REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Technologie
  3. Militaria

Flaga Ukrainy w awatarze nie powstrzyma Putina. Ale to sygnał, że jesteśmy razem, martwimy się i współczujemy

"W chwili gdy strzepujesz pyłek, jesz posiłek, sadzasz tyłek, na kanapie łykasz wino – ludzie giną". Gdyby dziś Josif Brodski pisał swoją "Piosenkę o Bośni" (o Ukrainie), zapewne wspomniałby coś o kompulsywnym śledzeniu relacji na żywo z frontu, oglądaniu wpisów na Twitterze pokazujących uciekających z Kijowa mieszkańców czy innych scen z udziałem rosyjskich żołnierzy. To surrealistyczne – nasz sąsiad został zaatakowany, a internet pozwala nam to oglądać jak kolejny odcinek serialu.

Wojna Rosji z Ukrainą to wojna oglądana na żywo
REKLAMA

Oczywiście, że wojny były toczone od dawna i każdy z nas mógł przerabiać piosenkę Dezertera, że urodziliśmy się X lat po II wojnie światowej i "nie zastałem tu pokoju". Od dawna można było śledzić wydarzenia w internecie, na Twitterze, na żywo. Jednak działo to się tysiące kilometrów od nas. Teraz tuż przy naszej granicy spadają bomby, a obserwowanie tego na Twitterze czy TikToku jest surrealistycznym przeżyciem.

REKLAMA

Zdaję sobie sprawę, że nie byłem na to przygotowany. W życiu nie pomyślałbym, że będę oglądał relację na Twitterze, jak rakiety uderzają w miasto, w którym studiowała moja koleżanka. W miasto, do którego można było dojechać autobusem z mojej Łodzi.

Czy jesteśmy w lepszej sytuacji niż dawne pokolenia, które o wojnach dowiadywały się z gazet?

Tylko nieliczni mogli czerpać wiedzę z audycji radiowych. Dziś patrzę, jak czołgi z Białorusi wjeżdżają na teren Ukrainy, jak mieszkańcy Kijowa w popłochu uciekają z miasta. Boję się, że za chwilę zobaczę rakietę uderzającą w blok, zakrwawione dzieci, ciała z porozrywanymi kończynami – i to wszystko w czasie rzeczywistym, chwilę po tym, gdy stała się tragedia.

Na tym samym Twitterze politycy piszą o możliwych karach, sankcjach, wyrażają oburzenie i złość. Portal, na którym jeszcze wczoraj żartowano sobie z nieistotnych spraw, staje się centrum wojennych informacji. Kontekst, fakt, że chodzi o Ukrainę, zmienia mój punkt widzenia. Może to egoistyczne, ale nic na to nie poradzę: uderza we mnie to z niespotykaną siłą.

Pamiętam 11 września 2001 i włączony TVN24 u dziadków, pokazujący w kółko te same przerażające sceny. Pamiętam inwazję na Irak. Mógłbym wymienić jeszcze kilka innych tragicznych dla ludzkości wydarzeń transmitowanych przez telewizję na żywo. Niby teraz nic się nie zmieniło.

Ale jakby mój mózg nie może przyjąć do wiadomości, że nie dalej niż kilkaset kilometrów ode mnie dzieją się takie rzeczy

Za pomocą tego samego telefonu, na tym samym portalu, na którym mam konto, ktoś nagra, jak jego miasto jest bombardowane. Jak ucieka z własnego kraju. Na Google Maps, które służy mi do wyznaczania tras rowerowych wypadów, można było zobaczyć pierwsze oznaki wojny – bo zrobiły się korki za sprawą czołgów. To jest coś, na co nie mogliśmy być przygotowani. Kto by to sobie wyobraził?

Kiedyś "oknem" była ta jedna kamera reportera. Teraz każdy nagrywa co się dzieje, zalewają nas filmiki. Wiemy wszystko, a jednocześnie dalej nie wiemy nic. Przyszłość jest niejasna, niebezpieczna, niepokojąca.

Strach potęguje choćby obecność rosyjskich trolli – choć teraz ta nazwa brzmi za bardzo sympatycznie, nie pasuje do tych zbirów, którzy próbują wybielić Putina, przekabacić na jego stronę. Byli tu od lat, ale teraz będą manipulować w chwili, kiedy ludzie giną. Gdy spadają bomby, lecą rakiety, oni będą wypuszczali fake newsy. Jak się w tym odnaleźć?

Mam jakiś dysonans, gdy widzę komunikat, że w relacji na żywo pojawił się nowy wpis. Mój mózg jest już przyzwyczajony do takich sygnałów. Podobno podczas przeglądania mediów społecznościowych wytwarza się to samo chemiczne coś, co w trakcie gry w jednorękiego bandytę czy inne hazardowe zło. Tak jak nałogowy gracz pociąga za rączkę i liczy, że wypadnie odpowiednia kombinacja, tak my odświeżamy tablice mediów społecznościowych w nadziei na to, że nakarmimy mózg czymś ciekawym.

I nagle po tym komunikacie "nowy wpis!" faktycznie dostaje potężną dawkę informacji. "Ukraina: co najmniej 7 cywilów zginęło w atakach, a 9 zostało rannych", "Ukraina: rosyjskie wojska przekroczyły granicę w trzech obwodach jednocześnie - czernihowskim, charkowskim i Ługańskim", "Na lotnisku w Iwano-Frankiwsku na zachodzie kraju doszło do eksplozji. Na razie nie potwierdzony został atak Rosjan".

Czuję, że to za dużo

Przecież kiedyś "nagroda" w postaci czegoś faktycznie interesującego wpadała raz na jakiś czas, właściwie to wcale, przez co trzeba było odświeżać dalej – bo mózg domagał się konkretu.

Teraz w ciągu dwóch godzin od wstania w łóżka przyjąłem nieprawdopodobną dawkę faktów, które po prostu mnie zmroziły. Każdy jeden był tak samo poruszający, przerażający. A mimo to nie mogę przestać i klikam dalej "pokaż nowy wpis". Czuję, że to wymknęło się spod kontroli – internet i nowe technologie nauczyły mnie takich zachowań, ale nikt nie spodziewał się, że w odpowiedzi użytkownicy telefonów otrzymają informacje o inwazji na kraj sąsiadów, sąsiadujący z NATO i Unią Europejską.

Nagle cieszę się, gdy na Facebooku czy Twitterze widzę pojawiające się w awatarach flagi Ukrainy

Jeszcze kilka lat temu traktowałem te "akty solidarności" krytycznie, mówiąc, że to przykład slacktywizmu – udawanego działania, który ma poprawić samopoczucie, ale nie ma szans niczego zmienić.

REKLAMA

Oczywiście, że flaga Ukrainy w awatarze nie powstrzyma Putina. Ale jest jakby sygnałem, że jesteśmy w tym wszyscy razem. Razem się martwimy, boimy, mamy nadzieję, że to szaleństwo skończy się szybciej niż później. Potrzebuję prostych gestów, wyrazów solidarności. I media społecznościowe mi to dają. Podobnie jak to, że widzę, jak osoby, które obserwuje, piszą o swoich emocjach, odczuciach. Przecież właśnie tym miały być - choć to przykre, że wróciły do korzeni akurat w takim momencie.

Jednocześnie mam świadomość, że jestem w niewyobrażalnie wręcz szczęśliwym położeniu. Martwię się, boję, ale jestem bezpieczny. A jednocześnie śledząc wydarzenia w Ukrainie, po głowie chodzi myśl: jak długo?

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA