Felietony / TechMoto

Świat coraz mniej potrzebuje prywatnych aut. Polska do tego świata jeszcze nie należy

Felietony / TechMoto 20.08.2018 96 interakcji
Piotr Barycki
Piotr Barycki 20.08.2018

Świat coraz mniej potrzebuje prywatnych aut. Polska do tego świata jeszcze nie należy

Piotr Barycki
Piotr Barycki20.08.2018
96 interakcji Dołącz do dyskusji

Media biją na alarm: świat dojrzał i przestaje potrzebować samochodów. Tylko czy na pewno, i czy te wszystkie prognozy mają jakiekolwiek odniesienie do Polski?

Niedawno mogliśmy się dowiedzieć, że istnieje spora szansa, że jeszcze w ciągu najbliższej dekady z rynku zniknie połowa producentów samochodów i salonów sprzedaży. Będziemy wprawdzie podróżować więcej i częściej, ale samochodami, których nie będziemy kupować na zawsze albo na lata, tylko – najczęściej – wynajmować na krótszy czas.

Powody? Młodzi ludzie coraz chętniej wybierają alternatywne środki transportu, maksymalnie opóźniając moment wyrobienia prawa jazdy albo zakupu pierwszego samochodu. Zwłaszcza to drugie, głównie w większych miastach krajów rozwiniętych, nie jest im przesadnie potrzebne. Mają dobrze funkcjonującą komunikację miejską, mają dostęp do wypożyczalni samochodów na minuty w systemie free float, mają rozwiniętą sieć ścieżek rowerowych, mają dostęp np. do elektrycznych skuterów. Własny samochód – przynajmniej do momentu wyprowadzki na przedmieścia – jest dla nich w większości wyłącznie potężnym finansowym obciążeniem. Trudno dziwić się ich decyzjom.

Nie są to przy tym obserwacje bez poparcia w faktach. W krajach rozwiniętych liczba wydawanych praw jazdy albo spada, albo przesuwa się granica wieku, kiedy młodzi ludzie wyrabiają odpowiednie uprawnienia. Prywatnymi samochodami jeździmy też mniej – tyle, ile przed kilkunastoma latami.

Trudno też dziwić się temu, że temat tzw. peak car jest dostrzegany coraz częściej. Teoria ta, zarysowana pierwotnie kilka dekad temu, zakłada, że intensywność użytkowania prywatnych samochodów na świecie nie tyle w pewnym momencie ustabilizuje się na określonym poziomie, co zacznie spadać. A w parze z tym, że będziemy pokonywać prywatnymi samochodami mniej kilometrów, rzadziej będziemy też je wymieniać albo w ogóle podejmować decyzję o zakupie nowego/pierwszego auta.

To z kolei pokrywałoby się z ostatnimi doniesieniami, że producentów będzie mniej, bo i osób chętnych na zakup, przynajmniej tych indywidualnych, będzie mniej.

Tylko z peak car jest jeden problem. To na razie tylko teoria, która nie sprawdza się wszędzie.

Z teorią peak car badacze mierzą się regularnie, sprawdzając co kilka lat, czy już nadszedł ten moment, kiedy można uznać, że jesteśmy coraz mniej przywiązani do prywatnych samochodów. I regularnie dochodzą do wniosku, że w sumie to… nie do końca wiadomo.

Owszem, są kraje, w których popularność samochodów prywatnych maleje. Jest Japonia, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Szwecja czy Holandia.

Problemem jest chociażby mnogość czynników, które mogą wpłynąć na zainteresowanie samochodami w danym okresie. Najczęściej zakłada się, że ludzie wybierają komunikację publiczną czy carsharing i właśnie to odwodzi ich od zakupu samochodu czy zajęcia miejsca za kierownicą już posiadanego. Tymczasem nawet w samej Europie przyczyny takiego stanu rzeczy są drastycznie różne w zależności od kraju. W niektórych np. sprzedaż czy intensywność używania samochodów może spadać w związku z sytuacją ekonomiczną. Kiedy więc ta wróci do normy, do normy może też wrócić sprzedaż aut.

Problem teorii peak car jest to, że przywołuje się ja niemal za każdym razem, kiedy tylko w danym kraju spada sprzedaż samochodów lub liczba średnio pokonywanym nimi kilometrów. Chociażby dla Australii pik miał mieć miejsce w 2004 r., ale już w 2017 r. mogliśmy się dowiedzieć, że ten pik jest tuż tuż i zaraz carsharing pochłonie wszystko.

Podobnie wygląda motoryzacyjny obraz Europy. Patrząc na ogólny obraz można dojść do wniosku, że faktyczny pik miał miejsce w okolicach lat 2008-2010 i od tego momentu zainteresowanie spada. Tyle tylko, że dotyczy to wyłącznie najbardziej rozwiniętych krajów i przeważnie ich największych miast. Prowincje nadal są umiarkowanie dobrze skomunikowane i mieszkając na nich niezbędne jest posiadanie samochodu. W wielkich miastach natomiast po prostu coraz trudniej korzystać z samochodu – przejazdy zajmując długie godziny, a miejsc parkingowych jest coraz mniej.

W niektórych krajach natomiast widać trend… pośredni. Przy zwiększaniu się floty samochodów zmniejsza się liczba pokonywanych nimi kilometrów. Ludzie wciąż czują potrzebę posiadania samochodu, ale nie czują już potrzeby jeżdżenia nim tak często jak kiedyś – od tego mają transport publiczny czy np. rower.

Do tego dochodzą jeszcze te kraje europejskie, które swój motoryzacyjny boom przeżywały dekadę lub więcej po tych, które aktualnie są już przesycone samochodami. Wśród nich jest m.in. Polska.

Miłośnicy samochodów w Polsce mogą póki co spać spokojnie.

Nie tylko do piku brakuje nam jeszcze co najmniej kilku lat, ale też brakuje wielu czynników, które muszą się pojawić, zanim faktycznie w całej Polsce będziemy chcieli wysiąść z samochodów i przesiąść się do czegoś innego.

Carsharing? To, co walczy o popularność na zachodzie od co najmniej dekady, u nas staje się rzeczywistością dopiero od 2-3 lat, a i to w mocno ograniczonym zakresie. Transport publiczny? Wystarczy przypomnieć, że w dalszym ciągu mamy tylko jedno miasto z metrem, a i to metro raczej na nikim wielkiego wrażenia nie robi. Kolej, autobusy? W dalszym ciągu mnóstwo jest mniejszych miejscowości, do których nie sposób komfortowo dojechać czymkolwiek innym niż prywatnym samochodem.

Tak, w większych miastach widać już powoli, co może nas czekać. Mieszkając we Wrocławiu praktycznie nie korzystam w ciagu tygodnia z własnego samochodu. Małe zakupy robię na piechotę, większe własnym rowerem albo samochodem wypożyczonym od Vozilli. Do urzedów i podobnym lepiej mi wybrać się tramwajem, bo nie muszę płacić małej fortuny za parkingi, na których wiecznie brakuje miejsca. W miejscu, w którym mieszkałem wcześniej, nie miałem nawet własnego roweru, bo do miejskiego miałem minutę marszu, a mogłem go zostawić niemal gdziekolwiek (czytaj: na jednej ze stacji), nie martwiąc się o to, czy ktoś mi go ukradnie.

Gdybym miał policzyć kilometry, które zrobiłem przez ostatnie 2-3 tygodnie prywatnym samochodem po mieście, prawdopodobnie wyszłoby mi równe zero (grunt, że ładnie wygląda jak stoi). Co innego w weekendy, kiedy pakuję psa do bagażnika i jadę w góry. Nie mam tam jak inaczej dojechać, a przynajmniej nie w tak komfortowy sposób.

Ale to Wrocław. Wystarczy się ruszyć o kilkadziesiąt kilometrów od stolicy województwa, żeby zobaczyć, że świat samochodów czy rowerów wypożyczanych smartfonem jest jeszcze dla Polski jako całości bardzo, bardzo odległy.

Mimo to z jakiegoś przedziwnego powodu próbujemy nawiązywać w innych kwestiach do transportowych wzorców z krajów najbardziej rozwiniętych. Ograniczamy liczbę miejsc parkingowych w miastach, choć niekoniecznie łatwo poruszać się po nich komunikacją miejską, a także wprowadzamy opłaty za wjazd do centrum. I o ile z pozoru ograniczenie ruchu pojazdów spalinowych w centrum może mieć jeszcze jakiś sens, o tyle znakomita większość aut udostępnianych w ramach carsharingu w Polsce to właśnie… samochody spalinowe.

Możemy więc w najbliższym czasie szykować się do sytuacji, w której będziemy mieć coraz więcej samochodów i coraz więcej nimi jeździć, podczas gdy miasta i ich infrastruktura będzie przygotowana coraz bardziej do tego, że tych samochodów będzie mniej.

Zapowiada się ciekawie.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie