym, więc można sobie leniwie kręcić, żeby poruszać się z odpowiednią prędkością. Jaką? Tutaj już łatwo się domyślić, do czego to zmierza. CityQ pozwala maksymalnie pędzić 25 km/h (przynajmniej jeśli chodzi o jazdę wspomaganą), dzięki wspomaganiu silnikiem o mocy 250 W. Czyli… tak, według europejskich norm jest to rower elektryczny, którym można poruszać się po ścieżkach rowerowych i wjeżdżać do stref, do których samochodom wjeżdżać nie wolno.

Jak to ma chronić przed pogodą, to ja naprawdę nie wiem.

Bardzo chętnie zobaczyłbym taki pojazd na polskich ścieżkach rowerowych, na których czasem i jeden rower może mieć problemy. W przypadku CityQ mowa bowiem o pojeździe o wymiarach 225 x 85 x 155 cm, czyli teoretycznie na dwukierunkowej ścieżce rowerowej dwa CityQ mogłyby się minąć bez kolizji. Z drugiej strony, szybki rzut oka do internetu sugeruje, że są to wymiary dość zbliżone do rowerów cargo. Z tym, że nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem taki rower…

Jeśli chodzi o pozostałe parametry, to CityQ może przewieźć maksymalnie bagaż o objętości 100 l, w zestawie są dwa akumulatory pozwalające na pokonanie dystansu 80-100 km, a na liście wyposażenia znajdziemy m.in. aplikację do śledzenia i blokowania pojazdu, ładowarkę, pasy bezpieczeństwa, przednie oświetlenie i… opcjonalny system fotowoltaiczny (75 W).

A, zostaje jeszcze cena.

W tym momencie firma przyjmuje zamówienia przedsprzedażowe na wersje premierowe. Rezerwacja to wprawdzie tylko 99 euro, ale uwaga – finalny produkt kosztuje już… 7450 euro. Bez VAT i kosztów dostawy. Pobieżnie więc licząc mówimy o kwocie rzędu… trochę ponad 40 000 zł. Wprawdzie to już nie te czasy, kiedy w tej cenie dało się znaleźć całkiem sporo rozsądnych samochodów, ale coś pewnie by się znalazło.

Nie wspominając już o tym, że przecież jeszcze niedawno w ofercie Renault było Twizy, które pod wieloma względami było podobne do tego pomysłu, a jednocześnie nie trzeba było w ogóle pedałować, maksymalna prędkość była dużo większa, natomiast cena – choć w wersji z akumulatorami w abonamencie – była niższa. Aczkolwiek raczej nie można nim było wjeżdżać na ścieżki rowerowe.

Mam dziwne wrażenie, że to produkt, który u nas nie znajdzie dla siebie miejsca.

I to w sensie dosłownym, a nie w przenośni w nawiązaniu do ceny. Na ścieżkach rowerowych pewnie będzie irytował innych uczestników ruchu swoimi rozmiarami, potencjalnie niezbyt wysoką prędkością, a tłumaczenia, że to przecież według Unii Europejskiej rower, na wiele się raczej nie zdadzą. Na ulicy natomiast – bo w końcu tak jak rower, tak i to będzie mogło wjechać na ulicę, pewnie będzie odbierany przez kierowców jako śmieszny mały samochód, który z jakiegoś powodu strasznie się wlecze. Z kolei kierowca CityQ będzie pewnie zachwycony, kiedy auto obok wjedzie przypadkiem w kałużę.

Może mieć też problem z zaparkowaniem go np. pod pracą. W końcu taki pojazd przy stojaku dla rowerów raczej nie spotka się z ciepłym przyjęciem. O codziennym wnoszeniu i znoszeniu go do piwnicy też raczej zapomnijmy – CityQ ma masę co najmniej 60 kg. Czyli w sumie dostajemy hybrydę samochodu, roweru i pojazdu elektrycznego, ze wszystkimi wadami tych trzech sprzętów. I nie wiem, czy z jakimikolwiek zaletami – może poza tym, że nie trzeba mieć prawa jazdy.

Ale z jakiegoś powodu cały czas próbujemy…

… połączyć rower albo inny skuter z samochodem. Nawet BMW swego czasu miało dziwaczny model C1, było też wspomniane Twizy, a wpisanie w OLX skuter z dachem skutkuje zaskakująco sporą liczbą ofert (w sensie całe 8, co i tak jest zaskakujące).

Pozostaje tylko pytanie – czy faktycznie ludzie tego potrzebują i poszukują, tylko producenci wciąż nie mogą znaleźć idealnego rozwiązania, czy może to producenci próbują znaleźć niszę, w której dałoby się coś sprzedać, tylko ludzie cały czas usilnie im odmawiają?

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać