Koronawirus / Felieton

Pandemia zdziesiątkuje artystów. Tymczasem świat potrzebuje ich bardziej niż zwykle

489 interakcji
dołącz do dyskusji

Obok małych biznesów i lokali usługowych koronawirus najbardziej uderzył w jedną grupę – artystów. Twórców muzyki, fotografii, filmu, tekstu, rękodzieła. Jak przedstawiciele wolnych zawodów radzą sobie z ekonomicznym kataklizmem?

Krótka odpowiedź na postawione wyżej pytanie mogłaby brzmieć: nie radzą sobie. Albo: radzą sobie doskonale – zależnie od tego, kogo spytać.

Gdybym przyjął za pewnik bańkę, w której sam się zamknąłem, mógłbym tutaj napisać tekst, że wszystko jest w porządku, a artyści radzą sobie świetnie. Obserwuję głównie scenę niezależną, albo tych twórców tradycyjnych, którzy doskonale poruszają się po meandrach nowoczesności.

Gdy rozglądam się wewnątrz tej bańki, widzę wiele pozytywów. Moi ulubieni muzycy na YouTubie podwajają wysiłki, by wypuścić w świat jak najwięcej muzyki online, skoro koronawirus odwołał ich trasy koncertowe.

Zagraniczni pisarze niezależni, w obliczu paraliżu tradycyjnych metod dystrybucji, przechodzą na sprzedaż bezpośrednią, przy użyciu swoich stron internetowych. Polscy twórcy, w obliczu niemożności zorganizowania spotkań autorskich, zaczynają prowadzić spotkania na Facebooku i Instagramie.

Ba, nawet tradycyjne instytucje kultury miejscami radzą sobie całkiem nieźle. Filharmonia w Berlinie udostępnia nagrania za darmo przez 30 dni, a niektóre polskie teatry pokażą spektakle online, w formie płatnego dostępu.

Są twórcy, którzy radzą sobie doskonale i wybierając tylko kilka pojedynczych przypadków mógłbym nakreślić szkic, w którym artyści prosperują w czasach zarazy.

W skali makro rzecz nie wygląda jednak tak różowo. Artyści jak mało kto zostali dotknięci kryzysem.

Wiele się mówi o tym, jak to padną małe lokale usługowe, gastronomie, hotele, a pracę stracą tysiące ludzi z nimi powiązanych.

Relatywnie mało mówi się za to o tym, że tego trzęsienia ziemi może nie przetrwać kultura.

Zacznijmy od muzyków. Są tacy, którzy poprzez zbudowanie sobie należytej prezencji online radzą sobie znakomicie. Większość jednak nie jest aż tak „nowoczesna”, a ich przychody w znakomitej większości zależą nawet nie od sprzedaży płyt, co od koncertów.

A koncerty zostały odwołane.

I pamiętajmy, że mówimy tu głównie o muzykach popularnych. A co z muzykami klasycznymi? Wirtuozami instrumentów, grającymi na co dzień w filharmoniach czy teatrach, zatrudnionymi w oparciu o umowy śmieciowe? Z chórzystami i chórzystkami?

W podobnie trudnej sytuacji są teraz pisarze, choć tutaj trudno mi się silić na wyrozumiałość. Dla jasności – współczuję każdemu polskiemu pisarzowi w obecnej sytuacji. Gdy większość przychodów pochodzi nie ze sprzedaży książek, a ze spotkań autorskich, po wybuchu epidemii na pewno zrobi się krucho.

Wzorem pisarzy zagranicznych wielu rodzimych twórców słowa pisanego próbuje swoich sił w spotkaniach online. I przepraszam, ale śmiech mnie ogarnia, gdy widzę niektóre z tych prób. Czy może raczej – śmiech przez łzy.

Niektórzy polscy pisarze (w tym całkiem znani polscy pisarze) zachowują się tak, jakby dziś odkryli istnienie Facebooka i możliwości prowadzenia transmisji na żywo. Regularnego połączenia z czytelnikami, z którego korzysta wielu poczytnych pisarzy i pisarek (co w dużej mierze przyczynia się do ich poczytności).

Widać jak na dłoni, kto ostatnią dekadę przespał, a kto nadążał za zmieniającym się rynkiem i płynął na fali zmian.

W tym względzie niewiele różni polskich pisarzy od polskich nauczycieli, którzy dopiero po wybuchu pandemii odkrywają wiele narzędzi powszechnie znanych i używanych przez tych, którzy nie uważają internetu i social mediów za zło tego świata. Niestety sytuacja wygląda tak, że wielu twórców słowa pisanego, podobnie jak wielu nauczycieli, zachowuje się, jakby spędziło ostatnie dwie dekady pod kamieniem i dopiero teraz wyszło na światło dzienne.

Aby ratować tych, którzy są w najcięższej sytuacji, stowarzyszenie Unia Literacka naprędce utworzyło zbiórkę na Fundusz zapomogowy dla pisarek i pisarzy, by pomóc 44 najbardziej potrzebującym osobom. To piękny gest, ale w obliczu ogromu tej katastrofy to wciąż za mało i wielu pisarzy, gdy to wszystko się skończy, prawdopodobnie będzie musiało się rozejrzeć za innym zajęciem.

W opłakanej sytuacji są również fotograficy. Jaką mąż zawodowej fotografki z pierwszej ręki wiem, jak potężnym uderzeniem okazał się koronawirus. Zwłaszcza teraz, w okresie przed Wielkanocą, który m.in. dla wielu fotografek rodzinnych jest okresem żniw, czyli mini-sesji okolicznościowych.

Gigantyczny problem mają też fotografowie eventowi i ślubni, którzy potracili wszystkie zlecenia na najbliższe miesiące, bo żaden z eventów czy ślubów się po prostu nie odbędzie. To samo dotyczy zresztą fotografów sportowych, którym nagle zabrano sporty do fotografowania. Wiele tego typu historii zebrał w jednym miejscu Marcin Watemborski. Choć są tam pozytywne przypadki, to jednak większość martwi się, co będzie jutro.

Przykłady można by mnożyć i mnożyć.

Środowisko lingwistów, bardzo mi bliskie, jest w stanie totalnego paraliżu. Chwilowo nikt nie potrzebuje usług tłumaczy, czy to przysięgłych, czy literackich, czy symultanicznych.

Aktorzy i aktorki, zwłaszcza teatralni, z dnia na dzień zostali bez angaży.

Paraliż dotknął nawet twórców pracujących przy reklamach, bo chociaż firmy dalej się reklamują, to nie wydają na to aż tak dużych pieniędzy jak zwykle, wycofując budżety i kierując środki w inne, bardziej palące obszary działalności.

Na końcu tego smutnego łańcuszka są jeszcze pracownicy wszelkiej maści instytucji kultury, bibliotek, szkół tańca, czy galerii sztuki. O ile nie są to instytucje państwowe, źródła przychodów takich instytucji na najbliższe miesiące po prostu wyparowały. Nie ma odwiedzających, nie ma przychodów.

Anulowane seriale, wstrzymane produkcje filmów, przesunięte wydarzenia kulturalne, odwołane targi branżowe… artyści nie będą mieli w najbliższych miesiącach lekkiego życia. Gdy to wszystko się skończy, może się okazać, że na świecie ubędzie ludzi twórczych i ich dzieł, bo zmuszeni sytuacją ekonomiczną będą musieli porzucić dotychczasową ścieżkę kariery, by zapewnić byt sobie i swoim rodzinom. Zważywszy też na to, o jak wrażliwej emocjonalnie grupie mówimy, bardzo poważnie obawiam się też o zdrowie psychiczne wielu z nich.

A dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo już pojawiają się głosy, że wykonujący „bezużyteczne zawody” – czytaj:zawody artystyczne – powinni teraz szyć maseczki albo przestać biadolić, bo wybrali rolę nieprzydatną społecznie.

Czytam takie komentarze i łapię się za głowę.

Świat jak nigdy potrzebuje artystów.

Pomyślcie przez chwilę, czym zajmowaliście się przez ostatni tydzień, siedząc w domach. Rodzice pewnie powiedzą, że dziećmi, a ja nie znam życia, bo dzieci nie mam, ale pomijając rozwrzeszczane pociechy – na czym mijał wam czas spędzany bez pracy czy po pracy na #HomeOffice?

Założę się, że w dużej mierze upływał on na oglądaniu seriali. Na czytaniu książek. Na słuchaniu muzyki. Na graniu w gry komputerowe. Na oglądaniu YouTube’a.

Innymi słowy: czas mijał wam na konsumowaniu pracy artystów.

Na co dzień o tym nie myślimy. Na Netfliksie pojawia się nowy serial, a my łaskawie sprawdzamy, czy się nam podoba, czy nie. I jeśli akurat jesteśmy w humorze, damy mu szansę.

Tymczasem wykonajmy mały eksperyment myślowy i przeanalizujmy, ilu artystów z ilu dziedzin musiało pracować przy takim serialu. Obojętnie jakim. Nawet takim, któremu dajecie potem jedną gwiazdkę na Filmwebie. Gotowi?

Pierwsze na myśl przychodzą oczywistości. Aktorzy, scenarzysta, może showrunner.

Idźmy dalej. Ktoś ten serial napisał i nie zawsze jest to jeden scenarzysta. Zwykle w przypadku seriali są to zespoły scenarzystów. Grupa ludzi, która kształtuje fabułę, dialogi, odpowiada za warstwę fabularną.

Ktoś w tym serialu wystąpił. Zawsze myślimy tylko o aktorach, ale pomyślmy, ilu artystów wspierających potrzeba, by aktor mógł zagrać daną scenę? Ile makijażystek, ilu stylistów, ilu twórców kostiumów? Za każdą sceną, w której przedstawiciele obojga płci mogą wzdychać do Henry’ego Cavilla, stoi sztab osób przygotowujących go do tej sceny. Nie mówiąc już nawet o tzw. „set builderach”, czyli osobach, które projektują i tworzą scenografię, co jest sztuką samą w sobie.

Ktoś ten serial nakręcił. Myślimy zwykle o reżyserze, który dyrygował pracą operatorów, ale to przecież tylko kapitan okrętu. Na jego pokładzie znajdują się dziesiątki artystów z innych dziedzin: od operatorów, poprzez specjalistów od efektów specjalnych (to też artyści!), po kolorystów, edytorów czy artystów wizualnych.

Ktoś potem udźwiękowił ten serial. Tutaj zwykle myślimy o kompozytorze, ale to znowu kapitan okrętu. Wraz z nim płyną muzycy, którzy nagrywają partyturę. Producenci, którzy później szlifują ścieżkę dźwiękową i nadają jej kształt.

Nie wiem też, ilu czytelników zdaje sobie sprawę z tego, że każdy odgłos, jaki słyszymy w serialu czy filmie, jest dodawany w post produkcji. Każdy chrzęst kamieni pod stopami głównej bohaterki. Każdy podmuch wiatru. Każdy odgłos przejeżdżającego samochodu. Trzask zamykanej lodówki.

Każdy z tych dźwięków ktoś musiał zaprojektować, niejednokrotnie nagrać w miejscu kręcenia filmu, by potem wykorzystać go w post produkcji.

Jak wiele z tych osób, o których zwykle nie myślimy, właśnie stanęło w obliczu katastrofy zawodowej?

Czy naprawdę można z czystym sumieniem napisać, że nie są to zawody pierwszej potrzeby, a potem jak gdyby nigdy nic pójść oglądać serial?

Co możemy zrobić, żeby pomóc artystom w trudnych czasach?

Żeby nie kończyć tego felietonu apokaliptyczną nutą, pomyślmy o tym, co możemy zrobić, by pomóc przetrwać artystom czas pandemii.

Przede wszystkim: nie przestawać konsumować ich pracy. Kupujmy książki, kupujmy gry, słuchajmy jak najwięcej muzyki w streamingu (a jeszcze lepiej – kupujmy całe albumy, jeśli tylko się da, wprost od wykonawców), oglądajmy seriale i płaćmy za subskrypcję serwisów VOD.

Wielu artystów, zwłaszcza muzyków, otwiera swoje konta na Patronite czy Patreonie – tam można ich wspierać bezpośrednio. Sam opłacam w ten sposób kilku ulubionych twórców, przelewając im kwotę równą jednej kawie ze Starbucksa miesięcznie. Ja tej kwoty nie odczuwam, a gdy znajdzie się tysiąc takich osób, twórca może spokojnie oddychać, bo jego fani zapewnią mu byt.

Jeśli na co dzień chodzisz do teatru czy filharmonii – wypatruj koncertów i spektaklów online. Zapłać za bilet, zupełnie jakbyś to zrobił idąc do prawdziwego budynku, zasiadając na prawdziwej widowni.

Jeśli umówiłeś się na sesję z fotografem, nie odwołuj jej, a przełóż na inny termin. Nie zrywaj już podpisanych umów na realizację zlecenia, jeśli możesz jedynie odsunąć je w czasie.

Resort kultury właśnie ogłosił, że przeznaczy na wsparcie artystów 20 mln złotych w ramach dwóch programów pomocy – jednego w trakcie, drugiego po zakończeniu pandemii. Jeśli jednak będzie to taka sama „pomoc” jak pomoc rządu przedsiębiorcom, to i tak wszystko pozostaje w rękach odbiorców. Jeśli konsumenci kultury nie utrzymają twórców kultury w tych trudnych czasach, nikt tego nie zrobi.

Nikomu nie jest łatwo.

Jak słusznie napisał Przemek, idzie taki kryzys, jakiego wielu z nas jeszcze na oczy nie widziało. Wszyscy odczujemy jego skutki i bez dwóch zdań spadnie popyt na wiele usług i towarów.

Zróbmy jednak może małe przewartościowanie priorytetów na podstawie tego, czego uczy nas obecna pandemia. Bez czego jesteśmy w stanie żyć, a co ułatwia nam przetrwanie?

Mogę mówić tylko za siebie, ale bez cienia wysiłku wyobrażam sobie życie w świecie, gdzie nagle zabrakło zmieniających się co tydzień trendów modowych, śmieciowych gadżetów czy influencerów od szeroko pojętego lifestyle’u.

Nie umiem sobie jednak wyobrazić świata, w którym zabrakłoby muzyki, książek, obrazów, gier, filmów czy jakiejkolwiek innej formy artystycznej ekspresji, dzięki której po przeczytaniu wiązki tragicznych newsów jestem w stanie się uśmiechnąć, a nawet poczuć się zupełnie normalnie, jakby za oknem wcale nie szalała epidemia.

W świecie małej gastronomii popularna jest ostatnio akcja #trzymajmysięrazem, promująca zamawianie jedzenia na wynos, by pozwolić utrzymać się lokalom gastronomicznym na powierzchni.

Nie widziałem podobnej inicjatywy wśród polskich artystów, więc zostaje tylko napisać tutaj – trzymajmy się razem. Wspierajmy twórców, których cenimy, z których ciężkiej pracy i talentu korzystamy teraz, umierając z nudów (albo ze stresu) podczas przymusowej izolacji.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst