Kosmos  /  News

Możemy zniknąć w sekundę przez obcą cywilizację. Przynajmniej tak twierdzi astronom z Harvardu

Picture of the author
630 interakcji
dołącz do dyskusji

Strasznie głupio byłoby, gdyby nasz pierwszy kontakt z przedstawicielami obcej cywilizacji był jednocześnie końcem naszej cywilizacji, prawda? Avi Loeb, astronom z Harvardu przekonuje, że taka opcja też istnieje.

W wielu filmach science-fiction pierwszy, nieprzyjazny kontakt z przedstawicielami obcej cywilizacji oznacza wypowiedzenie wojny i następnie bohaterską walkę ziemskich sił powietrznych z najeźdźcami z przestrzeni kosmicznej. W większości filmów ostateczne zwycięstwo poprzedzone jest zagrzewającą do boju przemową prezydenta Stanów Zjednoczonych (wygłoszoną 4 lipca z naczepy amerykańskiego pickupa) oraz odkryciem, że obcych da się pokonać, infekując ich statki puszkami coca-coli.

Były dziekan Wydziału Astronomii na Harvardzie, Abraham Loeb kreśli jednak mroczniejszą wizję. Według niego mieszkańcy Ziemi, jak i sama Ziemia może po prostu zniknąć wskutek źle przeprowadzonego przez obcą cywilizację eksperymentu naukowego. Wyobraźmy sobie obcych fizyków, którzy testują właśnie gigantyczny, zaawansowany akcelerator cząstek. Po uruchomieniu może on spowodować eksplozję ciemnej materii, która w efekcie mogłaby wypalić wszystko w galaktyce, przemieszczając się przez nią z prędkością światła. Nie brzmi to zbyt dobrze.

Co robić? Astronom podpowiada

Z tego też powodu, jak przekonuje Loeb, powinniśmy jak najszybciej nawiązać kontakt z przedstawicielami obcej cywilizacji i odpowiednio wcześnie nawiązać poprawne stosunki dyplomatyczne. Ciężko się z tym nie zgodzić, brzmi logicznie… przynajmniej dla przedstawicieli naszej cywilizacji.

Jak na razie przed rozpoczęciem takich działań powstrzymuje nas jedna fundamentalna przeszkoda: jedyną cywilizacją, jaką znamy, jest nasza własna. Mimo wielu dekad poszukiwań jak na razie naukowcom nie udało się odkryć żadnych oznak życia we wszechświecie, nie mówiąc już o jakiejkolwiek cywilizacji. Póki co mamy zatem ręce związane.

Swoją drogą, załóżmy, że udało nam się odkryć sygnał pochodzący od obcej cywilizacji. Wiemy nawet, skąd do nas dotarł. Sprawdzamy katalogi gwiazd i okazuje się, że źródłem sygnału jest planeta oddalona od nas o 1000 lat świetlnych. W skali kosmicznej nie byłaby to przesadnie duża odległość. Jakby nie patrzeć, średnica naszej galaktyki, Drogi Mlecznej to przeszło 100 000 lat świetlnych. Mniejsza o to. Odkrywamy taki sygnał. Co to oznacza? Przede wszystkim oznacza to tyle, że ten sygnał do nas dotarł po 1000 lat podróży z prędkością światła.

To z kolei oznacza, że jeżeli na niego odpowiemy natychmiast (bo przecież rozumiemy język obcej cywilizacji, która nie ma nic wspólnego z naszą), od razu z propozycją nawiązania stosunków dyplomatycznych (jasne!), to nasza propozycja będzie leciała do nadawców pierwotnej wiadomości kolejny tysiąc lat. Dalej, jeżeli założymy, że przedstawiciele tamtej cywilizacji żyją mniej więcej tyle samo co my, to nasza wiadomość dociera do nich sto pokoleń po tym, jak pierwotna wiadomość została wysłana. Tutaj musimy mieć nadzieję, że oni także rozumieją naszą odpowiedź i natychmiast odpiszą, że z chęcią podejmą się rozmów. Ta druga wiadomość dociera do Ziemi… kolejny tysiąc lat później, czyli 2000 lat po naszej propozycji.

Czujecie poziom absurdu takiej komunikacji? Świetnie.

Cóż, czysto hipotetycznie, pomijając już naszą wiedzę (albo jej brak) o tym, jak działa i czym grozi ciemna materia, akcelerator cząstek zdolny do zniszczenia galaktyki musiałby mieć rozmiary nieco większe od Wielkiego Zderzacza Hadronów. O ile LHC ma średnicę 9 km, to ten musiałby mieć średnicę większą od rozmiarów Układu Słonecznego. Ale jak to mówią, kwestia skali.

Problem jednak w tym, że w przypadku katastrofy, o której mówi Loeb, nigdy byśmy się o niej nie dowiedzieli. Gdyby faktycznie fala eksplozji ciemnej materii przemieszczała się w przestrzeni z prędkością światła, do samego końca nic by nam na to nie wskazywało. Żadne ostrzeżenie nie mogłoby do nas dotrzeć, bo musiałoby się poruszać z prędkością większą od prędkości światła. Po prostu byśmy w jednej chwili zniknęli. To już wydaje się jednak trochę mniej straszne.

Może zatem wystarczy mieć nadzieję, że do takiego kataklizmu nie dojdzie? Wszak, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, prawda?