Budżet bez deficytu? Nie ciesz się. Odczujesz go na pewno na skwerach, ulicach i w tramwajach

Im więcej czasu mija od ogłoszenia projektu budżetu na 2020 r., tym więcej wiemy, jak rząd zamierza utrzymać zerowy deficyt. Pisaliśmy już o dużych nadziejach pokładanych w dalszym uszczelnianiu VAT i zwiększonych wpływach ze składek wpłacanych do ZUS. Ale historyczny, bo pierwszy taki w III RP, budżet odczujemy nie tylko w naszych kieszeniach, ale i zobaczymy na ulicach.

Rząd stać na zwiększanie wydatków socjalnych i cięcie niektórych podatków, bo znacząco zwiększa wpływy budżetowe. Większość z niekorzystnych dla podatników zmian jeszcze nie uchwalił, ale jeżeli będzie chciał utrzymać budżet nad kreską, zrobi to w najbliższych miesiącach.

Kosztowna obniżka PIT

Premier Mateusz Morawiecki ma w planach wyciągnięcie prawie 7,5 mld zł ze zniesienia limitu składek i kolejnych 3 mld po ozusowaniu umów o dzieło. Kolejne 3 mld mają wpaść dzięki likwidacji składki do OFE.

To łącznie ok. 14 mld, co niemal równoważy straty, jakie budżet ponosi z tytułu obniżki podatku dochodowego. Przypomnijmy, że rząd najpierw przyklepał zwolnienie z PIT większości podatników do 26. roku życia, a następnie zapowiedział obniżenie stawki z 18 do 17 proc. dla wszystkich. Ten pierwszy manewr będzie kosztował państwo ok. 10 mld zł, drugi ok 2,5 mld zł. Do tego dochodzą jeszcze koszty związane z mniejszą bazą PIT i CIT po wzroście ZUS.

Niby wychodzi prawie na równo, ale rosnące składki ZUS w całości odciążą budżet, natomiast połowę kosztu obniżek PIT rząd przerzuci na samorządy – zauważył główny ekonomista FOR Aleksander Łaszek.

Stanie się tak, ponieważ miasta i gminy dostają 38,08 proc. zysków z podatku dochodowego, który co roku oddajemy fiskusowi. Same gminy metropolii warszawskiej zostaną w ten sposób pozbawione 600 mln zł rocznie. Resort finansów ogłosił wprawdzie niedawno, że podniesie udział miast o 8 punktów procentowych, łagodząc skutki reformy podatkowej, ale samorządy i tak nie mają się z czego cieszyć.

Problemy finansowe samorządów

Część samorządów poradzi sobie z tym bez problemu. Raport Ministerstwa Finansów za 2017 r. pokazał, że polskie gminy dzielą się na takie, które z zadłużeniem nie mają najmniejszego problemu i takie, które ledwo wiążą koniec z końcem. Łącznie zadłużenie gmin to 57 mld 205 mln zł, (969 zł na mieszkańca). 79 samorządów w ogóle nie ma długu, a w 93 przypadkach wynosi on poniżej 100 zł na mieszkańca.

Do tych pierwszych należą duże miasta. Taka Warszawa miała aż 5,13 mld zł zadłużenia, w przeliczeniu na mieszkańca dawało to jednak mniej niż 3 tys. zł. Podobnie sytuacja wyglądała z Wrocławiem (4,2 tys.), Łodzią (3,9 tys.), czy Krakowem (3 tys.).

Na drugim biegunie są mniejsze gminy leżące głównie w województwie zachodniopomorskim, jak Rewal, Bielice i Ostrowice. Efekt? Na początku tego roku tę ostatnią gminę wymazano po prostu z mapy Polski. Za długi.

Ale to wszystko abstrakcja, dopóki nie przeniesiemy liczb na nasze otoczenie. Mniej pieniędzy w sakiewkach miejskich włodarzy wiąże się przecież z zaniechaniem nowych inwestycji. Część z nas już to odczuła, gdy okazało się, że miasta płacą za prąd po 60-70 proc. więcej niż w ubiegłym roku.

Przykład? W 2019 r. Zarząd Dróg Miejskich dostał kilkanaście milionów złotych na wyremontowanie kilkudziesięciu ulic. Skończyło się na jednym skrzyżowaniu.

– W związku z tym, że te pieniądze poszły na podwyżki cen prądu, tych środków obecnie nie mamy – tłumaczyła TVN24 Karolina Gałecka z Zarządu Dróg Miejskich.

Na podobny problem zwrócili uwagę radni w Bydgoszczy, wytykając, że za droższy prąd miasto płaci pieniędzmi przeznaczonymi na budowę dróg osiedlowych, ścieżek rowerowych, boisk szkolnych i basenów.

A będzie tylko gorzej, bo obniżka PIT to kolejne miliony, z których zostaną wydrenowane miejskie kasy.