Biznes  / Felieton

Idzie kryzys tak ogromny, jakiego chyba po 1989 r. jeszcze nie było

1634 interakcji
dołącz do dyskusji

Nie pamiętam. Nie pamiętam takich czasów, mimo iż żyję na tym świecie już 42 lata i (teoretycznie) pamiętam stan wojenny. Mamy sytuację bezprecedensową, która najprawdopodobniej zmieni życie nas wszystkich.

Pamiętam kolejki za komuny. Gdy papier toaletowy dumnie wynosiło się ze sklepu, bo właśnie rzucili i można było kupić, więc kupowało się tyle, ile można było. Pamiętam, jak wypożyczany byłem przez znajomych i sąsiadów do stania w kolejkach, bo „na dziecko” można było więcej kupić. Pamiętam, że generalnie w sklepach nie było nic, a koleś z piłką nożną na osiedlu był kimś, bo był jedyny, który ową piłkę miał.

To wszystko jest niczym w porównaniu do tego, co dzieje się teraz i dziać się będzie w najbliższej przyszłości.

Nie chodzi tylko o problem medyczny, choć oczywiście koronawirus SARS-CoV-2 jest czynnikiem, który determinuje wszystko, co się teraz dzieje. Epidemia to poważna rzecz. Słusznie należy się jej bać i z nią walczyć. A że walką z nią oznacza dziś głównie pozostanie w domach, to to należy zrobić.

Problem będzie, gdy już będziemy mogli wyjść z domów i zastaniemy świat inny, niż wtedy, gdy do nich wchodziliśmy. Idzie kryzys tak ogromny, jakiego chyba w naszej nowożytnej historii po 1989 r. jeszcze nie było. „Zamrożenie” funkcjonowania kraju i większej części jego gospodarki będzie miało skutki tak daleko idące, że trudno je nawet dziś do końca przewidywać.

„Skandynawskie linie lotnicze SAS ogłosiły, że od poniedziałku zwolnią tymczasowo do 10 tys. osób, czyli 90 proc. pracowników”, „Ograniczenia w centrach handlowych są zrozumiałe, ale straty będą ogromne”, „Koronawirus zabija branżę targową. Firmom grozi bankructwo” - to nagłówki prasowe zaledwie z minionego weekendu.

Już dziś Polski Instytut Ekonomiczny mówi, że epidemia koronawirusa obniży wzrost PKB Polski o 1,3 proc., a Australijski Uniwersytet Narodowy ocenia, że globalne straty PKB mogą przekroczyć 9 bln dol.

To jednak tylko suche liczby, które w indywidualnym kontekście każdego z nas mogą niewiele znaczyć.

Indywidualnie odczujemy problem, gdy wokół nas zaczną padać mali i średni przedsiębiorcy, z których usług korzystaliśmy na co dzień.

Fryzjer, siłownia, szkoła angielskiego, klub piłkarski dla dzieci, szkoła tańca, krawcowa, osiedlowy bar - tych wszystkich lokalnych biznesów może już po ustaniu epidemii nie być. A będzie to miało zapewne miejsce po tym, jak padną: prywatny transport, turystyka, rozrywka i część handlu. Pomyślmy tylko, co się stanie, gdy setki tysięcy osób naraz zostanie bez środków do życia, do tego zapewne z długami. Gdzie wtedy zatrzyma się kula śniegowa recesji.

Kryzys uderzy bowiem właśnie głównie w małych przedsiębiorców - tych, którzy działają na niewielkich marżach, nie mają milionów kapitału zapasowego, często zatrudniają współpracowników na tzw. umowach śmieciowych (bo nie stać ich na horrendalnie wysokie koszty umów o pracę), a jednocześnie na swoich barkach trzymają ciężar utrzymywania polskiej gospodarki. To oni płacą pełne składki i podatki, z których potem wypłacane jest m.in. świadczenie 500+.

W znacznie lepszej sytuacji będą wielkie korporacje, które stać będzie na dłuższe trwanie w „stanie zamrożenia gospodarki”. Nie dość, że dysponują znacznymi środkami na utrzymanie się przy życiu, to jeszcze w sporej części nie są przesadnie mocno umocowane w polskich realiach - mają swoje spółki-matki za granicą, dokąd transferowane są pieniądze z zysków. Spójrzmy chociażby na bliską nam tu branżę tech - zapytajcie, ile podatku zapłacili w Polsce Google, Apple, czy Facebook w 2019 r.

Co więcej, będzie to też dla nich wielka okazja, by pozbyć się mniejszych konkurentów lub przejąć ich za małe pieniądze.

- Kryzysy mają swoje zalety, bo w nich wszystko się urealnia. Można coś kupić w cenie rynkowej, a nie napompowanej, tak jak to było w zeszłym roku - mówi wprost prezes Wirtualnej Polski Jacek Świderski.

A skoro zahaczyliśmy o branżę medialną, to nie mam wątpliwości, że kryzys zawita także do nas, na rynek reklamy. Nie będę ukrywał, że boję się także o los Spider’s Web. Mimo iż jako Grupa Spider’s Web jesteśmy sporym podmiotem o ugruntowanej pozycji na rynku, zatrudniającym i współpracującym z ponad 60 osobami, to jednak mocno uzależnieni jesteśmy od koniunktury rynkowej. Już dziś zaczynamy odczuwać skutki epidemii SARS-CoV-2, a przecież dobrze wiemy, że jesteśmy na samym początku realnych problemów.

***

Może zauważyliście, że w ostatnich miesiącach jest mnie zdecydowanie mniej - zarówno tu na łamach Spider’s Web, jak i w mediach społecznościowych. Przyczyna jest prozaiczna - coś we mnie pękło. Pękło po tym, jak podczas niesamowitego buga na Facebooku, odkryliśmy, kto administruje i zarządza pewnym profilem, który dzień w dzień ośmieszał nas i obrażał, mnie w sposób szczególny, szydząc m.in. z mojego nazwiska.

Otóż był nim człowiek z agencji reklamowo-PRowej, z którą na co dzień często współpracujemy. I to człowiek oddelegowany do koordynacji wielu projektów reklamowych, które wspólnie robiliśmy. Mówiąc wprost - w godzinach pracy spotykał się z nami, pisał e-maile i dzwonił, a po godzinach obrażał na paszkwilowym profilu na Facebooku. I tak przez kilka lat.

Choć z hejtem, obrażaniem, a nawet osobistymi pogróżkami, mam do czynienia od samego początku istnienia Spider’s Web (to już 12 lat!), to ta sprawa była dla mnie potężnym katalizatorem. Zdałem sobie brutalnie sprawę, że nie wiem, czy sąsiad mówiący mi dzień dobry na ulicy nie jest jednym z twitterowych hejterów, którzy atakują nas lub mnie systematycznie od lat. Pierwszy raz, odkąd w Sieci występuję pod swoim imieniem i nazwiskiem, i pracuję na swoją reputację, poczułem strach i osaczenie.

Ale może teraz przyszedł właśnie czas na otrzeźwienie.

Na zrozumienie, że w czasie epidemii i z tym, co zastaniemy po jej ustaniu, będziemy zmagać się wszyscy wspólnie. Że dziś mamy wspólnego wroga - kryzys. Że jeśli nie połączymy sił, jeśli nie zaczniemy pracować razem, jeśli nie zrozumiemy, że dziś nasze interesy są zbieżne, to biada nam, biada nam wszystkim.

Może to szansa na jakiś większy, globalny reset. Zrozumienie, że spirala nienawiści, niechęci, którą nakręcaliśmy przez ostatnia lata, te potężne podziały światopoglądowe, które wydawały się nie do zasypania, nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia.

A może po prostu (znowu) jestem mocno naiwny.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst