Samochody używane

55 000 km w używanej Alfie Romeo 159. Jak spisuje się na co dzień?

Samochody używane 22.03.2019 200 interakcji
Piotr Barycki
Piotr Barycki 22.03.2019

55 000 km w używanej Alfie Romeo 159. Jak spisuje się na co dzień?

Piotr Barycki
Piotr Barycki22.03.2019
200 interakcji Dołącz do dyskusji

14 lat od premiery. 8 lat od zakończenia produkcji. Jak dziś spisuje się na co dzień używana Alfa Romeo 159?

Wersja krótka: na tyle dobrze, że po 55 000 km w 159, choćbym nie wiem jak długo myślał, tak nie mogę wymyślić, jakie auto będzie jej następcą. Zresztą już raz myślałem, myślałem i… kupiłem kolejne 159. Choć oczywiście do ideału brakuje jej bardzo, bardzo dużo.

A teraz czas na wersję drugą.

Dlaczego w ogóle kupiłem Alfę Romeo 159?

Ma to o tyle znaczenie w tej historii, że Alfy Romeo 159… w ogóle nie planowałem kupować. Miało być rozsądnie, niezbyt drogo, a do tego wygodniej w częstych trasach niż w mojej dotychczasowej Fabii. Wybór, po długich poszukiwaniach, padł ostatecznie na używanego Fiata Cromę, choć dużo wyżej na liście życzeń było nieosiągalne wtedy finansowo Volvo V70 III.

Pojechałem jednak do jednego z egzemplarzy Cromy, obejrzałem, poprzymierzałem, spodobał mi się, uznałem, że to to. Wybrałem jeszcze egzemplarz, który odpowiadał mi ceną, wyposażeniem i stanem, zyskałem zgodę mojej drugiej połówki, po czym położyłem się spać, żeby kolejnego dnia pojechać ostatecznie obejrzeć i kupić właśnie to auto.

Następnego dnia wstałem, przygotowałem się do podróży, wsiadłem w auto i… po krótkiej jeździe testowej pojechałem kupić Alfę Romeo 159.

Do tej pory nie jestem pewien, dlaczego po tych wszystkich poszukiwaniach padło akurat na 159. Choć chyba jest jedna najbardziej oczywista odpowiedź:

To auto, nawet po 14 latach od debiutu, dalej wizualnie trzyma się dobrze.

Nie świetnie, bo zdecydowanie widać już, że auto nie debiutowało wczoraj. Nie doskonale, bo ma kilka wizualnych problemów, takich jak chociażby zbyt długi przedni zwis.

Ale trudno znaleźć na rynku drugie takie auto, które pomimo tak długiego stażu rynkowego nadal wygląda dobrze. I co dodatkowo istotne – nawet w kompletnie bazowej wersji, bez żadnych dodatkowych pakietów sportowych, wygląda właściwie. Inna sprawa, że fabryczne pakiety sportowe nie zmieniały w wyglądzie 159 właściwie nic.

I nie ukrywam – problem z poszukiwaniem następcy 159 w dużej mierze polega właśnie na tym, że na widok tego auta, pomimo w sumie 3 lat od początku przygody z nim, dalej się uśmiecham. Póki co nie jestem w stanie znaleźć innego samochodu który działałby na mnie tak samo.

No, może poza Panamerą Sport Turismo, ale to trochę inne pieniądze.

Argument drugi: tym się po prostu dobrze jeździ.

Ponownie – nie wybitnie i nie fantastycznie. To nie jest samochód sportowy zamknięty dla niepoznaki (w przypadku mojego egzemplarza) w nadwozie kombi. Nie jest to też luksusowa limuzyna w nieco drapieżnym opakowaniu. I przy okazji 159 ani trochę nie próbuje w trakcie jazdy ukryć swoich wymiarów i masy.

Ale z drugiej też strony – nie jest to na szczęście auto całkowicie nudne w prowadzeniu. Hydrauliczne wspomaganie wprawdzie powoduje, że manewry przy niskich prędkościach wymagają odrobiny siły, ale za to gwarantuje, że podczas jazdy nie będziemy mieć wrażenia całkowitego oderwania kierownicy od kół. Jest tutaj i sporo precyzji, i sporo życia, i sporo satysfakcjonującego wysiłku. Do tego niemal cały czas czujemy dokładnie na kierownicy po czym jedziemy i co dzieje się z naszymi kołami, a wielowahaczowe zawieszenie jest bardzo dobrze i sztywno zestrojone.

To wszystko, w połączeniu z niską pozycją za kierownicą, powoduje, że nie trzeba nawet zbyt szybko wchodzić w zakręty, żeby cieszyć się z pokonania każdego z nich. Ot – i kierowca ma trochę radości, i pasażerowie nie robią się w trakcie jazdy zieloni lub bladzi.

159 sensownie spisuje się też podczas dłuższych podróży – niezależnie od tego, czy podróżujemy drogami krajowymi z przepisową prędkością, czy niemieckimi autostradami. Jest bardzo przyzwoicie wyciszona (choć zdecydowanie nie doskonale), na mniejszych felgach znośnie radzi sobie z wybieraniem nierówności, a fotele – choć dość twarde – nie łamią nam kręgosłupa i oferują bardzo dobre trzymanie boczne.

Trochę gorzej może być z komfortem jazdy przy większych felgach i niższych prędkościach, czyli np. podczas przemieszczania się po mieście. Na dziurawych miejskich drogach sztywne zawieszenie zaczyna się dawać we znaki. Wjazd np. na kostkę brukową (nawet na 16″) generuje sporo hałasu, wibracji i podskakiwania wszystkiego, co przewozimy w środku. Choć po trzech latach ze 159 wolę już to, od pływania chociażby Superba w podobnych warunkach.

Duże, ale… jednak małe.

To akurat wiedza powszechna – 159 jest sporym autem z zewnątrz, ale w środku jest raczej mocno kompaktowe. Co jednak zdecydowanie nie oznacza, że należy Alfę traktować jako dwuosobowe kombi (ależ bym kupował!) albo dwuosobowego sedana.

Ostatnio chociażby udało mi się bez większych problemów i urazów ciała pokonać w cztery dorosłe osoby, z kompletem bagaży na tydzień, w sumie 2000-km trasę. Czy były problemy z zapakowaniem wszystkiego do bagażnika (maksymalna pojemność: trochę smutne 445 l)? Nie, aczkolwiek wymagało to odrobiny doświadczenia w grze w Tetrisa. Czy ktoś jechał w tak niekomfortowych warunkach, że rozważał powrót do domu samolotem? Też nie. Choć tutaj akurat trzeba pamiętać, żeby wysokich pasażerów sadzać raczej z przodu – miejsca na nogi z tyłu nie ma przesadnie wiele. Przyznaję – test siadania samemu za sobą w nowym Superbie był dla mnie małym szokiem.

Niestety jest też masa mniejszych problemów z kategorii „praktyczność”, które są w stanie skutecznie zniechęcić do Alfy 159 osoby, które planują je kupić.

Przykładowo bagażnik – o ile da się jeszcze przeżyć jego teoretyczną pojemność, o tyle pakowanie do niego cięższych rzeczy jest męczarnią. Całość jest raczej dosyć wąska, głęboka, a do tego jeszcze oddzielona od świata monstrualnym progiem. Brakuje w nim też jakichkolwiek uchwytów, zaczepów, albo czegokolwiek, co powstrzymałoby zakupy przed swobodnym przemieszczaniem się (nie, te siatki do bagażnika się nie liczą).

W środku pod tym względem też nie jest lepiej. Dobrze, schowek przed pasażerem ma sensowne wymiary, ale reszta woła o pomstę do nieba. Na dobrą sprawę nie ma żadnego miejsca, żeby odłożyć telefon. Nie ma też żadnego sensownego miejsca na pojemniki z napojami. Ten uchwyt, który jest, jest zbyt płytki, zbyt cofnięty, a gdyby tego było mało, jeśli odstawimy tam np. puszkę, nie możemy skorzystać z ładowarki do zapalniczki. Z kolei gniazdo USB w schowku na rękawiczki daje tyle prądu, że ledwo jest w stanie podtrzymać telefon przy życiu przy słuchaniu muzyki.

Oczywiście, żeby zachować spójność, pasażerowie z tyłu też nie mają żadnego uchwytu na napoje – ani w podłokietniku, ani w boczkach drzwi. Koniec końców po dłuższej podróży trzeba więc wyzbierać wszystkie latające po aucie plastikowe butelki. Tylko po to, żeby w trakcie kolejnej podróży przypomnieć sobie, że o którejś z nich zapomnieliśmy, i ona od teraz będzie nam swoim skrzypieniem o sobie cały czas przypominać.

