Koronawirus  / Felieton

Zostań w domu. Trzy słowa, których wielu Polaków nie potrafi zrozumieć

922 interakcji
dołącz do dyskusji

Mija tydzień od wprowadzenia w Polsce stanu zagrożenia epidemicznego. Robimy wszystko, by pandemia wirusa z Wuhan zebrała u nas jak najmniejsze żniwo. Nie wszyscy to rozumieją.

Rząd i eksperci mają dla nas jedno proste zalecenie: zostańmy w domu. Zostańmy w domu, by w miarę możliwości ograniczyć rozprzestrzenianie się COVID-19 i nie narażać na niebezpieczeństwo jeśli nie siebie, to chociaż naszych bliskich.

#Zostańwdomu – oczekiwania kontra rzeczywistość

Upiornie piękna jest Warszawa na ujęciach z drona. Dużo się mówi o świecących pustkami galeriach handlowych, w których obecnie działają tylko sklepy spożywcze, apteki i drogerie. W świat idzie przekaz, że Polacy faktycznie siedzą grzecznie w domach. Tyle że nie, nie siedzą.

Jako że mam psa, który wymaga intensywnej aktywności, muszę wychodzić z domu. Staram się to robić odpowiedzialnie – omijam skupiska ludzi, kroki po wyjściu z domu kieruję prosto do lasu, który zaczyna się nieopodal mojego osiedla.

I tak jak jeszcze tydzień temu podczas spaceru z psem zwykle nie spotykałem nikogo (co najwyżej innych psiarzy), tak w tym tygodniu uprawiamy z wyżłem włoskim slalom gigant między spacerowiczami.

Mieszkam w Słupsku, mieście liczącym sobie niespełna 100 tys. mieszkańców. Do tego na osiedlu znajdującym się na skraju, tuż pod lasem, gdzie zwykle nie zagląda wiele osób. Nieopodal mam też Park Kultury i Wypoczynku, który zwykle zaludnia się co najwyżej w niedzielę i to tylko przy ładnej pogodzie.

Odkąd rząd ogłosił stan zagrożenia epidemicznego, czuję się jakbym mieszkał w centrum Warszawy.

Podczas wczorajszego spaceru – 45 minut, dystans góra 5 km – naliczyłem 327 osób. Z tych 327 osób może 20 szło na spacer z psem, kolejne 20 szło samodzielnie.

W znakomitej większości jednak na spacery wychodzą dwie grupy: ludzie starsi i rodziny z dziećmi.

Na każdej ławeczce we wspomnianym parku widać co najmniej 2-3 panie w podeszłym wieku, dyskutujące zawzięcie Bóg wie o czym. Place zabaw w godzinach dopołudniowych są po prostu oblężone – dzieci bawią się jakby nigdy nic, a matki i ojcowie przyglądają się swoim pociechom w kilkuosobowych grupkach, rozmawiając między sobą i czasem popijając piwo. Problem placów zabaw jest na tyle poważny, że wiele miast w Polsce, w tym Słupsk, zdecydowały się owinąć huśtawki i karuzele taśmami zabezpieczającymi.

Tylko co z tego, skoro dzieci nadal korzystają z tych elementów, które osłonięte nie są, albo wręcz przechodzą pod taśmą, by skorzystać z huśtawki? Wszystko to – oczywiście – pod czujnym okiem rodziców i/lub dziadków. I tak przez kilka ostatnich dni.

Dopiero dziś na placach zabaw zaczęło się robić należycie pusto. Potrzeba było do tego jednak trzech czynników, nieobecnych w ostatnich dniach:

  • obniżenia temperatury,
  • kartek z ostrzeżeniami o zagrożeniu epidemicznym,
  • straży miejskiej krążącej po parku.

Powszechnym widokiem nagle stały się całe rodziny z dziećmi, spacerujące spokojnym krokiem w odstępie około 5-10 metrów od innych rodzin z dziećmi. Przysięgam, nigdy nie widziałem tylu rodzin z dziećmi na spacerach w mojej okolicy, co przez ostatnie dni.

I nawet nie chcę zaczynać tematu ćwiczących na świeżym powietrzu. Sam cierpię z powodu tego, że zamknęli siłownie. Zamówiłem sobie osprzęt do domu, by nadal ćwiczyć, pomimo tego, że góra pół kilometra od mieszkania mam park do street workoutu. Słuchając się ekspertów wiem jednak, że park do street workoutu, podobniej jak siłownie na świeżym powietrzu, nie są obecnie bezpiecznymi miejscami, bo wirus żyje na powierzchniach przez długie godziny (o kontakcie z innymi ludźmi nie wspominając).

Nie przeszkadza to jednak, by park do street workoutu był od kilku dni oblężony. Podczas tego samego spaceru, przyglądając się parkowi z drugiej strony rzeki, naliczyłem wczoraj 20 osób ćwiczących jednocześnie. Podobne oblężenie park przeżywał nocą, gdy poszedłem z psem na ostatni spacer około 22:00.

Wniosek nasuwa się jeden: nie zostaliśmy w domu. W głębokim poważaniu mamy to, jak potencjalnie niebezpieczne może być teraz wychodzenie na zewnątrz.

#Zostańwdomu to wydmuszka. Polacy w nosie mają zalecenia

Podobne historie napływają do nas z całej Polski. W Spider’s Web jesteśmy rozsiani po całym kraju i podobne sytuacje, jak w Słupsku, widzą też koledzy z Warszawy czy Wrocławia.

Ba, w Warszawie do problemów spacerowiczów dołączył też problem imprezowiczów – studenci i uczniacy zwolnieni ze szkoły uznali, że okres izolacji to najlepsza pora na imprezy nad Wisłą. W końcu władze Warszawy musiały zamknąć wszystkie miejsca schadzek nad rzeką, ku powszechnemu oburzeniu imprezujących.

Oczywiście przestrzeganiu zaleceń nie sprzyja piękna pogoda. Nie wiem jak w innych częściach Polski, ale na Pomorzu mamy pierwszy słoneczny tydzień od wielu miesięcy (przynajmniej do wczoraj). Rozumiem, że kusi, by wyjść na zewnątrz, zwłaszcza teraz, gdy tak wiele osób jest na przymusowych urlopach, a dzieci siedzą w domu.

Akcja #Zostańwdomu nie jest jednak bzdurnym wymysłem i tylko ładnie brzmiącym hasztagiem. To postawa, od której zależy, czy skończymy jak Singapur, czy jak Włochy.

Włochy właśnie przegoniły Chiny, jeśli chodzi o liczbę śmiertelnych przypadków zarażenia COVID-19. Liczba aktywnych zarażonych nieustannie rośnie. W znacznej mierze dlatego, że Włosi zareagowali zbyt późno, a gdy już zareagowali, potrzeba było interwencji służb, by trzymali się zaleceń.

Tymczasem Singapur podjął szybkie i zdecydowane kroki – azjatycki tygrys surowo każe za złamanie zaleceń o izolacji, podobnie jak za rozprzestrzenianie fałszywych informacji. W efekcie pomimo 345 wykrytych zakażeń (stan na 20.03.2020), nie ma jeszcze ani jednej ofiary śmiertelnej.

Dla porównania, na 20.03.2020 w Polsce – gdzie przeprowadzanie testów idzie nam opornie – mamy już 411 potwierdzonych przypadków i, niestety, 5 zgonów. Przypomnijmy też, że np. w Stanach Zjednoczonych koronawirus w blisko 40 proc. dotknął osoby młode. Nie można już powiedzieć, że „to dotyczy tylko starych ludzi”. Nie – to dotyczy nas wszystkich.

Tak niefrasobliwe podejście do tematu sprawia też, że wszystkie inne działania - ograniczenie zgromadzeń, zamknięcie szkół i galerii handlowych, odstępy w sklepowych kolejkach - to krew w piach. Bo co z tego, że nie pójdziesz dziś do kościoła, skoro pójdziesz z dzieckiem na plac zabaw, razem z dziesiątką innych mamuś i tatusiów?

Dlatego zostań ku#w@ w domu!

Zdaję sobie sprawę, że nierealnym jest oczekiwanie, by wszyscy nagle zaszyli się w domach. Trzeba żyć – robić zakupy, chodzić do pracy, czasem zaczerpnąć świeżego powietrza.

Nic mnie jednak ostatnio tak nie uruchamia, jak biadolenie „mądrych głów”, że nie można nie wychodzić z domu, bo człowiek to zwierzę stadne i musi przebywać z innymi.

Chcesz wyjść z domu? Proszę bardzo, idź na spacer samodzielnie. Albo z jednym dzieckiem, nie z całą rodziną, babcią, dziadkiem, kuzynką i jej dziećmi. Pisaliśmy nawet na Spider’s Web, że spacery są wskazane. O ile udajemy się na nie w odosobnione miejsce i nie w gromadach.

Chcesz zabrać dziecko na spacer? Proszę bardzo, wybierz się do lasu, pokaż, czym się różni jedno drzewo od drugiego, ale nie idź na plac zabaw, gdzie będą dziesiątki innych dzieciaków i ich rodziców.

Chcesz ćwiczyć? Proszę bardzo, ćwicz. Biegaj, jeździj na rowerze, wpisz w wyszukiwarce YouTube’a „najlepsze ćwiczenia bez przyrządów” i włącz jeden z milionów klipów, który wyskoczy w wynikach.

Musisz zrobić zakupy, wyjść z psem, pojechać coś załatwić? Proszę bardzo. Ale rób to z głową.

Jeśli już tak bardzo chcesz wyjść - może zrób przy okazji coś dobrego i przynieś zakupy starszej osobie, która wychodzić absolutnie nie powinna?

Być może łatwo mi się to mówi, bo jako introwertyk uprawiam #socialdistancing przez większość mojego dorosłego życia, ale siedzenie w domu naprawdę nie jest takie straszne.

Internet daje nam całą rozrywkę tego świata na wyciągnięcie ręki, mamy filmy, seriale, gry, książki, więcej dzieł kultury, niż wystarczy nam życia na skonsumowanie – a świat za oknem donikąd się nie wybiera. Jeśli przeczekamy szczytowy okres rozwoju tej pandemii, pozostanie taki sam za dwa tygodnie czy za dwa miesiące, jakim jest dziś.

Słowo klucz brzmi jednak „jeśli”.

Jeśli zostaniemy w domu, ograniczając wyjścia do minimum, dajemy sobie większą szansę na to, że relatywnie niewielka (acz niemniej tragiczna) liczba zgonów pozostanie niewielka. Pamiętajmy, że możemy być nosicielami wirusa nawet wtedy, gdy nie odczuwamy symptomów. I ok, jeśli jesteś młody, silny, zdrowy, wirus cię nie zabije. Pewnie nawet go nie poczujesz. Ale dlaczego uważasz, że masz wobec tego prawo narażać na takie ryzyko innych?

Obecny czas to najgorszy możliwy moment na to, by brać się za zrobienie formy życia w parkach na świeżym powietrzu, czy nadrabianie czasu na świeżym powietrzu z dziećmi, dla których zwykle mamy czasu za mało.

A już na pewno jest to najgorszy czas dla osób starszych, by przesiadywać na ławeczkach – o czym młode pokolenie powinno uświadamiać starsze pokolenie wszelkimi dostępnymi siłami i środkami, bo to oni są najbardziej narażeni na uraz, a zwykle też to oni najbardziej sytuację bagatelizują.

Będzie jeszcze czas na plotki na ławeczkach, na ćwiczenie na siłowni, a o ile mi też wiadomo, dzieci nie umierają z nudów. Od koronawirusa mogą. Jeśli nie one, to stykający się z nimi dziadkowie, rodzice, bliscy i znajomi.

Sytuacja jest poważna, cholera jasna. Jeśli ktoś jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy, to polecam poniższe wideo, pokazujące kordon ciężarówek wywożących trupy z Bergamo we Włoszech. Tam już nikt się nie śmieje z koronawirusa. Tam spalarnie nie nadążają z kremacją ciał.

Podoba się wam ten obrazek? Bo mi nie bardzo. A już na pewno nie chciałbym oglądać takiego obrazka przez okno, albo tym bardziej patrzeć, jak taki kordon wywozi kogoś z moich bliskich.

Dlatego w imię dobra nas wszystkich; jeśli nie musicie wychodzić – zostańcie kurwa w domu.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst