Wiadomości

Australia nie lubi elektrycznych samochodów. Każe płacić ekstra, zamiast do nich dopłacać

Wiadomości 03.05.2021 223 interakcje
Grzegorz Karczmarz
Grzegorz Karczmarz 03.05.2021

Australia nie lubi elektrycznych samochodów. Każe płacić ekstra, zamiast do nich dopłacać

Grzegorz Karczmarz
Grzegorz Karczmarz03.05.2021
223 interakcje Dołącz do dyskusji

Australia robi co może, żeby jej mieszkańcom odwidziały się samochody elektryczne. Trochę inaczej rozumie dopłaty.

Podobno robią to, żeby przypodobać się mniej wykształconym wyborcom. Nie wierzę, ale australijski pomysł dołożenia dodatkowych opłat właścicielom samochodów elektrycznych, na pewno wielu osobom się spodoba. Niektórzy, nawet z przeciwnej strony globu, zaraz zaczną krzyczeć, że zamieszkaliby w Australii, gdyby nie te wielkie pająki. Tak bardzo obawiają się przyszłości zdominowanej przez napęd elektryczny.

Australia wydaje się być dobrym lekiem na te lęki. Wiele rządów dopłaca do zakupu samochodów elektrycznych, a rząd stanu Wiktoria chce nałożyć na nich dodatkowy podatek.

Australia + samochody elektryczne = brak wielkiej miłości

Władze stanu chcą mieć pewność, że właściciele samochodów elektrycznych dokładają się do utrzymania dróg. Zazwyczaj służą temu podatki zawarte w paliwie, a zakup benzyny do samochodu elektrycznego jest rzadko spotykany. Dlatego 25 organizacji, wliczając w to Volkswagena i Ubera, nawet napisało list sprzeciwu w tej sprawie.

Polityka australijskich władz wobec elektrycznych samochodów jest nazywana najgorszą na świecie. Nie zdecydowali się do nich dopłacać i tym zasłużyli na takie miano. Wiktoria chce jednak pójść dalej i nakazać płacić ich właścicielom 2,5 centa za każdy przejechany kilometr. 2 centy mieliby płacić właściciele hybryd typu plug-in. Kierowy pojazdów spalinowych oddaja rządowi 42,7 centa z każdego zatankowanego litra. Zebrane podatki miałby służyć wsparciu rozwoju sieci stacji ładowania. W przyszłości.

Teraźniejszość jest niewesoła

Przynajmniej dla Australijczyków, którzy chcą zmienić napęd. Mogą z zazdrością patrzeć na nasycenie rynku samochodami elektrycznymi w Norwegii, jednocześnie oblizując się na myśl o długiej liście tamtejszych przywilejów. W Norwegii sprzedaż nowych samochodów elektrycznych to już ponad połowa rynku. W Australii to 0,7 proc., w zeszłym roku sprzedano tam 6,9 tys. sztuk.

Ten brak wsparcia stanowi problem w sprzedawaniu elektrycznych samochodów. Renault Zoe, jeden z najpopularniejszych elektrycznych modeli, nie przetrwał na tamtejszym rynku. Volkswagen na razie nie planuje sprzedawać w Australii swoich elektrycznych samochodów z serii ID.

Teslę Model 3 (wyłącznie ten model) można zamówić do Australii za blisko 68 tys. tamtejszych dolarów, czy za niecałe 200 tys. zł. To cena zbliżona do polskiej, ale ta sama Tesla Model 3, dzięki dopłatom, kosztuje w USA grubo poniżej 150 tys. zł. Elektryczny Nissan Leaf jest w Australii prawie dwukrotnie droższy od Toyoty RAV4.

Nie można się dziwić, że walczą

Brak dopłat psuje zabawę importerom, złoszczą się organizacje walczące o elektryczne źródła napędu, frustracja wzbiera w fanach Tesli i jej podobnych samochodów. Produkują wtedy takie filmy, jak ten, gdzie z propagandowym zapałem, politykę australijskich władz ośmieszają i krytykują.

Czy protesty przyniosą skutek? Tego jeszcze nie wiadomo. Wydaje się, że kiedyś australijskie władze będą musiały się złamać i elektryczne samochody pokochać. Problem podatku drogowego będzie się pojawiał, gdy udział samochodów elektrycznych w rynku będzie rósł. W krajach, gdzie elektryków jest dużo, ich właściciele też będą musili w końcu dorzucić się do koszyczka, zamiast z niego brać. Nie jest to na razie kłopot Australii. Ten ich podatek drogowy, to chyba naprawdę złośliwość.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać