Koronawirus  / Artykuł

Liczba zakażonych koronawirusem może wynosić w Polsce 100 tys. Tymczasem rząd luzuje obostrzenia

30 maja rząd wprowadził czwarty etap odmrażania gospodarki, znosząc tym samym kolejne przepisy wprowadzone na czas epidemii. Sama epidemia nie wydaje się jednak wyhamowywać na tyle, żeby tłumaczyć działania naszego rządu.

Żeby nie było, w tym przypadku interesuje mnie tylko konsekwencja naszej władzy. Na samym początku pandemii Polska zajęła piąte miejsce, jeśli chodzi o liczbę narzuconych na obywateli restrykcji - to wyżej niż Chiny. Do niedawna mogliśmy wychodzić z domów tylko z kilku jasno określonych powodów, ubrani w maski i zobligowani do utrzymywania dystansu i zasad higieny.

W imię tych zasad wielu z nas odpuściło sobie nawet tradycyjne spotkania z rodziną w wielkanocną niedzielę. Rozumiem jednak te działania rządu, które tłumaczone były jako szybka i zdecydowana reakcja pozwalająca nam uniknąć scenariusza włoskiego. Doskonale, państwo zdało egzamin.

Kilka kwestii budzi jednak wątpliwości

Te kolejno wprowadzane etapy odmrażania gospodarki i luzowania przepisów nie mają zbyt wielkiej korelacji z krzywą zakażeń koronawirusem. Co prawda w ostatniej dobie wykryto tylko 219 nowych zakażeń koronawirusem, czyli najmniej od 30 marca, kiedy to potwierdzono 193 zakażenia. Przez cały maj jednak, dzienna liczba wykrytych przypadków była nieco większa.

W ostatnim majowym tygodniu dobowa średnia wykrytych przypadków wynosiła prawie 380. W tym samym czasie rząd luzował kolejne obostrzenia - otwarto lasy, galerie handlowe, zakłady fryzjerskie, zaraz otworzą się siłownie, a od soboty, wychodząc z bloku nie muszę zakładać maseczki.

Tylko skoro wróciliśmy do sytuacji z końca marca, kiedy wielu Polaków, owiniętych maseczkami, stało w kilkugodzinnych kolejkach do supermarketów po roczny zapas papieru toaletowego, skąd ta różnica w przepisach? Minister zdrowia zapowiadał, że wszystkie zmiany dotyczące przepisów wprowadzanych w czasie globalnej pandemii będą dostosowywane na bieżąco i zależne od krzywej zachorowań.

Nie do końca widzę na tyle kolosalną różnicę, żeby otwierać galerie handlowe i znosić nakaz chodzenia w maseczkach pod gołym niebem. A nie wspominałem tu jeszcze ani słowem o Śląsku, który zdaje się być nowym centrum zakażeń koronawirusem w naszym kraju. Albo po prostu jest regionem, w którym wykonuje się najwięcej testów.

Eksperci mają bardzo podobne wątpliwości

- Wiemy też mniej więcej, ile mamy przypadków. To jest nieprawda, że 22 tys., bo to są te wyłapane przez nas klinicznie objawowe (...) czyli trzeba liczyć 80-100 tys. przypadków, które przebyło, czy ma wirus w jakiś sposób - mówi prof. Krzysztof Simon, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Opinia prof. Simona na temat 80-100 tys. przypadków zakażeń w Polsce nie brzmi już tak optymistycznie, jednak pokrywa się z badaniami, według których ok. 80 proc. chorych nie wykazuje żadnych objawów. Jeśli to prawda, to w obecnej sytuacji o wiele łatwiej jest zakazić się koronawirusem, niż na początku epidemii. Simon skrytykował także decyzje rządu o otwarciu stadionów, kościołów i wydanie zezwolenia na organizację wesel. O tym, że koronawirus lubi tłumy wiemy już od jakiegoś czasu...

Stąd zarzut o braku konsekwencji ze strony rządu. Na dobrą sprawę luzowanie obostrzeń wygląda raczej jak krok w stronę przejścia na model szwedzki, niż rzeczywiste opanowanie sytuacji, w której udało nam się zminimalizować ryzyko zakażenia do tego stopnia, żeby czuć się względnie bezpiecznie.

Mogę się też oczywiście mylić i wszystko pójdzie zgodnie z rządowym planem - krzywa zachorowań zacznie sobie miarowo spadać, a my będziemy się cieszyć, że nasze życie wróciło do względnej normalności. Wszystko zależy od statystyk z czerwca.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst