Test przedsiębiorcy niepotrzebny. Małe firmy zostaną wykończone w inny sposób

Pomysł lansowany pod nazwą testu przedsiębiorcy może niebawem odejść do lamusa. Szarpanie się ze środowiskami przedsiębiorców i opinią publiczną nie ma większego sensu, jeżeli Polaków można zniechęcić do zakładania i prowadzenia mikrofirm wykorzystując inną metodę.

Przymiarki do weryfikacji przedsiębiorców i podzielenia ich na tych prawdziwych i nieprawdziwych trwają od początku roku. Przedstawiciele rządu zapewniali niedawno, że temat umarł, ale w kuluarach sejmowych nieoficjalnie mówi się, że prace są kontynuowane .

Ta ostrożność nie powinna dziwić, biorąc pod uwagę, że po pierwszych zapowiedziach na głowy pomysłodawców posypały się gromy. Przypomnijmy, że rząd chciał wykluczyć z grona przedsiębiorców osoby, które opierają swoją działalność na umowie z jednym kontrahentem.

Zobacz także

Część wysoko opłacanych specjalistów z branży IT, zakłada firmy, bo zamiast 32 proc., płaci 19 proc. podatku dochodowego. Zdaniem Ministerstwa Finansów w taką optymalizację podatkową może się bawić nawet 166 tys. podatników. Sęk w tym, że na podstawie jednej umowy działa też część firm budowlanych, które podpisują kontrakty z generalnym wykonawcą. Niedawny pomysł rządu wykosiłby z rynku wszystkich po równo.

Po medialnej burzy temat jednak przycichł. Być może rządzący sami przestraszyli się konsekwencji. A te byłoby ogromne, bo zakładając, że w przypadku negatywnej weryfikacji przedsiębiorca musiałby przekwalifikowywać zawarte umowy z okresu 5 lat, sam niedopłacony podatek to co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych. A do tego dochodzi przecież VAT z unieważnionych faktur itd.

Premier Morawiecki ogłosił, że żadne działania zmierzające w kierunku weryfikowania przedsiębiorców nie są prowadzone i wydawało się, że – przynajmniej tymczasowo – właściciele firm mogą spać spokojnie. No i właśnie – wydawało się.

Kolejne działania polityków wskazują na to, że prowadzenie działalności gospodarczej i tak przestaje być opłacalne.

Zacznijmy od kija, czyli podwyżek składek na ZUS do 1500 zł miesięcznie. Rekordowa, 10 proc. podwyżka oznacza, że od początku rządów PiS obciążenia finansowe związane z ubezpieczeniami społecznymi wzrosły o 400 zł. Skąd wzięły się aż tak duże wzrosty? Ano stąd, że podstawą wymiaru składek jest prognozowany, a nie faktyczny, wzrost wynagrodzeń. Rząd przy tym pierwszym nieco ostatnio majstrował i bum… okazało się, że przedsiębiorca na składki będzie musiał wyjmować od 2020 r. całkiem niemałe pieniądze.

Ten, przyznajmy, dynamiczny wzrost sprawia, że co poniektórzy zaczynają się już rozglądać za wspólnikami do zakładania spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Jeżeli znajdziemy chociaż jednego chętnego, odpada nam wtedy obowiązek płacenia ZUS-u. Od 1 stycznia tego roku CIT dla małych spółek wynosi ledwie 9 proc. (dla przychodów innych niż kapitałowe), ale i tak go nie płacimy, bo zyski wypłacamy sobie jako wynagrodzenie. A te opodatkowane jest tak, jak u osób fizycznych – 18 i 32 proc stawką.

Minusem jest z pewnością obowiązek prowadzenia ksiąg rachunkowych. Na usługi wyspecjalizowanego w tym biura nie wydamy jednak więcej niż kilkaset złotych miesięcznie (cenniki zaczynają się od 500 zł + VAT), można więc powiedzieć, że wciąż wychodzimy znacznie na plus.

Policzmy – przy 7 tys. zł brutto na własnej działalności, dostajemy na dzień dobry 1260 zł podatku (koszty uzyskania przychodu w obu wariantach dla uproszczenia pomińmy) i 1500 ZUS-u. I robi nam się z tego 4240 zł na rękę. W przypadku spółki z o. o. mamy 1260 zł dochodowego, brak ZUS-u i, dajmy na to, 600 zł na rzecz księgowego. Zostaje 5140 zł Czyli jesteśmy do przodu 900 złotych. Z różnicą, która w zależności do przychodów i kosztów, będzie się zmieniać, robimy już co chcemy.

Ze swojej pensji, którą normalnie musiałbym ozusować ( to co nie muszę przekazywać do zusu) zainwestowałem w nieruchomości ( spłacam 2 kredyty hipoteczne). To jest moja emerytura – chwali jeden w wykopowiczów.

Taka wolta ma oczywiście swoje minusy. Poza faktem, że wskoczenie w II próg podatkowy zaczyna rodzić komplikacje (choć Polacy i na to znajdują legalne sposoby, to warunkiem uniknięcia ZUS-u jest pozyskania zaufanej osoby. Kombinowanie tutaj nie popłaca, bo jeżeli weźmiemy sobie 99 proc. udziałów, a swojego wspólnika potraktujemy jako dodatek, to urzędnicy mogą nam tę konstrukcję zakwestionować. Coś mi się jednak widzi, że mimo to, proporcje dot. popularności form działalności gospodarczej ulegną zmianie. Obecnie JDG stanowią jakieś 85 proc., spółki z o.o. są na drugim miejscu – 13 proc.

Jeszcze bardziej zachęceni do kombinowania zostali młodzi Polacy. Oni dostali od rządu klasyczną marchewkę w postaci zerowego podatku dochodowego. Brak daniny został jednak obwarowany warunkami. Zerowa stawka obejmie większość wariantów, w jakich możemy działać na rynku pracy. Wyjątkiem są umowy o dzieło i samozatrudnienie. Ale na to jest pewien sposób.

Polega on na przerzuceniu części zamówień na zwolnione od podatku umowy-zlecenia.

Na łamach „Rzeczpospolitej” eksperci podatkowi przekonują, że to zgodne z prawem, bo przepisy nie zabraniają prowadzenia działalności i wykonywania poza nią zleceń na osobnych umowach. Nawet, jeżeli zakres tych zadań pokrywa się z tym, co robimy w ramach swojej firmy.

Z wyliczeń wynika, że w przypadku rozliczania się ze skarbówką na podstawie podatku liniowego przerzucenie 50 tys. zł na umowy zlecenia może dać oszczędności rzędu 9,5 tys. zł.

Zamiany mogą dotyczyć osób, które pracują na dzieło. Wiązałoby się to oczywiście z przeformułowaniem umowy i nie zawsze będzie możliwe. Ale w perspektywie jest przecież wizja zaoszczędzenia kilkunastu procent podatku. W przypadku większych kwot można w ciemno obstawiać, że zainteresowani wejdą na Himalaje pomysłowości, by wykazać, że przedmiotem kontraktu nie jest końcowy efekt wykonanej pracy.

W ten sposób rząd częściowo rozbraja bombę, jaką mogło być wprowadzenie testu przedsiębiorcy. Nie poprzez weryfikacje, inwigilacje i straszenie kontrolami skarbówki. Wystarczy kopać przedsiębiorców we wrażliwe miejsce tak długo, aż w końcu sami stwierdzą, że mają już dość.

Choć niektórzy, jak Aleksander Łaszek z FOR, twierdzą, że wprowadzenie testu i tak nas w końcu czeka. Chociażby dlatego, że brakujące 2,5 mld z PIT-ów od młodych Polaków jakoś załatać.