Rząd ukrywa prawdziwą dziurę budżetową. Ekspert pokazuje, co może stać się po wyborach

Budżet państwa mocno ucierpiał w wyniku epidemii, ale dopóki wyborcza karuzela się kręci, nie usłyszymy od polityków słowa na temat podwyżek podatków. Co stanie się potem? W rozmowie z Bizblog.pl główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju Aleksander Łaszek wskazuje, gdzie gabinet premiera Morawieckiego może szukać pieniędzy na pokrycie rosnących wydatków.

Adam Sieńko, Bizblog.pl: Śledzi pan na bieżąco kampanię wyborczą? Wsłuchuje się pan w obietnice kandydatów?

Aleksander Łaszek, FOR: Umiarkowanie. Mam świadomość, że prezydent w gruncie rzeczy mało z tych rzeczy może wprowadzić – to bardziej deklaracje kierunkowe. Prezydent może natomiast blokować działania rządu, których nie popiera i tu ma moc sprawczą.

Budżet ma szanse przetrzymać tę kanonadę?

Przy VAT rząd zawsze ma pole manewru, przyspieszając albo opóźniając zwroty. Żeby spojrzeć na dane bez tych manewrów, często patrzę na 12-miesięczną sumę kroczącą. Ona osiągnęła swoje maksimum w listopadzie 2019, a potem zaczęła spadać. To oznacza, że wpływy budżetowe z VAT hamowały jeszcze przed pandemią. Rząd, by wykazać budżet bez deficytu, poukrywał część wydatków i wpisał bardzo optymistyczne dochody. Teraz ten spadek jest dużo większy, niż się spodziewaliśmy, ale nawet bez pandemii wyniki by rozczarowały.

Jako FOR zwracaliśmy uwagę, że nastąpiła pewna poprawa w ściągalności VAT, ale jej trwałość zweryfikuje następne spowolnienie.

Szacowaliście rzeczywistą dziurę budżetową? Po pięciu miesiącach deficyt to prawie 26 mld zł.

Polityka rządu doprowadziła do tego, że wielkość deficytu budżetowego mówi nam coraz mniej. W ramach fikcji zrównoważonego budżetu ukryto wydatki w funduszu solidarnościowym i kilku innych miejscach. Podatnik miał się zadłużać, ale tak by nie było tego od razu widać. Po wybuchu pandemii, poza spadkiem dochodów podatkowych, spadną też wpływy NFZ i ZUS. Zakład publikuje dane w miarę regularnie, choć z opóźnieniem, ale część jego ubytku było finansowane z Funduszu Pracy i Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Musielibyśmy sięgnąć do danych tych instytucji, a one już tak regularnie sprawozdań nie podają.

Największą aberracją jest jednak tzw. fundusz covidowy. To „shadow budget”. Ostatnio słyszałem wersję, że każdy minister będzie miał swoją część do zagospodarowania i nie będzie tego wykazywał w swoim budżecie. To bardzo niepokojące rozwiązanie.

To co w takim razie możemy wyczytać z danych dostarczanych przez Ministerstwo Finansów?

Spadek dochodów VAT, bo to twardy wskaźnik. By rząd zdołał zrealizować założenia po 5 miesiącach, powinniśmy mieć ok. 80 mld. Mamy 66 mld zł.

Spodziewa się pan w związku z tym nowych podatków?

Widać takie ciągoty rządu. Niestety nasze podatki od lat potrzebują gruntownej reformy. Są coraz bardziej skomplikowane, pełne wyjątków, przywilejów i specjalnych reżimów, a działania rządu pogłębiają te problemy. Mamy z jednej strony politykę domiarów podatkowych w postaci np. podatku bankowego, handlowego, cyfrowego, opłaty emisyjnej czy recyklingowej. Rządzący często używają górnolotnych nazw, ale de facto jest to podwyższanie opodatkowania. Z drugiej strony mamy coraz więcej preferencji i ulg, które często przynoszą więcej szkód niż pożytku.

Na przykład?

Obniżony CIT. To nie są dwie stawki CIT, tylko dwa reżimy podatkowe. Całość zysku jest opodatkowana na 9 albo 19 proc. Jeżeli firm przekroczy próg przychodów choćby o 2 euro, to choć sprzeda więcej, a zarobi zdecydowanie, mniej niż pozostając pod tym progiem.

Czyli nie nowe podatki a domiary?

Tak sądzę. Świetnym przykładem wzrostu podatków bez ruszania stawek było wyłączenie kosztów finansowania. Wcześniej było tak, że firma płaciła podatek, jeżeli wykazała zysk po podsumowaniu działalności operacyjnej i kosztów finansowych. Rozdzielono to. Dzisiaj nawet jeżeli mamy straty na jednej działalności, a zyski na drugiej, to płacimy tam, gdzie mamy zyski. To dało ok. 2 mld zł w budżecie bez zmian w CIT. Niby podatek i stawki takie same, a wpływy rosną.

Konsekwencją tych działań będzie rosnąca niepewność. Jeżeli odchodzimy od systemu, w którym wszyscy są traktowani na tych samych zasadach, a przechodzimy na system domiarów, w którym rząd rozdaje ulgi i preferencje, to zaczyna się loteria.

Ruletka i to w dodatku wirująca z zawrotną prędkością.

Tak, do niepewności dochodzi jeszcze tempo wprowadzania ustaw i polityczne podporządkowanie Trybunału Konstytucyjnego.

Do którego ustawy może kierować prezydent. I wracamy do pytania, czy w gospodarczym wymiarze zbliżające się wybory będą miały jakiekolwiek znaczenie?

Już zmiana w Senacie pokazała, że proces uchwalania prawa wygląda inaczej jeżeli dyskusja nad ustawą toczy się o miesiąc dłużej niż w sytuacji, w której cały proces przebiega w kilka tygodni bez żadnego bezpiecznika. Z punktu widzenia przewidywalności i konsultacji społecznych to ma dla przedsiębiorców duże znaczenie.

Czy któryś z pomysłów, który padł w trakcie kampanii wyborczej, uważa pan za korzystny?

Podatek estoński jako pomysł mi się podoba, choć warto wspomnieć, że zgłaszało go już PO w wyborach parlamentarnych. Mój entuzjazm hamuje jednak to, że nie znamy szczegółów. Wyjątki i ograniczenia mogą sprawić, że będzie mniej skuteczny, niż nam się wydaje.

Dobrym pomysłem jest też propozycja Rafała Trzaskowskiego – przyspieszona amortyzacja. To rozwiązanie promuje firmy, które są dochodowe, płacą podatki i inwestują. A przecież chcemy, żeby właśnie takie firmy się rozwijały.