REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Technologie
  3. technologie

Afera? Jaka afera? Spotify ma się doskonale, jego rywale nic nie zyskali

Jeśli myślisz, że twój głos w Internecie coś znaczy, a zbiorowe zrywy w ramach szeroko pojętej cancel culture mają jakiekolwiek przełożenie na technologicznych gigantów – mam złą wiadomość. Pomimo istnego tsunami krytyki, Spotify ma się doskonale.

spotify wyniki 2020 koronawirus
REKLAMA

Przyznaję, sam nieco naiwnie myślałem, że ostatnia afera z Joe Roganem i dezinformacją w Spotify nie rozejdzie się po kościach. Powszechne oburzenie artystów i użytkowników, połączone z tąpnięciem na giełdzie dawały nadzieję na to, że największy serwis streamingu muzycznego na świecie odczuje konsekwencje złych decyzji, jakkolwiek symboliczne by one nie były w skali tak ogromnego biznesu. Tymczasem okazuje się, że – jak zwykle – większości użytkowników afera w ogóle nie obeszła, a garstka internetowych pieniaczy nie ma wpływu na technologicznych gigantów.

REKLAMA

Afera? Jaka afera? Spotify ma się doskonale.

Dla tych, którzy ubiegły miesiąc spędzili w samotni lub mieszkają pod kamieniem, przypomnijmy, o co w zasadzie poszło:

  • W grudniu ubiegłego roku, największy podcaster na świecie, Joe Rogan, opublikował wywiad z doktorem Robertem Malone’em, przepełniony informacjami niezgodnymi z naukowym konsensusem odnośnie COVID-19 i programów szczepień.
  • Ponad 200 naukowców z całego świata podpisało list otwarty, wzywający serwis do usunięcia odcinka i sprostowania zawartej w nim dezinformacji,
  • Spotify uznało, że nic nie musi, a poza tym usunęli już ponad 20 tys. odcinków innych podcastów rozsiewających teorie spiskowe, więc o co w ogóle się czepiacie,
  • Neil Young uznał z kolei, że skoro tak, to Spotify ma wybór: albo Rogan, albo on. Następnego dnia katalog muzyki Neila Younga wyparował z serwisu,
  • W odwecie swoją muzykę zaczęli usuwać z serwisu inni artyści, m.in. Joni Mitchell, a przez media społecznościowe przetoczyła się akcja #deletespotify, w ramach której rozwścieczeni użytkownicy usuwali konto w Spotify i przenosili się do innych serwisów streamingowych,
  • Akcje serwisu na giełdzie spadły do poziomu najniższego od dwóch lat,
  • Spotify ugięło się pod naporem krytyki i… dodało do odcinków podcastów dotyczących COVID-19 disclaimer, że zawarte w nich informacje mogą odbiegać od konsensusu naukowego,
  • Joe Rogan nagrał skądinąd słuszne oświadczenie, w którym broni swojego prawa do kwestionowania tego, co jest uznawane za konsensus, zauważając, iż jeszcze pół roku wcześniej informacje dziś uznawane za fałszywe były brane za pewnik,
  • Jeden z najpopularniejszych podcastów naukowych, Science VS, ogłosił, iż wstrzymuje produkcję nowych odcinków i od tej pory zajmie się obalaniem teorii spiskowych i dezinformacji w innych podcastach, w tym u Joe Rogana.

Cała afera trwała około miesiąca, a gdy kurz opadł, można ochłonąć i na spokojnie przyjrzeć się krajobrazowi po bitwie. Przypomina on z grubsza te wszystkie sceny z anime, w których bohaterowie atakują z całą mocą super-złoczyńcę i wydaje się, że już wygrali, a tymczasem, gdy kurz opada, okazuje się, że przeciwnik jest nietknięty.

Konkurencja nic nie zyskała na kryzysie Spotify.

Serwis TechCrunch opublikował właśnie bardzo ciekawe dane, pozyskane od firmy Sensor Tower, które wyraźnie pokazują, że pomimo zadeklarowanej akcji usuwania Spotify, konkurencyjne serwisy w zasadnie nie poczuły, że z ich arcyrywalem dzieje się coś niedobrego.

W tygodniu między 17 a 24 stycznia wzrost instalacji aplikacji konkurencyjnych serwisów był… znikomy. Amazon Music zarejestrował przyrost w wysokości 3,4 proc., Apple Music w wysokości 3,3 proc., zaś Tidal w wysokości 30,2 proc., ale w przypadku Tidala mówimy o liczbach tak niewielkich, że wręcz pomijalnych. Czym bowiem jest niespełna 40 tys. nowych instalacji Tidala na urządzeniach mobilnych wobec 6 mln instalacji Spotify w tym samym okresie?

Źródło: TechCrunch

Co więcej, specjaliści z Sensor Tower zwracają uwagę, że o ile widać różnicę w skali tygodnia, tak porównując wyniki styczniowe z grudniowymi widać spadek instalacji wszystkich aplikacji streamingowych prócz Tidala. W tym krajobrazie chwilowy wzrost instalacji konkurencyjnych serwisów wydaje się co najwyżej chwilową, nic nieznaczącą anomalią.

Podobnie rzecz się ma na froncie giełdowym. Choć przez moment wydawało się, że akcje Spotify runą i zaliczą największy dołek w historii, to tuż po oświadczeniu serwisu zaczęły się odbijać i są na dobrej drodze, by w tym miesiącu wrócić do poziomu sprzed całej afery.

Akcje Spotify po aferze z Joe Roganem wracają do normy.
Akcje Spotify po aferze z Joe Roganem wracają do normy.

Twój głos w Internecie nic nie znaczy. Nie dla big techów.

REKLAMA

Smutna konkluzja tej sytuacji jest niestety taka, że znakomita większość użytkowników popularnych usług internetowych ma w głębokim poważaniu jakiekolwiek kontrowersje. Jak powiedział mój jeden znajomy: „co mnie obchodzi jakiś podcaster, korzystam ze Spotify dla muzyki”. Z kolei oddolny ruch #deletespotify błyskawicznie się rozleciał. Należący do niego ludzie nawoływali nie tylko do zmiany platform przez słuchaczy, ale też do porzucenia Spotify przez niezależnych artystów. A tu niestety pojawił się problem natury biznesowo-praktycznej, gdyż Spotify oferuje artystom bodajże najlepszą platformę, jeśli chodzi o generowanie zasięgów i dystrybucję ich muzyki (nawet jeśli nie płacić najwięcej za odtworzenia). Na Twitterze widziałem wiele wpisów artystów, którzy deklarowali, że chętnie usunęliby swoją muzykę ze Spotify na gruncie ideologicznym, ale nie są Neilami Youngami – dla nich byłoby to ekonomiczne samobójstwo.

Spotify zaś w swoim oświadczeniu dobitnie pokazało, że za nic ma uwagi użytkowników, a nawet naukowców, a wart 100 milionów dolarów deal z Joe Roganem wart jest dla nich więcej niż rzetelna walka z dezinformacją. Mówiąc wprost, twoje słowo jako użytkownika, czy moje słowo jako przedstawiciela mediów, a nawet słowo ponad 200 naukowców nie znaczy nic dla technologicznego giganta, dla którego wartością nadrzędną jest zarobek. I prawdę mówiąc nie wiem już, jak kontrowersyjną decyzję musiałby podjąć któryś z big techów czy wiodących dostawców internetowych usług, by internetowy ruch oporu okazał się na tyle silny, by wywrzeć na niego realny wpływ.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA