Kosmos  /  News

W Ziemię regularnie waliły planetoidy wielkości miasta. Jedne przyniosły życie, inne je zabierały

planetoidy

Astronomowie zaglądają dosłownie na granice obserwowalnego wszechświata, sięgają niemalże do samego początku wszechświata, odkrywają nowe planety krążące wokół innych gwiazd, a także i takie, które nie krążą wokół niczego. Tymczasem niewiele wiemy o swoim własnym domu.

Spójrzmy uczciwie. Jak przekonują naukowcy dzięki licznym sondom kosmicznym, lepiej znamy powierzchnię Księżyca i Marsa niż dno oceaniczne na Ziemi. Warto przy tym pamiętać, że oceany zajmują ponad 70 proc. powierzchni naszej planety.

Poziom naszej wiedzy jest zatem zawstydzający. Nie lepiej jest w wymiarze czasowym. Owszem, bezustannie poznajemy losy Ziemi na przestrzeni dziejów, ale dzięki temu, że na Ziemi zachodzą aktywne procesy tektoniczne, które niejako regularnie czyszczą powierzchnię Ziemi ze śladów jej odległej historii, to wielu rzeczy o naszej planecie nie jesteśmy się w stanie dowiedzieć - szczególnie o jej wczesnym rozwoju, kilku miliardów lat temu.

Ziemia była regularnie bombardowana przez planetoidy

Najnowsze analizy przeprowadzone przez naukowców z Southwest Research Institute w Stanach Zjednoczonych wskazują, że 2,5-3,5 mld lat temu Ziemia była regularnie bombardowana planetoidami o rozmiarach przeciętnego współczesnego miasta.

Teoretycznie, naukowcy wiedzieli o tym, że taki okres w historii Ziemi był, ale naukowcy teraz wskazują, że do uderzeń mogło dochodzić nawet dziesięć razy częściej niż dotychczas przyjmowano. Wyobraźmy sobie takie planetoidy o rozmiarach dużego miasta czy województwa. Wszystko wskazuje, że takie głazy uderzały w Ziemię średnio co 15 mln lat. Mogłoby się wydawać, że to nie jest żadne bombardowanie. W rzeczywistości jednak dotychczas przyjmowano, że tak duże obiekty trafiały w naszą planetę co 100-150 mln lat, a to już robi ogromną różnicę.

Jakie to ma znaczenie?

Najprościej mówiąc: istotne dla historii ewolucji Ziemi, jej składu chemicznego oraz… cóż, ewolucji życia na Ziemi. Jakby nie patrzeć mowa tutaj o planetoidach rozmiarami przypominających lub przewyższających planetoidę, która usunęła dinozaury z powierzchni Ziemi 65 mln lat temu.

Nie chodzi tutaj jednak jedynie o niszczenie przez takie obiekty życia już na Ziemi istniejącego, ale także - paradoksalnie - o to, że takie planetoidy mogły przyczynić się do powstania życia na Ziemi. Zderzenia Ziemi z dużymi obiektami kosmicznymi mogły prowadzić do zmian obfitości tlenu w atmosferze naszej planety, a zważając na to, jak obecne życie na Ziemi polega na tlenie, mogły być one decydujące dla toku wydarzeń, które doprowadziły do powstania nas samych.

Do tych informacji należy dodać jeszcze jeden wymiar: badania planetoid zbliżających się do Ziemi wskazują, że wiele obiektów tego typu może posiadać na swojej powierzchni związki chemiczne, które mogły stanowić podstawowy budulec życia. Oznacza to, że być może powstanie życia na Ziemi zostało sprowokowane w jakiś sposób przez którąś z masywnych planetoid, które miały to wątpliwe szczęście zderzyć się z naszą planetą.

Prawdziwą ironią losu byłoby, gdyby okazało się, że za powstanie życia na Ziemi odpowiada planetoida, której dawno już nie ma i co więcej, dawno na Ziemi nie ma śladów po jej uderzeniu. Tego jednak raczej nigdy się nie dowiemy. Nauka też ma swoje granice.

Jeżeli jednak tak było…

To już tylko taka dodatkowa myśl: zważając, że związki chemiczne w całym wszechświecie są takie same. Gwiazdy i planety obserwowane w naszej galaktyce niczym się zasadniczo nie różnią od Słońca i naszych planet, to można zakładać, że takie same procesy, jakie doprowadziły do powstania życia na Ziemi (przy pomocy planetoid czy też bez ich pomocy) zapewne zachodzą także przy innych gwiazdach, na innych planetach. Dodajmy do tego standardowe szacunki: 200 mld gwiazd w Drodze Mlecznej, ok. 1000 mld planet w Drodze Mlecznej i wychodzi na to, że skoro na Ziemi się udało, to pewnie gdzie indziej też. Pozostaje zatem tylko jedno pytanie, jakie zadał sobie dekady temu Enrico Fermi: gdzie oni są?