Koronawirus  / Felieton

Negując koronawirusa próbujemy poradzić sobie z rzeczywistością, której nie potrafimy zrozumieć

Gdy czytam w mediach społecznościowych komentarze na temat koronawirusa i pandemii, zalewa mnie krew. Mimo wszystko staram się zrozumieć motywy, jakimi kierują się koronasceptycy.

Koronawirus przestał być abstrakcją. Perspektywa się zmieniła, bo chorują nasi bliscy, znajomi, a nawet my sami. Nie mówimy już o zbiorze anonimów wykazywanych w statystykach, ale konkretnych żywych osobach.

Dziś było 19 883 zdiagnozowanych przypadków koronawirusa

Gdy zachorowała bliska mi osoba, w podobnej - jak powyższa - liczbie składającej się z części dziesięciotysięcznej, tysięcznej, setnej i dziesiętnej dostrzegłem też część jednostkową. To konkret, który sprawił, że epidemia przestała być faktem medialnym, a stała się czymś głęboko osobistym.

Owszem, na każdym kroku doświadczamy skutków pandemii: nasza wolność została w dużym stopniu ograniczona, nasze bezpieczeństwo ekonomiczne zachwiane. Dopóki jednak koronawirus nie stał się dla nas osobistym doświadczeniem, mieliśmy jedynie poczucie uczestniczenia w surrealistycznym spektaklu.

No bo jak to? Żyjemy w XXI w. medycyna radzi sobie dobrze z jednostkami chorobowymi, które masowo zabierały do grobów całe rzesze ludzi. Tymczasem przyszedł do nas z Azji wirus, który nie tylko jest bardzo zaraźliwy, ale potrafi wywołać bardzo poważne powikłania. Niewiele osób pamięta, że SARS w nazwie SARS-CoV-2 - to akronim od severe acute respiratory syndrome - czyli zespołu ostrej niewydolności oddechowej. Już w nazwie kryją się możliwe konsekwencje zakażenia.

Świat stanął w miejscu. Zamknęliśmy się w domach. Ograniczyliśmy kontakty, tymczasem przez pierwsze miesiące pandemii większość z nas nie doświadczyła na własnej skórze innych jej skutków niż obostrzenia. Minęły wakacje, a sytuacja zaczęła się diametralnie zmieniać. Coraz więcej zakażeń, coraz więcej zajętych miejsc w szpitalach. Dantejskie sceny pod szpitalami, gdzie zaczęły ustawiać się kolejki karetek z pacjentami. Relacje w mediach, w których ludzie ciężko chorzy opisują, jak dotkliwe mogą być objawy COVID-19.

Gdy oglądamy świąt przez szybę telewizora czy ekranu komputera lub smartfona, nadal doświadczamy poczucia nierzeczywistości. Przecież nas to nie dotyczy? Lampka w świadomości zapala się, gdy okazuje się, że zachorowali ci, których znamy.

Koronawirus jest rzeczywistością

Bez względu na to, czy patrzymy na koronawirusa przez pryzmat biologii, medycyny, psychologii czy socjologii - jest on rzeczywistością.

Na poziomie biologicznym mamy do czynienia z wirusem, którego genom pokrywa się w 3/4 ze znanym wcześniej wirusem wywołującym SARS-CoV (bez 2). Pojedynczy wirion, czyli cząsteczka wirusa, ma wielkość od około 60-70 do ponad 140 nanometrów. Gdyby założyć, że wirion ma np. 70 nanometrów, w centymetrach uzyskamy wynik 0,000 007 cm. Spróbujcie podzielić w wyobraźni centymetr na tyle części - będzie to trudne. Wirus składa się z kilku białek. Jego RNA chronione jest przez białka nukleokapsydu. Istotne w ataku na ludzkie komórki są białka szczytowe. To one odpowiadają za interakcję z komórką ludzką.

Ten do bólu uproszczony opis koronawirusa pojawia się w tym miejscu nieprzypadkowo. Naukowcom udało się go opisać i sfotografować pod mikroskopem elektronowym.

Udało się również stworzyć katalog możliwych objawów i powikłań. Organizm ludzki jest skomplikowaną maszyną, poddaną tak wielu zmiennym, że objawy mogą się bardzo różnić u poszczególnych pacjentów.

Na poziomie socjologicznym koronawirus jest również faktem, bo doświadczamy lęku z nim związanego. Z indeksu niepokoju opracowywanego przez Deloitte wynika, że Polacy są w czołówce wśród obywateli państw badanych. Zmierzony statystycznie indeks niepokoju związanego z koronawirusem określono u nas na 34 proc. i jest najwyższym.

Na poziomie jednostki, nazwijmy go czysto ludzkim, doświadczamy tych wszystkich lęków, które socjologowie zawierają w powyższym indeksie. Boimy się zarażenia, ale też skutków pandemii.

Mówienie, że koronawirus nie istnieje, można porównać do negowania kulistości Ziemi

Przykład wydaje się wyeksploatowany, ale jest adekwatny. Dlaczego? Bo ludzkość, co do zasady, zgadza się, że Ziemia ma kształt kuli spłaszczonej na biegunach. Zgadzamy się, też, że jest ona 3 planetą od Słońca za Wenus i Merkurym. Obliczyliśmy jej odległość od naszej gwiazdy - szacujemy ją na 150 mln km. Mimo że wielowiekowe odkrycia w dziedzinie astronomii nie pozostawiają złudzeń co do tego, że powyżej opisujemy fakty naukowe, istnieje pewna marginalna grupa ludzi, których nazywamy płasokoziemcami.

Z covidocsceptykami jest podobnie. Niewierzący w koronawirusa stanowią margines, ale jest to głośny margines, który w dodatku często zyskuje tubę dzięki niezbyt rozgarniętym intelektualnie celebrytom. Przykład piosenkarki, która twierdzi, że na szpitalnych oddziałach leżą statyści, jest jednym z bardziej znanych. Efekt koronawirusowego zaprzeczania wzmacniają media społecznościowe. To w nich rozgrywa się dziś batalia o „dusze” ludzkie. To tu rozmnażają się i niosą w świat wszelkiej maści teorie spiskowe. Ludzie ludziom zgotowali ten los, dając narzędzia szerokiej komunikacji tym, którzy w przeszłych czasach swoje mądrości prezentowaliby co najwyżej na osiedlowej ławce czy pod sklepem.

Warto postawić sobie pytanie - skąd bierze się koronascpetycyzm

Niespodziewanie zyskałem nieco przewrotną odpowiedź u amerykańskiego filozofa serbskiego pochodzenia. Thomas Nagel popełnił w 1974 r. artykuł pt. „Jak to jest być nietoperzem?”. Była to krytyka redukcjonizmu, jakim są fizykalne czy też materialistyczne teorie umysłu. Tłumacząc swoje racje Nagel używa porównania, które wydaje się dziś wysoce aktualne.

Dlaczego popularne przedstawienia fundamentalnych odkryć naukowych tak trącą magią - podaje się je wszak do wiadomości jako twierdzenia, które trzeba przyjąć bez rzeczywistego zrozumienia. Mówi się dziś dzieciom, że na przykład materia jest w istocie energią. Jednak choć wiedzą co znaczy słowo „jest”, większość z nich nigdy nie wyrobi sobie pojęcia, na czym polega prawdziwość tego twierdzenia, brak im bowiem podstawy teoretycznej - pisze Thomas Nagel.

Co to oznacza? Że większość z nas jest bombardowana informacjami, których nie jest w stanie przetworzyć. Że ze względu na braki w wykształceniu nie rozumiemy, czym jest koronawirus, w jaki sposób atakuje organizm, jak się przenosi. Mamy mgliste pojęcia ze szkoły. Wiemy, że gdy ktoś kichnie, może nas zarazić grypą, ale to wciąż zbyt mało. Nie rozumiemy, dlaczego SARS-CoV-2 potrafi dawać tak różne objawy, a w dodatku ich spektrum jest tak podobne do chorób, które znamy i które przechodziliśmy wielokrotnie.

Coś tam wiemy, ale liżemy tylko powierzchnię tematu. To dlatego tak łatwo szermujemy statystykami dotyczącymi grypy i nakładamy je na nasze wyobrażenie o obecnej pandemii. Filozofowie powiedzieliby, że korzystamy z heurystyk, czyli uproszczeń, które pomagają nam rozumieć świat, ale też - mówiąc kolokwialnie - nie zwariować. Często jednak popełniamy błędy poznawcze, wysnuwając fałszywe wnioski, korzystając niewłaściwych przesłanek. Mnogość informacji o koronawirusie nie pomaga, a czasem sprzeczne badania, które są w nauce czymś naturalnym, bo przecież naukowcy obalają hipotezy, umacniają nasz sceptycyzm.

Upraszczamy, by jakoś poradzić sobie z rzeczywistością, której nie potrafimy zrozumieć. Niestety te uproszczenia kierują nas na manowce.

Żyjemy w niełatwych czasach. Często trudno weryfikować nam fakty. Komu ufać, skoro nawet prezydent światowego mocarstwa może kłamać na Twitterze jak z nut? Kłamać, czyli wprowadzać w błąd opinię publiczną nie posiadając grama dowodów na swoje dmuchane „tezy”.

Mimo wszystko i wbrew wszystkiemu musimy postawić na naukę

To dzięki niej korzystamy z antybiotyków i leczymy ciężkie choroby, to ona pokazała nam świat na poziomie subatomowym, molekularnym, organu, organizmu, ekosystemu... wreszcie wszechświata. Dzięki nauce korzystamy z GPS-a i map w telefonie. Dzięki niej rezonans magnetyczny pozwala na diagnostykę naszych schorzeń.

Wszystko, czym jesteśmy jako cywilizacja, to zasługa nauki i kultury. Nie mamy pewniejszego gruntu. Naukowcy nie są oczywiście nieomylni. Rozwój nauki polega w pewnym stopniu na falsyfikowaniu wcześniejszych hipotez. Dziś już nie liczymy diabłów na łebku szpilki, czy nie udowadniamy istnienia boga w umysłowych wygibasach. Nie twierdzimy też, że Ziemia znajduje się w centrum wszechświata. Ciągle szukamy prawdy o rzeczywistości. Tylko na tym i aż na tym polega nauka.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst