Koronawirus  / News

Paranoja. Cały czas robimy złe testy na koronawirusa i izolujemy niewłaściwe osoby

152 interakcji
dołącz do dyskusji

To, że ktoś zaraził się koronawirusem, nie oznacza, że powinniśmy natychmiast taką osobę izolować od wszystkich innych. Wiele osób, u których testy na obecność koronawirusa dają wynik pozytywny, może mieć niewiele wirusa w sobie, może posiadać już nieaktywne wirusy, przez co nie są groźne dla otoczenia. Czy zatem wykorzystywane testy są zbyt czułe?

Tak przynajmniej twierdzi dr Michael Mina z Szkoły Zdrowia Publicznego na Harvardzie. Według Miny powszechnie wykorzystywane do kontrolowania rozwoju epidemii testy genetyczne PCR są drogie, skorzystanie z nich zajmuje dużo czasu, a na dodatek są zbyt czułe, bo nie wykrywają tylko osób roznoszących wirusa, ale wszystkich jego nosicieli.

Problem jednak w tym, że większość tych nosicieli nie stanowi żadnego zagrożenia dla otoczenia. Koronawirusa można rozsiewać zaledwie przez około tydzień, na dwa dni przed pojawieniem się pierwszych objawów i pięć dni po ich wystąpieniu. Ani wcześniej, ani później nosiciel nie stanowi ryzyka.

Co więcej, jeżeli pacjent zostanie przetestowany po wystąpieniu pierwszych objawów to zanim otrzyma wyniki testu zdąży już zarazić innych. Mamy tutaj zatem dwa problemy.

Testy muszą być szybkie, tanie i powszechnie dostępne

Po pół roku pandemii wszyscy wiedzą już, że nie da się całkowicie zatrzymać koronawirusa wyłapując wszystkich nosicieli i izolując ich od zdrowej części społeczeństwa. Koronawirus jest praktycznie wszędzie. Stąd i konieczna jest zmiana walki z nim. Według dra Miny testy powinny być dostępne powszechnie, nie tylko w szpitalach czy ośrodkach zdrowia, ale w centrach handlowych, zakładach pracy czy szkołach tak, aby można było jak najszybciej wyłapywać i izolować zarażonych. W takiej sytuacji nawet jeżeli test kogoś przeoczy, to poprawiony kilka godzin później czy następnego dnia, i tak go wyłapie.

Jeżeli wszyscy wokół do dyspozycji będą mieli szybkie i tanie testy na koronawirusa, realizacja szeroko zakrojonych badań przesiewowych może w bardzo krótkim czasie znacząco zredukować liczbę nowych infekcji.

Testy nie muszą, a nawet nie powinny, być bardzo dokładne

Zgodnie z nowym dogmatem należy skupić się nie na nosicielach koronawirusa, ale na roznosicielach. To właśnie oni są odpowiedzialni za powstawanie ognisk, gdy w ramach tego krótkiego, tygodniowego okna zaraźliwości, pojawią się na jakimś spotkaniu, gdzie będzie więcej osób, chociażby na ślubie czy na imprezie rodzinnej. Jeżeli także przed takim spotkaniem superroznosiciel skorzystałby z szybkiego i taniego testu na koronawirusa, udałoby się wyeliminować całe ognisko.

Tutaj należy zauważyć, że taki test nie musi być zbyt dokładny. Wystarczy, aby pozwalał na wykrycie roznosicieli, a przepuszczał nosicieli. Eliminując superroznosiciela ze zgromadzenia można byłoby zapewnić bezpieczeństwo pozostałych osób, nawet jeżeli część z nich byłaby nosicielami niezarażającymi. Badacze ze Szkoły Higieny i Medycyny Tropikalnej w Londynie wskazują, że za 80 proc. zakażeń odpowiada zaledwie 10 proc. zakażonych.

Rozwiązanie - testy antygenowe

Choć na początku pandemii, jeszcze kilka miesięcy temu takie nie istniały, to teraz na rynku dostępne są już testy antygenowe, których wykonanie zajmuje dosłownie kilka minut, a których wyniki mają już konkretną wartość. Firma Abbott, producent testów antygenowych wskazuje, że ich produkt może błędnie uznać za zdrowych ok. 3 proc osób faktycznie zakażonych. Choć nie jest to idealny wynik, to warto pamiętać, że  często wykonywany test tego typu wyłapie chorego przy kolejnym podejściu.

W drugą stronę, testy błędnie uznają 1,5 proc. osób zdrowych za osoby zakażone. Oczywiście w takiej sytuacji można wyłapać ten błąd wykonując inny test celujący w inne białko koronawirusa. W sytuacji wystąpienia pozytywnego wyniku u osoby z grupy szczególnie narażonej na koronawirusa, tym drugim testem powinien być już pełny test genetyczny PCR.

Tymczasem na naszym podwórku

Specjaliści z Sieci Badawczej Łukasiewicz opracowują szybkie testy przesiewowe na obecność koronawirusa. Według planów testy będą wykrywały obecność strukturalnych białek wirusa znajdujących się w jego otoczce. Dzięki temu naukowcy będą w stanie oznaczać faktyczną obecność SARS-CoV-2 w badanej próbce, a nie jedynie przeciwciał.

Na podstawie wymazu z jamy ustnej, gardła, nosa lub śliny za pomocą testu będzie można stwierdzić obecność koronawirusa w ciągu 20-40 minut - przekonują przedstawiciele firmy. Obecnie ostatecznym potwierdzeniem zakażenia koronawirusem w Polsce są testy genetyczne PCR.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst