Nauka  / Felieton

Mam propozycję: myśl o petardach jak o torturowaniu zwierząt. I co, będziesz strzelać?

Picture of the author
1466 interakcji
dołącz do dyskusji

Godzina 1:00 w nocy. Ciszę rozrywa seria huków, za oknem unosi się dym, z góry słychać płacz rozbudzonych dzieci, z podwórka dochodzi pisk przerażonej kotki, uciekającej w popłochu przed eksplozjami. Nie, nie doszło do wybuchu gazu. To petardy.

Jak co roku trwa zażarta debata o to, czy wolno czy nie wolno odpalać fajerwerków w Sylwestra. Przeciwnicy wynajdują tysiące słusznych powodów, dla których doroczny spektakl sztucznych ogni nie powinien się odbyć, a zwolennicy przerzucają się w wymyślnych memach, o tym jak to muszą znosić zakłócanie porządku przez psy 365 dni w roku i jak to dzielny Szarik w czasie wojny rzucał się na nazistów, a współczesne Yorki siedzą skulone na kolanach swoich przewodników.

Mój osobisty faworyt w kategorii "najgłupszy mem o fajerwerkach"

I jedni i drudzy w większości zapominają, że to nie fajerwerki w Sylwestra są prawdziwym problemem. Są nim petardy.

Petardy są wszędzie.

Jako opiekun dwóch kotów i psa rozumiem w pełni argumenty za tym, by w Sylwestra czy w jakąkolwiek inną okazję nie odpalać fajerwerków, zwłaszcza że technologia dała nam dziesiątki alternatywnych sposobów na tworzenie świetlnych spektakli na niebie. Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że fajerwerki to nie problem. O ile są odpalane w kontrolowanych warunkach, przy określonych okazjach, nie stanowią większego problemu dla domowych czworonogów, które można odpowiednio przygotować i zabezpieczyć przed hałaśliwym spektaklem. Nieco gorzej mają dziko żyjące zwierzęta, dla których fajerwerki mogą skończyć się nawet zgonem, ale to temat na zupełnie odrębną dyskusję.

Na petardy zaś przygotować się nie da. Wybuchają znienacka, pojawiają się niespodziewanie i wcale nie słychać ich raz do roku w okolicach Sylwestra. Tu, gdzie mieszkam, doroczne hukowisko zaczyna się w okolicach końcówki października/początku listopada. Wtedy zaczyna być słychać pierwsze niemrawe wybuchy.

W okolicach grudnia to już wolna amerykanka. Petardy wybuchają z każdej strony, każdego dnia, w każdej dzielnicy miasta. Na moim osiedlu jest to szczególnie dotkliwe, gdyż leży ono na skraju, tuż przy lesie i parku, gdzie najczęściej gromadzą się grupy młodzieży i inteligentnych inaczej dorosłych. W tym roku i tak jest nieco „lepiej” niż w latach ubiegłych, bo młodzi nie chodzą do szkół. Huki zaczyna więc słychać od mniej więcej 15:00; w poprzednich latach huczało też z rana, gdy młodzi szli do szkoły.

W nienawiści do petard, tak zostałem wychowany.

Pierwszy kontakt z petardami „za dzieciaka” skutecznie wyleczył mnie z chęci ich rzucania - starszy kolega z podstawówki tak bardzo chciał nam zaimponować, iż podpalił petardę i postawił na niej nogę. Przewieziono go do szpitala z ciężkimi obrażeniami, a mi rodzice skutecznie wpoili, że petardy to zabawa o potencjalnie niebezpiecznych konsekwencjach dla zdrowia i życia.

Odkąd zostałem opiekunem dwóch kotów, petardy stały się realnym problemem. Sam mogłem je zbywać, huk nie przeszkadza mi zanadto. Kiedy jednak dwa spłoszone koty chowają się pod łóżkiem, dosłownie robiąc pod siebie, zaczyna być to problem. Kiedy w środku nocy budzą się wszystkie dzieci w okolicznych blokach, to również jest problem (tyle jeśli chodzi o twierdzenie, że petardy przeszkadzają tylko zwierzętom).

Apogeum nienawiści do petard i rzucających je osobników osiągnąłem jednak rok temu, gdy nieomal straciłem przez petardę psa. Podczas codziennego spaceru przez park nagle zza krzaka wypadł chłopak, na oko ponad 20-letni i rzucił petardę w naszą stronę. Ale nie taką malutką, lecz kilkucentymetrowe bydlę, które wybuchło niespełna dwa metry od łap mojego psa. W sekundzie wybuchu chciałem pognać za „śmieszkiem” i połamać mu wszystkie palce. Nie mogłem jednak tego zrobić, bo mój pies osunął się na ziemię i trząsł się w konwulsjach. Byłem pewien, że umrze na zawał serca, co nie jest nienormalne u dużych ras. Po 15 minutach na szczęście uspokoił się na tyle, by usiąść. Do domu jednak musiałem go zanieść, bo był tak przerażony, że nie był w stanie iść.

Od tamtej pory ze szczególną siłą życzę każdemu miłośnikowi petard urwanych palców i ciężkich oparzeń. Mój pies do dziś ma traumę. Tak silną, iż nawet lekki wybuch słyszany z daleka kończy się albo paraliżem, albo paniczną próbą ucieczki. W efekcie w tym roku, podobnie jak w ubiegłym, na wieczorne zimowe spacery musimy codziennie wyjeżdżać za miasto, z dala od huków i wystrzałów.

I zanim jakiś mędrek w komentarzu napisze „trzeba było kupić psa myśliwskiego” - to jest pies myśliwski. 44-kilogramowy Spinone Italiano, który do zeszłego roku nie miał większego problemu z hukami, a na strzały z broni z pobliskiej strzelnicy wojskowej po prostu nie reagował, bo tak był wyszkolony przez hodowcę. Wystarczyła jedna, oszałamiająco głośna petarda, by to zmienić.

Rzecz, której nie rozumieją wszyscy wstawiający memy o „dzielnym Szariku” jest taka, że psy myśliwskie, wojskowe czy policyjne (zwłaszcza te dwa ostatnie) poddawane są długotrwałemu, specyficznemu i rygorystycznemu treningowi od pierwszych tygodni swojemu życia, by uczyć się nie reagować na takie bodźce. Dla „zwykłego” psa, nieszkolonego w obyciu z bronią i hukiem, wybuchająca petarda jest niewiadomą i każdy pies może zareagować inaczej. Nie mówiąc już o kotach czy domowych gryzoniach, których nie da się w żaden sposób z takimi przypadkami oswoić.

Jak w przykładzie z wczorajszej nocy, który przytoczyłem we wstępie - o 1 w nocy ktoś świadomie rzucał petardami w kotkę, której dzieci zbudowały na osiedlu domek na zimę. Jakie argumenty w takiej sytuacji mają zwolennicy petard? Jakie usprawiedliwienie dla znęcania się nad Bogu ducha winnym zwierzęciem? O nim też powiecie, że kiedyś koty miały więcej godności, a dziś uciekają przed byle petardą?

Dlaczego lubimy petardy?

Istnieją solidne powody, dla których możemy lubić czy nawet czuć pociąg do fajerwerków. Przede wszystkim, to piękne spektakle rozbłysków na niebie, które mogą się podobać. Ponadto na poziomie atawistycznym kojarzą się nam z ogniem, a także z kontrolowanym strachem. Czym jednak pociągają nas petardy, których jedyną rolą jest wywołanie huku? Nie mam pojęcia.

Nie udało mi się znaleźć choćby jednego solidnego badania w temacie. Jedynie opinię neuropsychologów, iż prawdopodobnie ów pociąg wynika z chęci zaznania kontrolowanego strachu i produkcji adrenaliny. Doktor Daniel Glaser z londyńskiej Science Gallery np. uważa, iż w petardach i fajerwerkach ludzi ekscytuje oczekiwanie na wybuch, oraz odmienność bodźców słuchowo-wzrokowych od tego, z czym mają do czynienia na co dzień.

Z całą pewnością musi się za tym kryć jakiś atawizm, bo w rzucaniu petard jest coś bezsprzecznie prymitywnego, skoro rzucających je osobników cieszy huk. Wystarczyłaby jednak odrobina wyobraźni, by zrozumieć, że o ile ludziom rzucającym petardę ów huk nie przeszkadza, tak osoby postronne, a już w szczególności zwierzęta, mogą być nim przerażone. Jak widać jednak rzucanie petard to rozrywka dla ludzi pozbawionych jakiejkolwiek empatii, lub ludzi po prostu okrutnych.

Petardy to głupia i niebezpieczna zabawa, bez żadnych pozytywów.

Nie istnieje ani jeden argument za tym, by rzucać petardy.

Petardy straszą zwierzęta, dzieci i ludzi starszych. Wypalone „smoki” leżą tygodniami na chodnikach i w trawach, zaśmiecając teren i stwarzając zagrożenie dla dzikich zwierząt, które mogą taką pozostałość zjeść. Źle użytkowana petarda może też doprowadzić do poważnych obrażeń osób w pobliżu wybuchu, a - wybaczcie mi - sądząc po aparycji osobników, którzy najczęściej je rzucają, trudno mówić tu o jakiejkolwiek odpowiedzialności. Zwykle takich ludzi, niezależnie od wieku, łączą dwie rzeczy: łysa pała i zbroja z ortalionu.

Prawo również jest bezradne w egzekwowaniu podjętych ustaleń. Zgodnie z przepisami, petardy i fajerwerki można legalnie odpalać jedynie 31 grudnia i 1 stycznia. Co więcej, sprzedaż środków pirotechnicznych osobom niepełnoletnim polega karze grzywny, zaś niewłaściwe użytkowanie petard może grozić odpowiedzialność karna, wynikająca z art. 160 § 1 kk, który mówi o „narażeniu człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu”. Innymi słowy, za rzucenie petardy w drugą osobę możemy zostać skazani nawet na 3 lata więzienia.

Żaden z przepisów nie przyczynił się jednak do tego, by ów proceder opanować. Nadal petardy wybuchają na długo przed i na długo po Nowym Roku, i nadal trafiają głównie w ręce osób niepełnoletnich. A policja? W ubiegłym roku miałem doskonały przykład jej „skuteczności”.

Przez kilka tygodni na sąsiedniej ulicy banda chuliganów ciskała petardy na podwórka mieszkańców, kilka razy wrzucając je nawet do domów. Wespół z kilkoma sąsiadami udało się nam dokonać zatrzymania obywatelskiego. Policja przyjechała na miejsce, wysłuchała zeznań i… nic. Skończyło się pouczeniem dla dwóch nieletnich sprawców i demonstracyjnym objazdem „suką” po osiedlu, żeby pokazać reszcie bandy, że policja czuwa.

W tym roku osobiście wykonałem kilka telefonów na policję, by zgłosić naruszanie spokoju i ciszy nocnej. Radiowóz albo nie zjawiał się wcale, albo zjawiał się tak późno, iż sprawcy zdążyli być daleko stąd. Równie bezużyteczna w karaniu jest Straż Miejska, której patrole regularnie przejeżdżają przez pobliski park. Wielokrotnie widziałem, jak Straż przejeżdża i nie reaguje na wybuchające petardy. Fantastyczna egzekucja przepisów.

Rzucanie petard to znęcanie się nad zwierzętami. Najwyższa pora, żeby zacząć to tak traktować.

Nie apeluję do zdrowego rozsądku, bo w rzucaniu petard nie ma cienia zdrowego rozsądku.

Od strony „edukacji” sprawa jest przegrana. Ludzie rzucający petardy nie rozumieją, że robią coś złego. Co gorsza, często widuję też rodziny z dziećmi, które petardami rzucają. Małe dzieci, które rodzice uczą, że nie ma w tym nic złego, dając im do rąk te malutkie wybuchające kulki, które wybuchają z trzaskiem, jeśli je cisnąć o ziemię. Fantastyczna zabawa, doprawdy. Jeśli jesteś rodzicem, pozwalającym dziecku na taką zabawę i czytasz te słowa - gratuluję. Wychowujesz kolejne pokolenie ludzi pozbawionych elementarnej empatii do innych istot żywych, dla których „niewinna zabawa” twojego dziecka może być przeżyciem traumatycznym.

Jeśli już bardzo chcesz wraz z dzieckiem świętować wejście w Nowy Rok z feerią barw i wybuchów, można postawić na mnogość rozwiązań bezhukowych - zimne ognie, rzymskie ognie, "wulkany". Jest mnóstwo opcji na to, by sprawić dziecku radość nie czyniąc przy tym krzywdy drugiej osobie i zwierzętom. O ile oczywiście potem po sobie posprzątasz. Każde rozwiązanie będzie lepsze niż petardy.

Jedyne, co mogłoby rozwiązać problem wszechobecnych petard, to całkowity zakaz ich produkcji i sprzedaży, oraz - moim zdaniem - bezwzględne karanie rzucających petardami za znęcanie się nad zwierzętami, bo tym w istocie jest każdorazowe odpalenie petardy: świadomym, bezpośrednim lub pośrednim znęcaniem się nad zwierzętami, zarówno domowymi, jak i dzikimi. I gorąco liczę na to, że jeśli kiedykolwiek w tym kraju z dykty doczekamy się instytucji Rzecznika Praw Zwierząt, będzie to jeden z pierwszych postulatów, jaki ów rzecznik zrealizuje.

Podobał się tekst? Polub go lub udostępnij na Facebooku.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst