Koronawirus  / Artykuł

Noszenie maseczki działa jak szczepionka na COVID-19. Jeśli nosisz, zwiększasz szanse na łagodny przebieg

759 interakcji
dołącz do dyskusji

Maseczki chronią. Nie w 100 proc. i nie w taki sposób, w jaki niektórym może się wydawać, ale chronią. Nawet bardziej, niż zakładamy.

Noszenie maseczki nie zapewnia jej właścicielowi pełnej ochrony przed zakażeniem. Bardziej chodzi o to, że maseczka zatrzymuje znaczną większość wirionów wydychanych przez już zakażone osoby.

I to nawet wtedy, kiedy taka zakażona osoba przechodzi COVID-19 bezobjawowo i nawet nie wie, że aktualnie rozprzestrzenia wirusa.

Dodajmy jeszcze, że według tego badania, noszenie maseczek w przestrzeni publicznej przez 80 proc. ludności działa lepiej (tzn. obniża transmisję koronawirusa) niż kompletny lockdown.

To nie koniec zalet maseczek ochronnych

Znowu wracamy do słynnego badania zakażonej załogi i pasażerów na statku wycieczkowym Diamond Princess. Pojawienie się koronawirusa na statku pozwoliło naukowcom na gruntowne przebadanie właściwości wirusa w dość dobrze poznanym środowisku zamkniętym.

Jednym z odkryć poczynionych przez naukowców jest to, że noszenie maseczek ochronnych sprzyja bezobjawowemu lub bardzo łagodnemu przechodzeniu COVID-19. Przypomnijmy, że zaraz po wykryciu pierwszej zakażonej osoby, wszyscy pasażerowie i załoga Diamond Princess bardzo rygorystycznie przestrzegali nakazu noszenia maseczek ochronnych.

Taki reżim sprawił, że odsetek bezobjawowych infekcji na statku wynosił 81 proc. Tu sprawa robi się ciekawa. Amerykańskie CDC podaje bowiem, że odsetek bezobjawowych przypadków COVID-19 wynosi 40 proc. Te 40 proc. potwierdzają dane z kilkunastu statków wycieczkowych (na początku pandemii zdarzało się nagminnie, że na statkach wycieczkowych dochodziło do masowego rozprzestrzeniania się wirusa), na których reżim dotyczący zakrywania ust i nosa nie był aż tak bardzo przestrzegany.

Wariolizacja?

Dlaczego maseczki zwiększyły odsetek bezobjawowych przypadków na Diamond Princess? Naukowcy postawili hipotezę, według której, maseczki ochronne zatrzymują pewną, dość sporą część wirionów, które bez maseczki dostałyby się do organizmu właśnie zakażanego człowieka.

Zmniejszona przez maseczkę, zmniejszona dawka wirusa sprawia, że infekuje on znacznie mniejszą liczbę komórek zakażonego, a jego układ immunologiczny jest w stanie o wiele szybciej opanować nowe zagrożenie. Mechanizm ten, zdaniem naukowców, może działać (to nadal hipoteza) dość podobnie do wariolizacji, metody określanej często jako pierwowzór szczepionek.

Wariolizacja (czy też wariolacja) pochodzi z Chin i po raz pierwszy została udokumentowana w XVI w. i polegała na prewencyjnym zakażaniu zdrowych ludzi ospą prawdziwą w celu wywołania łagodnej infekcji na zasadzie kontaktu osoby zdrowej z małą ilością ropnej wydzieliny pobieranej od chorych. Metoda ta była bardzo powszechnie stosowana do czasu wynalezienia szczepionki na ospę, dzięki której udało się wyeliminować tę chorobę.

Czy ta sama zasada sprawdza się w przypadku koronawirusa - tj. zmniejszona przez maseczkę ochronną dawka SARS-CoV-2 nie jest aż tak bardzo destrukcyjna dla naszego organizmu, przez co zakażenie przebiega albo z lekkimi objawami albo totalnie bezobjawowo? Hipoteza ta nie została w 100 proc. potwierdzona, istnieją jednak bardzo mocne poszlaki, które ją potwierdzają.

Może być to jednak kolejny powód do noszenia maseczek. Oczywiście z zachowaniem reszty zasad higieny - dobrym pomysłem jest na przykład częsta wymiana maseczki na świeżą (lub chociaż jej wypranie). Przypominam, że dopóki nie dysponujemy skuteczną szczepionką lub chociażby sprawdzoną metodą leczenia COVID-19, nasz aktualny arsenał, jeśli chodzi o walkę z wirusem nie jest zbyt imponujący. Dlatego liczy się każda przewaga, którą jesteśmy sobie w stanie zapewnić.

przeczytaj następny tekst