Jakość wykonania wnętrza? Po włosku, oczywiście.

Ale zdecydowanie bez dramatu, jaki można byłoby potencjalnie wiązać z tym określeniem. Owszem, zdarzają się irytujące, drobne problemy – przykładowo w każdym z trzech egzemplarzy, którymi jeździłem dłużej, piekielnie skrzypiał na wybojach fotel kierowcy. Tu i tam pojawi się też czasem skrzypnięcie lub stuknięcie elementów wnętrza, którego jeszcze przed chwilą nie było.

Ale poza tym – biorąc też pod uwagę wiek nawet najmłodszych 159 – nie jest źle. Większość materiałów, zwłaszcza w wyższych wersjach wyposażenia, jest przyjemna w dotyku i rozsądnie spasowana. Nic nie odpada, nic się nie łuszczy, nic przesadnie się nie ściera (może poza przyciskiem uruchamiania silnika). Do tego większość ewentualnych świerszczy jest już skutecznie zdiagnozowana w internecie, więc przeważnie likwidacja problemu zajmuje moment.

Nie liczmy po prostu, że 159 będzie w środku wykonana równie precyzyjnie, co np. Audi A6, albo czas i przebieg obejdą się z nią równie łaskawie co z Mercedesem klasy E. Nie ta półka jakościowa i cenowa. Coś na pewno będzie nie do końca tak i trzeba się będzie z tym pogodzić.

Alfa Romeo 159 – który silnik wybrać?

Dłuższy kontakt miałem z trzema wersjami silnikowymi i… wszystkie były wysokoprężne.

Moja pierwsza 159 zasilana była najsłabszym silnikiem w gamie – 1.9 JTDm 8V 120 KM. Zalety? Pali niewiele, jakoś jedzie, a do tego ma bardzo harmonijny, przewidywalny i całkowicie zerowy przyrost mocy wraz ze wzrostem prędkości obrotowej. I choć mogłem trochę bronić tego silnika, kiedy był mój, to teraz nie poleciłbym go raczej nikomu. Nie dlatego, że ostatecznie udało mi się go uśmiercić, ale dlatego, że nie zapewnia w tym aucie aż takiej frajdy, jaką to auto jest w stanie dostarczyć.

Tak, mało pali i jego serwis nie jest drogi, a do tego jest pozbawiona pojedynczych bolączek wersji 150 KM. Ale nie jedzie, nie brzmi i każde wyprzedzanie trzeba bardzo, bardzo dokładnie zaplanować. W bonusie jest jeszcze łączona z niezbyt trwałą skrzynią M32, choć plus jest taki, że jej naprawy są stosunkowo tanie.

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że przejechałem z takim silnikiem prawie 40 000 km, i gdyby nie wyzionął ducha, prawdopodobnie jeździłbym z nim dalej. Niestety Na szczęście tak się nie stało.

Gdzieś pomiędzy jedną a drugą 159 miałem jeszcze okazję pojeździć dłużej odmianą 2.4 JTDm z automatyczną skrzynią biegów. I to na papierze wygląda na strzał w dziesiątkę – jest 200 KM, jest brak konieczności ręcznej zmiany biegów, ale…

2.4 jest niestety jednostką podwyższonego ryzyka, podobnie jak automatyczna przekładnia od Aisina. Największy diesel w 159 ma m.in. problemy z odprowadzaniem ciepła, co oznacza, że choć teoretycznie jest idealny do długich i szybkich podróży, to w praktyce takie użytkowanie może się szybko zakończyć poważną awarią. Do tego jest zauważalnie droższy w serwisowaniu od mniejszych silników.

Szkoda, bo to właściwie jedyna jednostka w gamie silnikowej 159, która ma więcej niż 4 cylindry, i która nie jest całkowicie zła. I chyba jedyna (V6 niestety nie jeździłem), która sensownie brzmi – może nie wybitnie, ale na pewno ciekawiej od standardowych czwórek. Ale ryzyko trochę jednak odstrasza, podobnie jak fakt, że 159 z 2.4 wydaje się niesamowicie ciężka z przodu.

Szukając więc Alfy z ostatniego rocznika produkcji zostałem w zasadzie z dwoma silnikami – 2.0 JTDm w różnych wersjach i 1.75 TBi. Padło na tę pierwszą z prostego względu – wybór był większy i łatwiejszy.

I tak, 2.0 – bazujący w dużej mierze na starszym 1.9 – ma swoje problemy. Kluczowym jest uszczelka smoka olejowego, która po około 100 000 km traci swoje właściwości, prowadząc tym samym nawet do całkowitego zatarcia silnika. Na szczęście wystarczy dbać o regularną jej wymianę i można – podobno – jeździć i jeździć. Radząc sobie od czasu do czasu z innymi drobnymi usterkami, takimi jak np. pękająca obudowa EGR.

Czy żałuję, że nie kupiłem 1.75 TBi? Czasem tak. Ale potem uświadamiam sobie, że to, co mam pod maską, wcale nie jest takie złe. 170 KM zapewnia całkiem sensowne osiągi – może z wyjątkiem bardzo niskich prędkości i ruszania, kiedy całe auto wydaje się niemożliwie wręcz ospałe. W trakcie jazdy po drogach krajowych czy autostradach cieszy jednak to, że niemal zawsze jest zapas, który pozwoli w odpowiedniej chwili przyspieszyć.

W porównaniu do TBi cieszy też bez wątpienia spalanie. Przy podróżach po zwykłych drogach, nawet niekoniecznie idealnie zgodnie z przepisami, bez większego problemu udaje się zejść poniżej 6 l na każde 100 km. Jeśli wyjątkowo mi się nie spieszy, udaje mi się nawet – bez tamowania całego ruchu – osiągnąć wynik poniżej 5 l.

Na autostradach tak dobrych wyników oczywiście niemal nie da się już powtórzyć. Przy dużo szybszej jeździe często wskazania komputera zatrzymywały się na koniec gdzieś pomiędzy 7 a 8 l. Z drugiej strony, podróżując do Holandii z czterema osobami na pokładzie i pełnym bagażnikiem, średnia z całej trasy wyniosła dokładnie 6,8 l. W TBi podejrzewam, że nie byłoby szans na tak niskie spalanie.

Oczywiście 2.0 JTDm idealny nie jest. Jego kultura pracy jest jak najbardziej akceptowalna, ale nie mamy ani przez chwilę wątpliwości, że jedziemy dieslem – zarówno, jeśli chodzi o dźwięk silnika, jak i np. dochodzące do kabiny wibracje. Nowsze konstrukcje, nawet popularne 2.0 TDI, potrafią być pod tym względem lepsze – podobnie jak w kwestii średniego spalania.

Nie mam też przekonania do manualnej skrzyni C635. Teoretycznie powinna być lepsza niż M32, ale muszę przyznać, że ostra charakterystyka pracy tej drugiej pasowała mi bardziej. I o ile M32 o dziwo nigdy mnie nie zawiodła, o tyle moje C635 od samego początku ma typowe dla pierwszych lat produkcji tej przekładni haczące biegi 1-3. Podobno w Giuliettach w późniejszym okresie ten problem usunięto. Podobno da się go usunąć i w 159. Ale podobno też nie prowadzi to do żadnych poważnych uszkodzeń, więc póki co nic z tym nie robię.

To teraz najciekawsze – co się psuje?

czy warto kupić diesla chip diesel

Alfa. A tak na poważnie, to w 159 jest kilka słabszych punktów, z którymi trzeba się niestety pogodzić.

Nie chodzi tutaj jednak o zawieszenie. To – przynajmniej przy moich 16-calowych felgach – nie wymagało niemal żadnych większych nakładów finansowych w żadnej z Alf, mimo jazdy po naprawdę kiepskich drogach. Przez 55 000 km z poważniejszych rzeczy wymieniłem w sumie jeden wahacz – niestety dolny, który najlepiej wymienić na oryginalny, czyli kosztujący około 1700 zł. W pierwszej 159, przy przebiegu w okolicach 260 000 km, poddały się też przednie amortyzatory.

Psują się jednak inne, drogie elementy. Przykładowo zaskakująco szybko potrafią się skończyć półosie napędowe, a także maglownice – szczególnie w autach z przedzmianowym zbiorniczkiem i płynem do wspomagania. Standardowo też w przypadku diesli – a to niemal jedyne sensowne jednostki napędowe w 159 – musimy liczyć się w pewnym momencie z wymianą osprzętu w rodzaju dwumasowego koła zamachowego, wtryskiwaczy czy turbiny. Na szczęście te elementy są raczej na tle reszty rynkowej stawki ponadstandardowo wytrzymałe.

Jest też kilka drobnych, irytujących problemów, które stosunkowo trudno naprawić. Przykładowo w dwóch z trzech 159, które miałem, klimatyzacja w pewnym momencie zaczynała wydawać dźwięk podobny do pracującej wiertarki. Owszem, da się go zlikwidować, ale polega to na kolejnym wymienianiu poszczególnych elementów i sprawdzaniu po jakimś czasie, czy to pomogło.

Lista nie jest więc długa, ale trzeba pamiętać o jednym – nie każdy serwis jest w stanie odpowiednio zająć się 159, a kiepska obsługa serwisowa będzie stopniowo prowadzić do jeszcze większych i większych wydatków. A dobry serwis – tak samo jak serwisowanie na oryginalnych częściach – zdecydowanie nie będzie tanie.

PS. Dementuję, jakoby 159 miało kiepskie reflektory halogenowe. Byłem wprawdzie tego samego zdania, ale tylko do momentu, kiedy kupiłem mniej zmęczony życiem egzemplarz i nie wsadziłem do niego dobrych żarówek. Po prostu reflektory w 159 szybko się zużywają i warto je raz na jakiś czas odświeżyć i wyregulować.

Czy kupiłbym trzeci raz?

Raczej nie. Może gdyby była jakaś wyjątkowa wersja na samym szczycie gamy, wtedy rozważałbym kupno 159 po raz kolejny, bo choć nie jest to auto idealne, to niemal w pełni zaspokaja moje potrzeby.

Ale tego, że kupiłem drugą 159, nie żałuję ani trochę. Szczególnie dlatego, że pierwsza była bardzo biednie wyposażona. W drugiej mam już natomiast nie tylko mocniejszy silnik, ale i niemal kompletne wyposażenie, wliczając w to pół-ceratoweskórzane fotele, ciemne wykończenie kokpitu i sportowawą kierownicę. I to – pisząc potocznie – zdecydowanie robi robotę.

I nauczyło mnie też, żeby następnym razem nie godzić się na tak gołe wersje. Chociaż chętnie z ciekawości przejechałbym się takim 159 w najbiedniejszej wersji – z silnikiem 1.8 140 KM, 5-biegową skrzynią, uproszczonym wyświetlaczem między zegarami, manualną klimatyzacją i szybami z tyłu na korby.

To by było dopiero coś!

Co po Alfie 159?

W tej chwili nie mam bladego pojęcia. Przez jakiś czas byłem przekonany, że nowy Superb kombi, ale – choć to świetne auto – nie ma chyba między nami jakiejś chemii. Giulia z kolei nie ma wersji kombi, a Stelvio jest nie tylko brzydki, ale i drogi.

Z listy chcę to zostaje więc używane V/XC70 ostatniej generacji, a także Mercedes W212.

Choć za każdym razem, kiedy patrzę na 159 albo jadę nią, zastanawiam się, po co w ogóle cokolwiek zmieniać.

Czy warto kupić jeszcze Alfę Romeo 159?

Tak, ale pod żadnym względem nie jest to rekomendacja bezwarunkowa.

Po pierwsze 159 ma swoje braki od strony praktycznej. Po drugie zdecydowanie nie jest to auto całkowicie bezobsługowe – poza tymi droższymi sprawami, o których wspomniałem wcześniej, było sporo drobnostek, które nie uniemożliwiały jazdy, ale warto się było nimi zająć.

Po trzecie w tym segmencie konkurencja jest bardzo duża. Poza niemieckimi młodszymi i starszymi propozycjami jest chociażby bardzo dobry i wygodniejszy niż 159 Peugeot 508. Jest równie wygodny C5 od Citroena. Są też setki BMW E9x z dużo ciekawszą gamą silnikową. Jest też Mercedes W204.

Do tego poszukiwania właściwego egzemplarza 159 mogą trochę zająć. Rozstrzał cenowy ogłoszeń internetowych jest ogromny, a większość stanowią starawe, zmęczone już życiem modele, które mogą wymagać naprawdę sporych nakładów finansowych. A że jedyną rozsądną opcją jest diesel (albo rzadko spotykane TBi), pozostaje nam przeglądanie wieloletnich aut, z prawdopodobnie wielkimi przebiegami albo przebiegami niemożliwymi do ustalenia.

Jeśli jednak chce nam się trochę poszukać – zdecydowanie może być warto.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie