Koronawirus  / Felieton

COVID–owy ból głowy. Po epidemii koronawirusa czeka nas epidemia ekranozmęczenia

Wpatruję się w migający kursor na 32–calowym monitorze. Brzęczy powiadomienie – spoglądam najpierw na 1,2” wyświetlacza na opasce fitness, a potem na 6,1” ekranu smartfona. W którą stronę nie spojrzeć, otaczają nas ekrany.

Wszyscy znamy już alarmujące statystyki odnośnie naszego użycia smartfonów. Słyszeliśmy bicie na alarm z raportów, wg których statystycznie każdy z nas odblokowuje telefon od 80 do nawet 150 razy dziennie (zależnie od badań).

COVID–19 tylko zaostrzył sytuację. Jak donosił niedawno Washington Post, w czasie pandemii średni Czas przed Ekranem mierzony na urządzeniach z iOS wzrósł o 33 proc. Są użytkownicy, którzy mówią o dwu– albo i trzykrotnym wydłużeniu czas spędzanego przed ekranem.

Nim epidemia SARS–CoV2 obiegła świat, oficjalne zalecenia Amerykańskiej Akademii Pediatrycznej mówiły, iż dla człowieka w wieku 5–17 lat nie jest wskazane spędzać przed ekranem więcej niż 2 godziny dziennie.

WHO zaleca, by dla najmłodszych ten czas nie przekraczał godziny dziennie.

Gdy ludzkość zamknęła się w domach, zalecenia się rozmyły. Zniknął oficjalny limit godzinowy, a zarówno AAP jak i inne agencje, w tym chociażby australijskie ministerstwo zdrowia, mówiły o tym, że w czasie zamknięcia czas spędzany przez dzieci przed ekranem znacząco wzrośnie.

Jak bardzo wzrósł – tego jeszcze nie wiadomo. Obstawiam jednak, że gdy pojawią się konkretne dane post–pandemiczne, okaże się, że nie tylko ostatnie miesiące spędziliśmy przyklejeni do ekranów, ale że trudno będzie nas od nich oderwać.

OnePlus 7 Pro opinie

Czas spędzany przed ekranem wzrósł nie tylko z nudów, ale też z konieczności.

Zdalna praca i zdalne nauczanie same w sobie wywindowały czas spędzany przed wyświetlaczami w kosmos. Uczniowie, którzy normalnie spędziliby 6–7 godzin w szkolnych ławkach, patrząc na analogową tablicę i wpatrując się w fizyczne kartki papieru, teraz spędzają 7 i więcej godzin wpatrując się w ekran komputera, czy to na wideoczacie z nauczycielem, czy na rozwiązywaniu zadań domowych.

Wciąż mówimy tylko o ekranach naszych komputerów i smartfonów. A przecież wyświetlacze ciekłokrystaliczne otaczają nas absolutnie wszędzie.

Większość z nas poza komputerem i telefonem spędza jeszcze długie godziny tygodniowo przed telewizorem – kolejny ekran.

Część z nas zastąpiła papierowe książki i magazyny e–czytnikami i tabletami. I chociaż ten pierwszy ma wyświetlacz e–link, który nie szkodzi wzrokowi jak wyświetlacz LCD, to również kolejny ekran.

Analogowe zegarki ustępują pola smartwatchom i opaskom fitness – kolejnym ekranom na nadgarstkach.

Jednym z najgorszych w mojej opinii trendów współczesnej motoryzacji są „wirtualne kokpity”, zastępujące tradycyjne zegary – kolejny ekran, w który wpatrujemy się w dodatku w trakcie jazdy, nieustannie wystawieni na jego męczące światło. A przecież w aucie znajdziemy jeszcze ekran systemu inforozrywki. W niektórych autach te ekrany są wręcz ze sobą połączone, sprawiając wrażenie pojedynczego wyświetlacza, ciągnącego się przez całą długość deski rozdzielczej. W Tesli model 3 i model Y nawet nie ma drugiego ekranu. Jest jeden wielki monitor na środku deski, pełniący rolę kokpitu, systemu multimedialnego i komputera pokładowego w jednym.

Ekrany nas męczą.

Już na początku XXI wieku medycyna ukuła termin CVS – computer vision syndrome, czyli wieloobjawowa dolegliwość wynikająca z długotrwałego wpatrywania się w ekran monitora. Dziś powszechnie mówi się o „screen fatigue”, czyli ekranozmęczeniu.

CVS czy też zmęczenie ekranem to objawia się przede wszystkim astenopią (subiektywnym uczuciem osłabienia oczu), bólami głowy, ogólnym zmęczeniem, nudnościami a w skrajnych przypadkach nawet przewlekłymi migrenami. Do powyższych często dołączają także inne bolączki związane z posturą, w jakiej korzystamy z ekranów – bóle karku, pleców, palców, etc.

W przeprowadzonych w 2016 r. badaniach „Eye strain report” na 10 tys. badanych ponad 65 proc. przyznało, że regularnie doświadcza jednego lub więcej symptomów CVS. Już wtedy, około czterech lat temu, sumaryczny czas spędzany przed ekranami wynosił średnio 6 godzin. Dziś zbliżamy się do niemal ośmiu godzin.

Wiele zamkniętych zakonów przyjmuje regułę 8 godzin pracy, 8 godzin modlitwy i 8 godzin snu. W naszym zdigitalizowanym świecie właśnie się z nimi zrównujemy, tyle że „modląc się” przez 8 godzin dziennie do cyfrowego boga ekranów.

8 godzin to i tak mocno uśredniony szacunek. Według najświeższego badania, przeprowadzonego tuż przed wybuchem pandemii na zlecenie Vision Direct, przeciętny Brytyjczyk spędza 13 godzin dziennie przed różnorakimi ekranami. To samo badanie przeprowadzone na próbie w Stanach Zjednoczonych pokazało, że przed pandemią mieszkaniec Nowego Świata spędzał w cyfrowym świecie przeszło – uwaga – 19 godzin dziennie (!). Nie bardzo chce mi się wierzyć w powszechność tych badań, ale nawet gdyby te wyniki były w połowie prawdziwe, to i tak są zatrważające. Nawet przed pandemią byliśmy przyspawani do ekranów niemal na stałe. Koronawirus dodatkowo wszystko pogorszył. Raport Vision Direct mówi, że przy obecnych warunkach statystyczny dorosły spędzi z twarzą w ekranie 34 (!) lata swojego życia.

COVID–owy ból głowy.

To, jak bardzo męczą nas wszechobecne ekrany i stałe przed nimi przebywanie, stało się jeszcze bardziej widoczne w erze koronawirusa.

Lekcje, praca, a nawet spotkania towarzyskie przeniosły się do wirtualnych komunikatorów, takich jak Zoom, Skype czy MS Teams. Szybko jednak się okazało, że o ile cenimy sobie zdalną formę kontaktu, tak nie pozostaje ona bez wpływu na nasze zdrowie.

Nauczyciele i wykładowcy zwłaszcza skarżą się, iż są wycieńczeni ciągłym siedzeniem przed ekranem, do którego nie byli dotychczas przyzwyczajeni.

Na zmęczenie i brak koncentracji narzekają jednak również uczestnicy wideoczatów, a nawet spotkań rodzinnych organizowanych tą drogą.

Na kanwie rosnącego zalewu podobnie brzmiących skarg powstał nowy termin – „Zoom fatigue” (zmęczenie Zoomem). I choć w nazwie oberwało się jednemu komunikatorowi, to zjawisko dotyczy każdego z nich.

Na łamach National Geographic zespół ekspertów wyjaśnia, skąd bierze się to zmęczenie.

Ogromną jego częścią składową jest opisany wyżej CVS, ale na tym nie koniec. W ludzkiej komunikacji mózg tylko częściowo koncentruje się na wypowiadanych przez drugą osobę słowach. Jednocześnie przetwarza też inne sygnały, płynące od rozmówcy – przede wszystkim mowę ciała, rytm oddechowy czy intonację. Profesor cyberpsychologii z Uniwersytetu Norfolk State w Virginii Andrew Franklin wyjaśnia, że podczas kontaktu bezpośredniego nasz umysł postrzega te wszystkie elementy instynktownie. Nie wymaga to od nas wysiłku.

Podczas wideoczatu poszczególne elementy komunikacji są w ten czy inny sposób zaburzone. Najbardziej „męczące” są oczywiście problemy techniczne; urywany dźwięk, zmieniające się natężenie głośności, przerwy w transmisji obrazu. Zdaniem naukowców nawet opóźnienie na poziomie 1,2 sekundy może nas wytrącić z równowagi.

Do tego dochodzą ograniczenia pozostałych elementów. Na przykład kąt widzenia kamery, który obejmuje tylko część ciała, ucina tułów, dłonie, ramiona, etc. Brak wyraźnego widoku na te elementy znacząco ogranicza naszą zdolność percepcji mowy ciała rozmówców. Profesor Franklin dodaje również, że z racji braku innych czynników, skupiamy się na kontakcie wzrokowym. A ten – utrzymywany zbyt długo – może być onieśmielający lub wręcz stwarzać ewolucyjne poczucie zagrożenia.

Skupieniu nie sprzyja też wiele okien w interfejsie komunikatora, gdyż w danej chwili nie możemy się faktycznie skupić na jednej tylko rzeczy. Jesteśmy za to ustawicznie bombardowani mikro–rozpraszaczami, co skutkuje rozdzieraniem naszej uwagi i w efekcie – męczy.

Czas przed ekranem będzie tylko rósł. Czas z dala od ekranu będzie coraz bardziej cenny.

Nie ma wątpliwości, że pandemia pozostawi trwały odcisk na naszych cyfrowych praktykach, a raz wydłużony czas przed ekranem bardzo trudno będzie skrócić.

Praca i nauka zdalna również pozostaną w mocy, przynajmniej do pewnego stopnia, więc siłą rzeczy będziemy spędzać przed ekranami coraz więcej i więcej czasu.

To wszystko sprawia, że coraz więcej z nas zacznie doznawać symptomów CVS i odczuwać ekranozmęczenie. Uwięzieni w potrzasku wyświetlaczy naszych smartfonów, służbowych komputerów i telewizorów zaczniemy odczuwać coraz silniejszą chęć ucieczki.

Pracuję zdalnie od blisko 7 lat i już od dłuższego czasu mogę sam po sobie zobaczyć, co znaczy zmęczenie ekranami. W erze COVID–owej to zmęczenie narosło do takiego stopnia, iż dziś z wdzięcznością witam każdy moment, w którym nie muszę patrzeć na ekran. Każdą godzinę spaceru, chwilę manualnej pracy czy jazdę autem bez przeklętego wirtualnego kokpitu.

Doszło nawet do tego, że po raz pierwszy od lat znów zacząłem kupować papierowe książki. Zmęczenie ekranem sięgnęło u mnie stopnia, w którym nawet przyjazny dla wzroku wyświetlacz Kindle’a stał się wrogiem, a umysł zapragnął papierowej odskoczni i fizycznego kontaktu z przedmiotem.

O takim obrocie spraw wieszczył w swojej książce „The Revenge of The Analog” David Sax, już w 2016 r. Na jej kartach znajdziemy przykłady wielu biznesów, które zdają się nie mieć najmniejszego sensu w erze cyfrowej (papierowe magazyny, płyty winylowe, aparaty analogowe), a jednak przeżywają renesans za sprawą rosnącego, globalnego zmęczenia cyfryzacją.

Doceniamy internet i dobrodziejstwa cyfryzacji. Cieszymy się z tego, że świat stał się globalną wioską, a obieg informacji stał się natychmiastowy.

Umysł i wyobraźnia chciałyby paść w objęcia cyfryzacji, lecz wykształcone przez tysiąclecia ewolucji organizmy nie są w stanie sprostać wyzwaniu, nie narażając się na rażący dyskomfort. Choć technologicznie nic nie stoi na przeszkodzie, by nasz świat stał się miejscem oblepionym ekranami, rodem z filmów science–fiction, nasze ciała mówią "pas".

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj Spider's Web w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst