Koronawirus  / Felieton

Przestańcie mi dyszeć do ucha. Zachowanie 2 m odległości przerosło wielu Polaków

119 interakcji
dołącz do dyskusji

Pandemia COVID-19 wywróciła nasz świat do góry nogami. Każde wyjście do sklepu czy apteki uświadamia mi, jak wiele musimy się jeszcze nauczyć. Zacznijmy od najprostszego: zachowajmy 2 m odległości.

Mateusz Nowak pisał kilka dni temu o trzech sklepowych jeźdźcach apokalipsy. W jednym z dyskontów (i pod nim) widział ludzi, którzy niby nałożyli rękawiczki, niby sięgnęli po maseczki, a zachowywali się tak, że te środki nie mogły ochronić ich przed największym zagrożeniem - nimi samymi. Sam mam podobne obserwacje, a na co dzień widzę wiele przypadków - łagodnie rzecz ujmując - braku dbałości o bezpieczeństwo w czasach pandemii.

2 m odległości przerosło wielu Polaków.

Zgodnie z nowymi obostrzeniami ogłoszonymi przez rząd pod koniec marca, powinniśmy zachowywać 2-metrową odległość od innych osób. Lekarze już wcześniej zachęcali do utrzymywania dystansu w kolejkach czy na ulicy. Żadne z zaleceń nie jest chyba bardziej zdroworozsądkowe, gdy już musimy wyjść i chcemy zabezpieczyć życiowe potrzeby dotyczące żywności i leków. I chyba żadne inne nie jest łamane częściej.

Będąc w sklepie lub aptece (nigdzie indziej nie wychodzę) wielokrotnie spotkałem się z sytuacją, że ktoś dyszy mi do ucha. Dzieje się to mimo tego, że w tych miejscach wyznaczono odległości taśmami. Wystarczy spojrzeć na podłogę, by zrozumieć bardzo prosty przekaz. Taki, który powinien być zrozumiały nawet dla dziecka.

Nie pomaga. Nie zdarzyło mi się jeszcze, bym poszedł do sklepu czy apteki i ktoś mi nie wisiał nad uchem. Byli to ludzie starsi, młodsi, w sile wieku, kobiety, mężczyźni, dobrze i gorzej ubrani.

Teraz, gdy w sklepach może znajdować się 3 osoby na każdą kasę, która się w nim znajduje, problem przeniósł się przed placówki handlowe. Dziś rano, stojąc pod dyskontem, zwróciłem uwagę człowiekowi, który niemal naruszał dzielący nas dystans intymny.

Przy okazji kwestii dystansu muszę wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie. Choć konieczność zachowania 2-metrowej odległości nawet przez osoby, które mieszkają pod jednym dachem jest powszechnie wyśmiewana, mi wydaje się logiczna. O ile dobrze rozumiem intencję rządzących, nie chodzi o to, by z metrówką mierzyć odległość między osobami, które i tak większość czasu spędzają razem, ale by przede wszystkim zniechęcić je do chodzenia parami. Ma to sens.

Nadal widzę na ulicach watahy młodzieży pałętające się bez celu.

Weźmy na tapet kolejne zjawisko. Widok młodzieży przemieszczającej się stadnie niestety ciągle nie jest odosobniony. Ci rodzice, którzy pozwalają dzieciom opuszczać dom, za nic sobie mają obostrzenia i zakaz wychodzenia osób do 18. roku życia bez opieki. Szkoda, bo niezwykle mobilna młodzież to słabe ogniwo podczas pandemii. O ile od nastolatków trudno wymagać odpowiedzialności i wyobraźni, zdecydowanie brakuje ich często dorosłym ludziom - rodzicom.

Nawet Światowa Organizacja Zdrowia w obliczu pandemii zachęca, by grać w gry wideo. Dzieje się to w sytuacji, gdy wcześniej ta sama organizacja ostrzegała przed graniem i umieściła uzależnienie od gier na liście chorób. Rośnie sprzedaż konsol i czuć to niemal namacalnie. Wśród moich znajomych kilku zaopatrzyło dom w konsole, by zapewnić dzieciom (i sobie) rozrywkę w tym trudnym czasie.

Cieszy mnie powyższy trend, bo granie to świetna forma odpoczynku i dobra odskocznia w czasie pandemii. Sam rozrywam się grając. Rozumiem też, że nie każdego rodzica stać na zakup konsoli, ale jestem przekonany, że jego rolą jest zatrzymanie dzieci w domu. Lepszego wyjścia nie ma. Stąd bardzo denerwuje mnie widok młodzieży puszczonej w samopas w czasie, gdy na koronawirusa umierają ludzie niemal w każdym wieku.

Dobra, teraz coś pozytywnego, czyli jak przetrwać społeczną kwarantannę?

Nie jest moją intencją słowny lincz na moich rodakach. Mimo wszystko staram się nie uderzać w moralizatorskie tony, choć przychodzi mi to z trudem. Na koniec napiszę więc, jak wygląda moja społeczna kwarantanna, by dodać otuchy innym. Wszyscy bowiem jedziemy na tym samym wózku.

Przede wszystkim więcej rozmawiam z ludźmi. Przez telefon, wideorozmowy na FaceTime, Messengera i WhatsAppa. Staram się jednak nie dzielić tylko ponurymi statystykami dotyczącymi liczby zakażonych i zgonów, ale - choć nie przepadam za tzw. small talkami - dzielić się z bliskimi, przyjaciółmi i znajomymi prozą życia. Tym, jak wygląda zmaganie z trudami społecznej kwarantanny. W tym okresie przeprosiłem się z rozmowami o - wybaczcie - dupie Maryni, choć przyszło mi to niemałym trudem.

Gdy nie pracuję (zdalnie!), sięgam po książki (oczywiście w e-bookach). Wspólnie z żoną oglądamy filmy i seriale na Netfliksie i HBO. Sam gram w gry na iPadzie i iPhonie. Częściej podpinam też kontroler midi do tabletu, by pograć muzykę. Tej ostatniej słucham obecnie w nadmiarze. Ostatnio wróciłem do wspaniałej koncertówki Tomka Lipińskiego i Tiltu nagranej w 1996 r. Jest na niej utwór, który dodaje mi szczególnej otuchy w czasach zarazy. Z refrenu zrobiłem nawet dzwonek do telefonu.

Trzymajcie się w tych trudnych czasach i pamiętajcie: jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst